Kościół, państwo i zablokowane akta
Gdy oskarżonym o pedofilię jest duchowny, opinia publiczna żąda błyskawicznej kary od Kościoła. Powolne tempo procesów kanonicznych to jednak nie zawsze chęć zamiecenia sprawy pod dywan. Brak wiedzy o prawie kanonicznym i obawa przed utrudnianiem śledztwa sprawiają, że prokuratorzy blokują Kościołowi dostęp do kluczowych dowodów. W efekcie procesy kanoniczne stają w miejscu, a brak systemowej współpracy najbardziej uderza w pokrzywdzonych, zmuszanych do ponownych zeznań.
W sprawach dotyczących seksualnego wykorzystania małoletnich wszyscy oczekują szybkiego wymierzenia przestępcy sprawiedliwości. Gdy oskarżonymi są duchowni oczekujemy błyskawicznego działania nie tylko od państwowego wymiaru sprawiedliwości, ale także od instytucji kościelnych. Tymczasem nie jest to proste. I częstokroć nie wynika z opieszałości czy chęci zamiecenia przez Kościół sprawy „pod dywan”, ale z braku współpracy pomiędzy państwowym, a kościelnym wymiarem sprawiedliwości. Ten brak współpracy jak się wydaje ma kilka przyczyn. Pierwszą jest spotykana czasem u prokuratorów i sędziów (ale też wielu innych urzędników państwowych) niewiedza o istnieniu prawa kanonicznego, druga wynika z nieznajomości przez nich kościelnych procedur, trzecia zaś dotyczy „lęku” przed utrudnianiem postępowania karnego – np. obawa, że ludzie Kościoła będą wpływali na świadków.
Różnorakie przepisy kościele dotyczące spraw wykorzystywania jasno i wyraźnie polecają, by prowadzący postępowania kanoniczne nie tylko szanowali prawo państwowe, ale by także ze świeckim wymiarem sprawiedliwości współpracowali. Wskazuje się, że w postępowaniu kanonicznym, zwłaszcza zaś na etapie gromadzenia dowodów, warto jest sięgnąć po jego ustalenia. Państwo ma bowiem do dyspozycji więcej aniżeli Kościół narzędzi, które pozwalają na dojście do obiektywnej prawdy. Ale, co wielu ekspertów podkreśla, wykorzystanie materiałów z postępowania państwowego w procedurze kościelnej jest także korzystne dla pokrzywdzonych. Nie trzeba ich bowiem wzywać do tego, by po raz kolejny złożyli zeznania w sprawach, które są dla nich trudne i bolesne. Unika się zatem ich ponownego traumatyzowania. Współpraca między państwowym i kościelnym wymiarem sprawiedliwości może zatem prowadzić do tego, że w obu porządkach prawnych dana sprawa będzie toczyła się równolegle, i że mniej więcej w podobnym czasie sprawiedliwość zwycięży i tu, i tu.
Tyle teoria. W praktyce bowiem bywa z tym różnie. Prokuratorzy i sędziowie często odmawiają Kościołowi dostępu do akt jakiejś sprawy. O liczbie pokrzywdzonych prowadzący postępowania kanoniczne dowiadują się z lakonicznych komunikatów śledczych, ale ani nie znają wieku skrzywdzonych (o personaliach nie wspominam), ani charakteru zarzutów. W tej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest zawieszenie kościelnego procesu i cierpliwe oczekiwanie na zakończenie procedury państwowej, a następnie proszenie o wgląd w akta sprawy. Często bez skutku. A tymczasem opinia publiczna się niepokoi i mówi: „państwo ukarało, Kościół zwleka”.
Nie wyssałem tego wszystkiego z palca. To chleb powszedni prowadzących kanoniczne dochodzenia wstępne, czy procesy. „Przestrzegając prawa do wolności religijnej, Państwo zapewnia Kościołowi katolickiemu, bez względu na obrządek, swobodne i publiczne pełnienie jego misji, łącznie z wykonywaniem jurysdykcji oraz zarządzaniem i administrowaniem jego sprawami na podstawie prawa kanonicznego” – takie brzmienie ma art. 5 Konkordatu między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską z 1993 r., który ratyfikowano cztery lata później. Przekładając to na prostszy język: państwo nie przeszkadza Kościołowi w jego sprawach, które prowadzi na podstawie swoich przepisów. Nie przeszkadza zatem także w prowadzeniu spraw karnych.
Jeśli zatem oczekujemy od Kościoła szybkich i błyskawicznych działań winniśmy stworzyć także przepisy, które nie tylko usprawnią wzajemną współpracę, ale wręcz zobligują organa państwowe do takiej współpracy. Kościół powinien zatem zacząć głośno mówić o swoich trudnościach w dążeniu do sprawiedliwości. A tymczasem siedzi cicho i chowa głowę w piasek. A potem zbiera cięgi.
Skomentuj artykuł