Kościół apeluje o dialog i oferuje mediację. Dlaczego politycy nie chcą słuchać biskupów?
Od kilku dni jesteśmy świadkami głębokiego kryzysu. Spór o Trybunał Konstytucyjny rozpalił politykę do czerwoności. Jedni mówią o zamachu stanu, inni o przywracaniu praworządności. Z wielu stron pojawiają się głosy o stonowanie emocji, podjęcie dialogu i wypracowanie jakiegoś politycznego kompromisu ponad podziałami. Nic nie wskazuje jednak na to, by którakolwiek ze stron tego sporu była tym zainteresowana.
W tej sytuacji pojawia się pytanie o to, czy Kościół nie mógłby stać się rozjemcą. Kilka dni temu na tych łamach ks. Artur Stopka pytał: „Czy Kościół ma szansę na odegranie kojącej i godzącej roli w aktualnych zażartych sporach niszczących naszą Ojczyznę?”. I odpowiadał, że powinien przynajmniej próbować.
Nie mam wątpliwości co do tego, że próbę podjąć powinien. Ale nie mam też wątpliwości, że będzie to próba, która zakończy się niepowodzeniem. Kościół wypowie swoje zdanie, ale w ostatecznym rozrachunku i tak jego głos pozostanie głosem wołającego na puszczy. Skąd ten pesymizm? Skąd ten brak wiary w głos Kościoła?
Obecny kryzys nie zaczął się wczoraj. Trwa właściwie od jesieni 2015 r. Byliśmy wówczas świadkami pierwszego starcia o Trybunał Konstytucyjny i podobnie jak dziś na ulice wyległy tłumy demonstrantów. W grudniu 2015 r. o sytuacji w Polsce rozmawiałem z abp. Józefem Michalikiem, byłym już wówczas przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, niegdyś członkiem specjalnego zespołu KEP ds. konstytucji. Hierarcha analizując aktualną wtedy sytuację polityczną doradzał rządzącym (władzę w Polsce przejęło wówczas PiS) powściągliwość w naprawianiu Polski. „Nie można przeciąć wszystkich wrzodów, nie można zrobić wszystkich operacji naraz, bo albo pacjent nie przeżyje, albo pobije chirurga!” – wskazywał. A odnosząc się do sytuacji wokół TK mówił: „Kiedy słyszę te głosy, zastanawiam się, gdzie byli ci wszyscy, którzy dziś mówią o obronie demokracji, gdy w Trybunale Konstytucyjnym tworzyła się monopartyjność. Dziś ich głosy są mocno spóźnione i aktualny spór stał się sporem politycznym, bo obie strony konfliktu mają pewne racje. Ta próba sił może być kosztowna nie tylko dla sędziów Trybunału Konstytucyjnego!”. Czego, by nie powiedzieć, ale ten głos okazał się głosem proroczym. Sęk w tym, że wezwania do umiaru czy szukania wśród politycznych przeciwników ludzi wartościowych nikt pod uwagę nie wziął.
Kiedy rok później – w grudniu 2016 – mieliśmy do czynienia z tzw. kryzysem parlamentarnym (grupa posłów przez kilka dni okupowała salę sejmową) Kościół zaoferował mediacje. W jednym z wywiadów abp Henryk Hoser, wówczas ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej mówił, że Kościół mógłby być mediatorem, jest gotów do tego, by służyć. Dodawał jednak, że musiałby zostać o mediacje poproszony przez obie strony politycznego sporu.
Nie został.
Przy kolejnej awanturze (rok 2019) głos zabrał biskup opolski Andrzej Czaja. „Na to, co się w Polsce dzieje, Kościół nie może patrzeć spokojnie. Najwyższy czas, abyśmy ocknęli się – jako chrześcijanie i jako Polacy! Nadszedł czas, że Kościół powinien podjąć rolę mediatora wśród okładających się stron. Nie obawiałbym się takiego działania. Jest to niezbędne dla zachowania ładu i pokoju społecznego. (…) Kościół powinien nie tylko apelować o dialog, ale usiąść do wspólnego stołu jako mediator. Oczywiście, o ile strony się na to zgodzą”.
