Nagranie z zabawy sióstr stało się viralem. Na polską rodzinę wylał się nieprawdopodobny hejt. Ale jest dobra wiadomość
Krótkie nagranie, na którym dwie dziewczynki bawią się w pociąg. Zwykła domowa scenka, jakich w sieci krążą miliony, o tyle inna, że jedna z bohaterek jest w pionizatorze. Jak to w internecie bywa, nie wiedzieć dlaczego, ale właśnie tę rolkę algorytm wypchnął w świat w viral. I szambo wybiło. Pod nagraniem pojawiły się komentarze, że takie dzieci powinno się uśmiercać, a dziewczynki i ich rodzice zostali obrzuceni epitetami, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Magdę i Łukasza Gniewkowskich znam z duszpasterstwa. Są rodzicami trzech córek z niepełnosprawnościami, a ich historia i świadectwo życia są dla mnie od lat namacalnym dowodem na to, że Miłość Pana Boga potrafi poszerzać ludzkie serca do niebotycznych rozmiarów. Stworzyli swoim Dziewczynkom dom, w którym mimo wrodzonych ograniczeń wspaniale rozwijają one skrzydła, a tytaniczna praca rehabilitacyjna rodziców i ich bliskich sprawia, że żmudne ćwiczenia przynoszą coraz piękniejsze owoce.
Sęk w tym, że w polskich warunkach, by osoba z niepełnosprawnością mogła rehabilitować się stale (a tylko stała rehabilitacja przynosi wymierne efekty), by mogła korzystać z najnowszych osiągnięć medycyny (w tym przypadku jedna z dziewczynek zmaga się z ultrarzadką chorobą genetyczną) i żeby miała dostęp do turnusów oraz dodatkowych świadczeń, potrzeba dużo pieniędzy. Naprawdę dużo. Magda robi więc to, co tysiące podobnych jej mam: prowadzi kanały w mediach społecznościowych i de facto pracuje na pełen etat jako social media manager własnej rodziny, ponieważ 1,5 procent podatku zbierane pocztą pantoflową wśród najbliższych nie pokryje wszystkich potrzeb trójki niepełnosprawnych dzieci. Nie będę oceniać tego, czy to dobrze, czy źle, że tak to dziś w Polsce wygląda. Po prostu stwierdzam fakty, że systemowo w obecnych warunkach takie rodziny nie otrzymują wystarczającego dla ich potrzeb wsparcia. Czy im się to podoba, czy nie, najprostszym sposobem dotarcia do ludzi z własną historią i zdobycia środków na wsparcie leczenia pozostają media społecznościowe.
W internecie jednak nigdy nie wiesz, gdzie, kto i jaki materiał obejrzy i kiedy wybije szambo. Rolka z bawiącymi się w pociąg siostrami najwyraźniej trafiła do tej jego części, w której hasają emocjonalni troglodyci. Pod nagraniem pojawiły się komentarze, że takie dzieci powinno się uśmiercać, a dziewczynki i ich rodzice zostali obrzuceni epitetami, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Ludzie, którzy nigdy nie widzieli tej rodziny na oczy, nie przebierając w słowach, bezkarnie odbierali im wszystkim prawo do życia, które wiodą! Bezkarnie, bo przecież hejterzy wciąż rzadko kiedy ponoszą jakiekolwiek konsekwencje słów, która piszą. I cóż z tego, że Magda takie komentarze kasuje. Hejt, nawet skasowany, obija duszę. To jad, który sączy się w myśli, wraca echem okropnych porównań i odbiera chęć do walki, a tej chęci w domu, w którym codziennie ćwiczy się z trójką niepełnosprawnych dzieci, potrzeba jak powietrza.
Tylko co robić z hejterami? Od pewnego czasu obserwuję w sieci coraz częstszą praktykę, po którą sięgają celebryci, influencerzy i ludzie, którzy mają na to czas, siły i możliwości: pokazywanie twarzy hejterów i konfrontowanie ich w rzeczywistości z tym, co napisali (w Polsce chyba najsłynniejsza taka akcja została przeprowadzona przez Dorotę Wellman). Stoi za tym pragnienie postawienia twardej granicy i zmuszenie hejterów do wzięcia odpowiedzialności za swoje komentarze w świecie rzeczywistym, a nie wirtualnym.
