Moralna skolioza lekarza. Czego uczy nas sprawa 'Szpitala Południowego'?
Sprawa Szpitala Południowego w Warszawie poruszyła opinię publiczną nie tylko dlatego, że chodzi o duże pieniądze. Nie tylko dlatego, że pojawiły się pytania o dyżury, których – według medialnych doniesień i pierwszych ustaleń audytu – miało nie być tam, gdzie powinny być. Nie tylko dlatego, że w tle pojawiła się polityka, stanowiska, znajomości i przyspieszone ścieżki dostępu do badań dla wybranych osób.
Ta sprawa dotyka czegoś głębszego. Dotyka pytania o etyczny kręgosłup lekarza.
A dokładniej: o to, jak łatwo ten kręgosłup może ulec moralnej skoliozie.
Lekarz należy do tych zawodów, które od początku są obciążone szczególną odpowiedzialnością. Nie dlatego, że lekarze są moralnie lepsi od innych. Nie dlatego, że mają być świeckimi świętymi w białych kitlach. Ale dlatego, że ich decyzje dotykają ludzkiego ciała, bólu, lęku, bezradności, życia i śmierci. Pacjent przychodzi do lekarza nie tylko z objawem. Przychodzi także ze swoją zależnością. Oddaje komuś obcemu dostęp do własnej intymności, historii choroby, słabości i nadziei.
Dlatego medycyna bez etycznego kręgosłupa szybko przestaje być służbą, a zaczyna być systemem wpływu.
Na uczelni medycznej w Chicago prowadzę zajęcia z etyki medycznej. Ze studentami i lekarzami rozmawiamy o dylematach, które nie zawsze są spektakularne. Często nie chodzi o wielkie moralne dramaty z pierwszych stron gazet, ale o codzienne sytuacje: presję czasu, zmęczenie, hierarchię, oczekiwania przełożonych, interes instytucji, lojalność wobec kolegów, lęk przed konfliktem, pokusę kariery, a czasem zwyczajne przyzwyczajenie do tego, że „tak się u nas robi”.
Właśnie w takich miejscach zaczyna się deformacja sumienia. Nie od wielkiego upadku. Raczej od drobnego skrzywienia postawy.
Najpierw człowiek mówi sobie: „To tylko formalność”. Potem: „Wszyscy tak robią”. Następnie: „Nie ja stworzyłem ten system”. W końcu: „To nie moja odpowiedzialność”.
I wtedy kręgosłup moralny już nie jest prosty. Jeszcze człowiek stoi. Jeszcze pełni funkcję. Jeszcze mówi językiem profesjonalizmu. Ale coś w środku jest już przesunięte.
W kontekście wydarzeń ze Szpitala Południowego przypomniał mi się wykład Alasdaira MacIntyre’a, wygłoszony 24 lutego 1999 roku jako Annual Lecture of the Royal Institute of Philosophy. Tytuł brzmiał: „Social Structures and their Threats to Moral Agency” – „Struktury społeczne i ich zagrożenia dla moralnej podmiotowości”.
Kiedy MacIntyre wypowiadał te słowa, bohater obecnej sprawy miał zaledwie kilka lat. A jednak treść tego wykładu zdumiewająco dobrze opisuje sieć zależności, w którą może wejść młody lekarz: relacje partyjne, przełożeni, środowisko, instytucja, pieniądze, prestiż, dostęp do stanowisk, oczekiwania kolegów, przyspieszona ścieżka kariery.
MacIntyre pokazuje, że człowiek może tracić moralną podmiotowość nie dlatego, że przestaje znać zasady. Może ją tracić dlatego, że zaczyna myśleć wyłącznie w kategoriach roli, stanowiska i oczekiwań systemu. Przestaje pytać: „Czy to jest dobre?”. Zaczyna pytać: „Czy to przejdzie?”, „Czy ktoś to zatwierdzi?”, „Czy mam na to papier?”, „Czy moi ludzie mnie ochronią?”.
To jest jeden z najgroźniejszych momentów w życiu zawodowym lekarza. Moment, w którym przysięga Hipokratesa, troska o chorego i dobro pacjenta zostają zamknięte w jednym przedziale życia, a kariera, pieniądze i polityczna lojalność w drugim. MacIntyre nazywał to compartmentalization – kompartmentalizacją. Człowiek dzieli siebie na sektory. W jednym jest lekarzem. W drugim działaczem. W trzecim menedżerem. W czwartym człowiekiem od faktur. W piątym kolegą partyjnym. I każdy sektor ma swoją logikę.
Problem polega na tym, że sumienie nie znosi takiego podziału.
Nie można być uczciwym lekarzem od ósmej do szesnastej, a po szesnastej wyłączać etykę, bo zaczyna się polityka. Nie można mówić pacjentowi o zaufaniu, jeśli równocześnie system, w którym się działa, buduje przywileje dla znajomych. Nie można powoływać się na dobro chorego, jeśli w praktyce tworzy się ścieżki lepszego dostępu dla tych, którzy mają właściwy numer telefonu, właściwą legitymację albo właściwe znajomości.
Medycyna nie jest miejscem dla feudalnych układów.
Szpital nie jest prywatnym folwarkiem. SOR nie jest salonem politycznej wzajemności. Dyżur nie jest rubryką w Excelu, która istnieje po to, aby wygenerować fakturę. Pacjent nie jest tłem dla kariery lekarza.