Nikt hierarchów o pomoc w rozwiązaniu kryzysu nie poprosił.
Kilka miesięcy później KEP wydała dokument zatytułowany: „O ład społeczny dla wspólnego dobra”. „Rozumiejąc różnice, które są nieodłącznym elementem każdej rzeczywistości społecznej, ze smutkiem dostrzegamy istniejące w naszej ojczyźnie podziały i konflikty, jak też brak dostatecznego zaangażowania w budowanie wspólnoty, co nie pozwala w pełni doceniać obecnego w życiu społecznym dobra” – pisali i apelowali o dialog. Wskazywali także, że kluczowa dla tego dialogu „jest refleksja nad językiem, którym posługujemy się w życiu publicznym”. „Wszelki dialog kończy się wówczas, gdy język publicznych debat służy budowaniu jednostronnego i nieprawdziwego obrazu życia społecznego czy też stygmatyzowaniu politycznych oponentów” – pisali wzywając wszystkich uczestników życia publicznego w Polsce do zatrzymania fali hejtu.
Nikt się w ten głos nie wsłuchał.
I jeszcze na koniec abp Wojciech Polak. Też w roku 2019, gdy trwała debata na temat reform sądownictwa. Prymas Polski stwierdził, że Kościół mógłby być mediatorem. Ale znów nikt z tej propozycji nie skorzystał.
Dziś sytuacja wygląda podobnie. Apele o pokój, modlitwę, obniżenie społecznych emocji popłynęły od wielu hierarchów. Prezydium KEP napisało w oświadczeniu: „Nie jest rolą Kościoła rozstrzyganie o przyczynach tego sporu i odpowiedzialności za brak jego rozwiązania. W trosce jednak o dobro Ojczyzny i spokój społeczny apelujemy o nieeskalowanie konfliktu, podjęcie konstruktywnego dialogu i pokojowe rozwiązywanie wszystkich trudności”.
Zwołano nadzwyczajne zebranie Rady Stałej KEP. W środę wieczorem biskupi zaapelowali: „W trosce o dobro Ojczyzny i spokój społeczny wzywamy ponownie o nieeskalowanie konfliktu, podjęcie konstruktywnego dialogu, pokojowe rozwiązywanie wszystkich trudności, porzucenie uprzedzeń i działań siłowych! Wszystkim stronom konfliktu potrzebne są dary roztropności, pokory i odpowiedzialności. Jako biskupi deklarujemy gotowość do udzielenia wszelkiej pomocy, aby uruchomić i wesprzeć proces mediacji i dialogu w poszukiwaniu rozwiązań bieżącego kryzysu, jak również budowania zaufania i pojednania społecznego”.
A jakby tego było mało, to w czasie środowej audiencji do sytuacji w Polsce odniósł się także papież Leon XIV (Rada Stała przywołała jego słowa w swoim oświadczeniu). Wspominając 70. rocznicę uwolnienia z komunistycznego więzienia kard. Stefana Wyszyńskiego papież powiedział: „Wzywam do uznania, że pokój buduje się na sprawiedliwości, poszanowaniu prawa i dialogu, a nie na przemocy”. Trudno nie odczytać tych słów w kontekście sytuacji, w jakiej obecnie się znajdujemy.
I co? Wątpliwe, by te głosy zostały usłyszane. Mało prawdopodobne, by poproszono hierarchów o mediacje. W tym sporze idzie bowiem o partyjny interes, nie o dobro Rzeczypospolitej. Choć o tym dobru mówią wszystkie strony konfliktu, to jednak każda kieruje się własnymi korzyściami. Osiągnięcie kompromisu ponad podziałami wymagałoby rozmowy, zrewidowania stanowisk. Sęk w tym, że nie widać do tego gotowości. Apele hierarchów pozostaną – tak jak dotąd – apelami niewysłuchanymi. Acz próbować warto.
Skomentuj artykuł