Hejt, z którym sama mierzę się na kontach, które prowadzę, nijak się ma do tego, co spada raz po raz np. na rodzinę Gniewkowskich, ale zanim usunę pełen obrzydliwości komentarz, zdarza mi się zajrzeć na profil jego autora/autorki. I muszę przyznać, że to mnie nieustająco uderza. Informację, że jestem „bezmózgim beztalenciem i pedofilką" w jednym, przesyła mi czasem ktoś, kogo bez trudu można zidentyfikować z imienia i nazwiska, a po kilku minutach przeglądania jego profilu dowiedzieć się na przykład, gdzie pracuje, z kim spędził wakacje i jak mają na imię jego własne dzieci. To rodzi chęć tupnięcia nogą i zapytania takiej osoby, czy powtórzyłaby mi te same słowa w oczy, gdybyśmy spotkali się na szkolnym korytarzu…
Pokazywanie hejterów budzi jednak wciąż kontrowersje. Pojawia się argument, że piętnować należy zjawisko, konkretne twarze zostawiając w spokoju, i przyznaję, że sama mam tu ewangeliczną zagwozdkę. W teorii wszystko się zgadza, zdecydowana większość z nas na pewno przyzna, że hejt to zło i my, chrześcijanie, powinniśmy robić wszystko, by fale nienawiści i spirale rozkręcanych emocji zatrzymywać. Mam jednak nieodparte wrażenie, że hejt stał się dziś pojęciem-mamałygą. Rozpływa się w nim wszelka odpowiedzialność, nazywamy nim już bardzo szerokie zachowania i traktujemy jako zwyczajne, powszechne “zjawisko”. Jak tsunami w Azji. Jest, ale nas bezpośrednio nie dotyczy. Dopóki nie zobaczysz twarzy - i ofiary, i oprawcy - bardzo łatwo przejść nad hejtem do porządku dziennego i bezrefleksyjnie pobiec dalej z przekonaniem, że to nie moja sprawa, bo ja przecież nic złego nie robię.
Hejt nasilił się, odkąd zgodziliśmy się, że internet to ziemia niczyja i niech się tam dzieje, co chce. Tyle że hejtują ludzie, każdy z imieniem i nazwiskiem, nawet jeśli akurat go nie widać, bo skrywa się za nickiem "as78". W tej sytuacji granica między zmuszeniem kogoś do wzięcia odpowiedzialności za słowa a wystawieniem go na publiczne pośmiewisko jest z pewnością cienka. Myślę jednak o tym, że Pan Jezus też potrafił ludziom, którzy robili coś złego, powiedzieć o tym prosto w twarz. Co jednak robić dziś, kiedy tyle twarzy ma swojego cyfrowego klona, a wspomagana maszynowo nadprodukcja treści sprawia, że pojedynczy człowiek nie ogarnie nawet jej ułamka?
Problem w tym, że wydaje nam się, że nie możemy nic. Kiedy w 2023 roku IRCenter zapytało Polaków, co robią, gdy widzą w sieci hejt, ponad połowa badanych, 58 procent, przyznała, że nie robi nic. Co trzeci zgłasza komentarz administratorom, a w obronie atakowanej osoby staje mniej więcej co piąty. Jednocześnie prawie dziewięciu na dziesięciu uważa, że hejterskich komentarzy jest w internecie za dużo, a 78 procent twierdzi, że z cyberprzemocą trzeba walczyć. Każdy z nas, kto kiedykolwiek nacisnął przycisk “zgłoś”, wie, że to narzędzie jest listkiem figowym w regulaminach wielkich platform i bardzo rzadko przynosi skutek tam, gdzie by to się przydało. Z przykrością muszę więc przyznać, że aż nazbyt często rozpoznaję sama siebie w tej większości, która widzi hejt, wzdycha i przewija dalej. Tymczasem brak reakcji też jest reakcją. Autor nienawistnego komentarza może czytać ciszę pod swoim wpisem jako przyzwolenie, a osoba zaatakowana czuć się przez to osamotniona.
