„Niedzielni katolicy” mają swoje historie
Zaczął się nowy rok szkolny i formacyjny, więc w parafiach pojawiają się ogłoszenia o przygotowaniach do sakramentów pierwszej spowiedzi i Komunii Świętej. Dla rodziców to rok pełen wyzwań, ale niejednokrotnie też ogromnej nadziei na ożywienie i pogłębienie relacji z Bogiem, choć do tego drugiego potrzeba nas – innych, zaangażowanych w Kościele ludzi świeckich.
Przeżyłam to dwa razy. Dwaj moi synowie przygotowywali się do przyjęcia sakramentów w parafii, w której mieszkamy. To był świadomy i głęboko przemyślany wybór. Często słyszałam od innych katolików zarzut, że moje dzieci nie poszły do Komunii wcześniej i robię im tym krzywdę (bo czasem jest taka możliwość by przyjąć sakramenty w młodszym wieku), albo tym, że posyłałam ich z setką innych dzieci, zamiast „przygotować porządnie” na spotkaniu wspólnoty Baranków. Jakże to było krzywdzące i głupie gadanie – dziś nie będę się w to jednak zagłębiać. Cieszę się, że dokonaliśmy właśnie takich wyborów i dziś nic bym nie zmieniła. Tym bardziej, że oba te przygotowania bardzo się od siebie różniły i nauczyły mnie czegoś cennego.
Dziś noszę w sobie bardzo głębokie przekonanie, że wielu ludzi żyjących wokół mnie tęskni za sacrum, za głębszym spotkaniem z Bogiem, ale nie potrafi samemu odnaleźć swojego miejsca w Kościele. To ci, o których pogardliwie mówimy czasem „niedzielni katolicy”, albo „ci od koszyczka na święconkę”. Spotkałam ich, ale miałam też ogromną szansę by móc poznać ich bliżej. Przy przygotowaniach młodszego syna, ksiądz poprosił mnie o koordynowanie grupy dla rodziców. Karkołomne, patrząc na to, że była nas przeszło setka… Jednocześnie było to dla mnie niezwykle ubogacającym doświadczeniem, bo stałam się mostem między nimi a parafią. Mostem, który w pewnym momencie zdał sobie sprawę z odpowiedzialności i obciążenia…
„Ci od koszyczka”, którzy przyznali, że nigdy nie mieli dobrego doświadczenia Kościoła i boją się o swoje dziecko, ale „skoro mówisz Madzia, że ksiądz jest okej i że damy radę, to ci wierzę”. Ci, którzy kiedyś szukali, ale zostali skopani, bo ich dziecko było za głośne w kościele i usłyszeli od starszej pobożnej pani, że „z takimi bachorami to na plac zabaw, a nie do kościoła”. Pierwszy raz, drugi, trzeci... To ci, których wiara zachwiała się w żałobie, po kolejnym poronieniu albo utracie pracy i nie mieli nikogo, kto pokazałby im Boga, który kocha, współcierpi i jest obok. Ci, na których patrzymy z góry, twierdząc, że wiemy lepiej od nich samych, co kryje się w ich sercach, motywacjach i myśleniu. A co jeśli żyjemy w błędzie? Co jeśli oni noszą w sobie głębokie, szczere pragnienie bliskiej relacji z Bogiem (i Kościołem), ale nie było im tego doświadczyć wcześniej i potrzebują dziś kogoś, kto pokaże im, że jest to możliwe? Potrzebują nie tylko księdza, który wysłucha ich spowiedzi po latach, ale też osoby świeckiej – innego rodzica, którego znają od lat z osiedla, albo spotkań pod szkołą – który odpowie im szczerze na pytanie: jak się na taką spowiedź umówić, jak się przygotować, do którego księdza najlepiej iść? Gdy pierwszy raz usłyszałam takie pytania rok temu, wiedziałam, że mam dwie drogi – potraktować z buta, niech sobie radzi sam, albo stanąć ramię w ramię i pomóc tak, jak umiem.
Nie oszukujmy się – jeśli ktoś do tej pory nie miał zbyt wielu dobrych doświadczeń z Kościołem, będzie ci się przyglądał. Tobie, który wyglądasz na osobę, która wie po co i dla Kogo przychodzi do kościoła. Nie będzie słuchać okrągłych słów, choć wyczuli ucho na to, jak wypowiadasz się o innych rodzicach. Będzie patrzeć na ciebie, zanim przyjdzie i zagada. Może pojawić się w naszych myślach ocena, ale zatrzymajmy ją. Pozwólmy innym na ich drogę, ich tęsknotę i szukanie Boga na nowo. Być może właśnie dzięki temu komuś uda się wrócić po latach. Obyśmy wszyscy tego zwyczajnie nie zepsuli…
Skomentuj artykuł