Oczywiście, w sprawie konkretnej osoby trzeba zachować sprawiedliwość. Od osądzania winy są właściwe instytucje: samorząd lekarski, prokuratura, sąd, organy kontrolne. Chrześcijański komentarz nie powinien być publicznym linczem. Ale nie może też uciekać od pytania moralnego. Bo nawet jeśli każdy szczegół tej historii wymaga wyjaśnienia, sam mechanizm jest już dobrze znany: młody człowiek, szybka kariera, polityczne zaplecze, wysokie wynagrodzenie, instytucjonalna bezkarność, a obok tego zwykli pacjenci czekający w kolejkach.
W takim układzie pytanie nie brzmi tylko: „Czy złamano prawo?”.
Pytanie brzmi: „Co stało się z etycznym kręgosłupem?”.
MacIntyre pisał o moral agency – moralnej podmiotowości. To zdolność człowieka do tego, by być kimś więcej niż wykonawcą roli. Człowiek moralnie podmiotowy nie mówi: „Wykonywałem tylko polecenia”, „Taki był grafik”, „Tak ustalił system”, „Tak działa polityka”, „Tak robią wszyscy”. Człowiek moralnie podmiotowy potrafi zatrzymać się i zapytać: „Czy to, w czym uczestniczę, jest uczciwe? Czy moje działanie służy pacjentowi? Czy nie korzystam z systemu, który krzywdzi innych? Czy nie pozwalam, aby moja rola znieczuliła moje sumienie?”.
Właśnie dlatego etyczny kręgosłup lekarza jest szczególnie narażony na skoliozę. Lekarz pracuje w systemie silnych napięć. Jest presja finansowa. Jest zmęczenie. Są układy hierarchiczne. Są oczekiwania dyrekcji. Jest pokusa dodatkowych dyżurów. Jest środowiskowa solidarność, czasem dobra, a czasem toksyczna. Jest przekonanie, że skoro lekarzy brakuje, to pewne rzeczy można tolerować. Jest wreszcie prestiż zawodu, który może dawać fałszywe poczucie nietykalności.
Jeśli do tego dochodzi polityka, ryzyko moralnej deformacji rośnie jeszcze bardziej. Partia potrafi dać młodemu człowiekowi poczucie znaczenia, ochrony i przyspieszonego awansu. Środowisko może nauczyć go, że lojalność wobec „swoich” jest ważniejsza niż odpowiedzialność wobec wszystkich. A wtedy lekarz, który niedawno składał przysięgę, może zacząć funkcjonować w logice plemienia.
To jest bardzo niebezpieczne.
Bo lekarz nie leczy „swoich”. Lekarz leczy chorych.
W tej historii, jeśli doniesienia prasowe się potwierdzą, jest także postać pozytywna: ordynator, który miał informować o nieprawidłowościach w placówce i – jak podawały media – ponieść za to konsekwencje zawodowe. To ważny znak. Pokazuje, że nie jesteśmy skazani na nieuchronną skoliozę moralnego kręgosłupa. Można się wyprostować. Można powiedzieć: „Nie”. Można nie zgodzić się na układ. Można zapłacić cenę za prawdę.
MacIntyre przypominał, że dojrzała moralność potrzebuje dwóch cnót: integralności i stałości.
Integralność oznacza, że nie jestem inną osobą w różnych kontekstach. Nie jestem uczciwy prywatnie, a cyniczny zawodowo. Nie jestem lekarzem od wartości przy pacjencie, a graczem od wpływów przy stole decyzyjnym. Nie jestem człowiekiem sumienia w niedzielę, a człowiekiem układu w poniedziałek.
Stałość oznacza, że nie porzucam dobra pod wpływem zmieniających się okoliczności. Nie sprzedaję swojej przysięgi za szybki awans. Nie oddaję sumienia w depozyt partii, dyrekcji, środowisku ani własnej ambicji.
To są cnoty potrzebne każdemu lekarzowi. Ale także każdej instytucji medycznej.
Bo problemem nie jest tylko jeden człowiek. Problemem jest system, który pozwala, aby człowiek został ustawiony w miejscu, w którym nie powinien się znaleźć. Problemem są przełożeni, którzy zatwierdzają. Problemem są procedury, które nie chronią pacjentów. Problemem jest środowisko, które widzi i milczy. Problemem jest polityka, która wchodzi do szpitala tylnymi drzwiami, a potem udaje, że przyszła tam przypadkiem.
Dlatego sprawa Szpitala Południowego powinna być dla nas czymś więcej niż kolejną aferą. Powinna być rachunkiem sumienia.
Dla lekarzy: czy moje sumienie jest jeszcze wolne?
Dla dyrektorów szpitali: czy instytucja, którą zarządzam, chroni pacjentów, czy raczej chroni swoich?
Dla polityków: czy rozumiecie, że szpital nie jest miejscem budowania zaplecza?
Dla pacjentów: czy mamy odwagę domagać się przejrzystości?
Dla nas wszystkich: czy nie przyzwyczailiśmy się za bardzo do tego, że układ bywa silniejszy niż zasada?
W duchowości chrześcijańskiej jest piękne przekonanie, że człowiek powinien chodzić wyprostowany. Nie w sensie pychy. Przeciwnie: człowiek wyprostowany to ten, który nie musi się kulić przed możnymi, nie musi zginać sumienia przed interesem, nie musi pochylać głowy przed kłamstwem.
Warto dbać o postawę.
Bo tylko wyprostowani możemy patrzeć w górę.
Skomentuj artykuł