Dlatego krzepi mnie widok, kiedy pod obrzydliwym komentarzem ktoś odpisze po prostu: „Człowieku, opamiętaj się, nie siej nienawiści”. Mam wtedy poczucie: ok, nie jestem sama.
Co więcej, okazuje się, że takie zdanie działa szerzej, niż mogłoby się wydawać. Badacze z Centrum Badań nad Uprzedzeniami z Uniwersytetu Warszawskiego, razem z polskim start-upem Samurai Labs, sprawdzili to bodajże na Reddicie, na forum słynącym z seksistowskich wycieczek pod adresem kobiet. Pojawił się tam nowy użytkownik (w rzeczywistości odpowiednio zaprogramowany bot), który każdemu wyłapanemu hejterowi grzecznie i z empatią dawał do zrozumienia, że tak się nie rozmawia. Czasem przypominał o normach, czasem prosił, by autor pomyślał, co czuje osoba po drugiej stronie. Naukowcy porównali aktywność tych kont miesiąc przed spotkaniem z botem i miesiąc po nim, a także z kontami, które na bota nie trafiły. Nienawistnych wpisów ubyło, i to niezależnie od tego, czy bot odwoływał się do zasad, czy do współczucia.
Najbardziej zatrzymał mnie wniosek, który badacze wyciągnęli przy okazji: hejterzy bardzo rzadko trafiają na kogoś, kto spokojnie i życzliwie wyrazi wobec nich dezaprobatę. Zwykle albo ich ignorujemy, albo odpowiadamy im tym samym językiem. Spokojne „opamiętaj się” okazuje się ciągle zbyt rzadką reakcją w naszych internetowych przestrzeniach, a właśnie ono ma szansę skłonić autora do chwili refleksji. Ta myśl wraca do mnie jak bumerang i motywuje do konkretnych reakcji.
Jakich? Na przykład do Krucjaty Dobrego Komentarza. Bo ewangeliczne „zło dobrem zwyciężaj” można więc spróbować przekuć na coś, co roboczo od lat nazywam Krucjatą Dobrego Komentarza. My, wierzący, jesteśmy przecież tymi, którzy mają siać dobre słowa, a napisanie dobrego słowa w internecie może stać się po prostu dobrym uczynkiem. Jeśli widzisz, że na kogoś wylewa się wiadro pomyj, i w głowie pojawia Ci się myśl „biedny człowiek”, napisz mu choć jedno dobre zdanie. Ono może komuś realnie wlać promień światła. Swoje zadanie spełni już wtedy, gdy przeczyta je osoba, w którą wymierzono pomyje, i zobaczy, że ktoś tu jest, że nie jest sama wobec przemocowych zachowań innych ludzi. A jeśli akurat brakuje Ci słów, po prostu polub dobrą odpowiedź, którą ktoś napisał przed Tobą. To też jest reakcja, i to taka, którą algorytm doskonale rozumie.
Jeżeli zaś jesteście tymi szczęśliwcami, którzy żyją w świecie, w którym nikt nikomu hejtu pod postami w internecie nie sadzi, to proszę, zaglądnijcie dziś na konto “mamy.nadzieje” i poznajcie historię niesamowitych wojowników i świadków głębokiej, ewangelicznej miłości. Jeśli spędzicie tam dłuższą chwilę (tak, wyjątkowo zachęcam Was do scrollowania), z pewnością się zbudujecie. Magda pokazuje ich życie rodzinne szczerze i bez pudrowania, wspaniale dbając o to, by przy całym trudzie, który dźwigają, dzielić się nadziejami. Zostawiając tam jakąkolwiek pozytywną reakcję, macie szansę podbudować ich wirtualne zasięgi. Przyda im się to bardzo, bo obawiam się, że musi upłynąć jeszcze wiele dram i internetowych imb, zanim nasi politycy uchwalą takie rozwiązania, po których opiekunowie osób niepełnosprawnych nie będą musieli korzystać z “dobrodziejstwa” social mediów, by uzbierać odpowiednie fundusze na turnusy rehabilitacyjne.
Skomentuj artykuł