Złości mnie kościół, który ma gdzieś realia mojego życia
Moje dzieci przyjmowały ostatnio sakramenty. Z tej przyczyny miałam wiele okazji do ćwiczenia rozmaitych cnót, na czele z pokorą i łagodnością. I równie wiele okazji do doświadczenia zwykłego, normalnego gniewu.
W najgorszych chwilach starałam się na chwilę wyjść z siebie i stanąć obok. Zobaczyć, dokąd doprowadzi użycie tego gniewu i czy skutki mogą posłużyć do czegoś konstruktywnego, a nie tylko do zwentylowania siebie, żeby przedwcześnie nie osiwieć. Bo z jednej strony widzę w tych wszystkich doprowadzających mnie do szału sytuacjach kruchość drugiego. Czasem potężne zmęczenie, które zmusza do poprzestania na tym, co kiedyś działało. Widzę to działanie w starych schematach, bo może bez nich by się człowiek zajechał, nie ogarnął. Robienie tak, jak zawsze było, bo nie ma w kimś zgody albo siły na zmiany.
A z drugiej widzę, jak bardzo głęboko gdzieś mój instytucjonalny Kościół ma moje zwykłe, świeckie życie z wszystkimi jego obowiązkami. Jak bardzo czasem nie obchodzi tych, którzy układają przedsakramentalne programy obowiązkowych spotkań, prób i nabożeństw, jakim kosztem trzeba je wpasować w realia swojego życia. I jak można naraz być człowiekiem serio wierzącym i mieć w sobie coraz większą niechęć do instytucji Kościoła i jej „urzędników”, nie uwzględniających niczego poza „zwyczajem” parafialnym i swoim własnym pomysłem oraz kalendarzem.
Prawda jest może bolesna: wygoda i służba rzadko idą w parze. Każdy rodzic świetnie o tym wie z doświadczenia - gdy rezygnuje ze swojej wygody, by ogarnać potrzeby dzieci. Dbanie o siebie i dbanie o wiernych jest do pogodzenia bez szkody dla tych drugich. Celem osób konsekrowanych w Kościele jest w głównym sensie opiekowanie się tymi niekonsekrowanymi, ale zbyt często ta opieka sprowadza się do układania programu, który z wielkim trudem da się pogodzić z codziennym życiem i fochania się, że ludzie nie chcą „bardziej się zaangażować” w porze, w której są w pracy. A przecież mogliby wyjść wcześniej, czyż nie? Skoro nie wychodzą, znaczy im nie zależy, tacy z nich marni katolicy…
Boli mnie to, bo chciałabym, żeby mój Kościół był miejscem pocieszenia. Wzmocnienia. Bardziej domem, w którym czujesz się u siebie, przyjęty, ważny - niż kolejnym obowiązkiem do odhaczenia, dającym tylko większe zmęczenie i poczucie bezsensu. Mam dość wstydzenia się przed ludźmi, którzy są dalej od kościoła, tego wygodnictwa, złej komunikacji, przekonania o tym, że kto ma władzę, może rządzić i nie słuchać tych, którym miał służyć. Mam dość tłumaczenia, że to tak tylko teraz wyszło, że nie wszędzie i nie zawsze tak jest, że są miejsca, w których Kościół oznacza przestrzeń, w której relacje są dobre i dają sens, w którym można znaleźć dobro i łaskę i nie trzeba przy tym znosić i wytrzymywać mnóstwa słabych rzeczy, tylko że po prostu może być dobrze. Tak zwyczajnie dobrze.
Słucham relacji z kościelnych wydarzeń z różnych stron Polski i wniosek mam jeden. Kulturalnie wyrażony brzmi: to właśnie my, najliczniejsi we wspólnocie wierni świeccy, powód istnienia Kościoła, jesteśmy najmniej brani pod uwagę. I choć pokazują się różne jaskółki, to jednak wciąż nasze zdanie się nie liczy; nasza rzeczywistość bycia w Kościele w bardzo wielu miejscach ciągle sprowadza się do wykonywania poleceń organizatorów dowolnej uroczystości kościelnej zaaprobowanych przez księdza. I to nie dlatego, że nie mamy pomysłów, inicjatywy i nie chcemy poświęcić czasu i pieniędzy. Dlaczego? Mogłabym wymieniać powody, ale nie chcę: bo najbardziej obchodzi mnie to, że nie ma chyba lepszego sposobu, by zniechęcić ludzi do Kościoła niż totalne nieuwzględnianie czasu świeckich i brak szacunku do ich życia i pracy.
Ludzie nie chcą być tam, gdzie się ich nie szanuje, traktuje jak głupie owce, wymaga nieustannego dopasowywania się i tłucze po głowie poczuciem winy. A jeśli tak są traktowani na przykład rodzice dzieci pierwszokomunijnych, do bierzmowania prawdopodobnie dotrwają tylko ci z żywą i mocną relacją z Bogiem i dużą odpornością na nieustanny przymus dostosowania się do cudzych ustaleń.
Wkurza mnie też niezmiernie ta zaszyta w źle rozumianej pobożności narracja o tym, że komu niewygodnie jest przyjść na nabożeństwo o piętnastej w piątek, a w tygodniu nie ma czasu na popołudniową mszę, która trwa równą godzinę, to słabym katolikiem jest i nie stawia Boga na pierwszym miejscu. Wkurza mnie równie mocno, jak wymaganie od dziewięciolatków, żeby każde popołudnie w październiku, grudniu i maju spędziły w kościele i ocenianie wiary ich rodziców na podstawie ich obecności na nabożeństwach.
I nie, to nie chodzi o to, że nie mogę się dopasować. Bo mogę. I robię to na miarę moich możliwości, tak jak setki innych rodziców, dziadków i ludzi wierzących w Polsce. Ale pojawia się taki moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego to on nieustannie musi się naginać, dopasowywać, rezygnować z czegoś, byle zdążyć na godzinę wymyśloną przez trzeciego wstecz proboszcza dla wspólnoty sprzed pięćdziesięciu lat. I dlaczego, w miarę zmieniających się potrzeb ludzi, nie można zmienić organizacyjnych ustaleń dla rzeczy, które mają wzmacniać wiarę i relację z Bogiem. Bardzo raniące dla wspólnoty jest przyzwolenie na to, by ksiądz, który świadomie zdecydował się poświęcić życie na służbę wspólnocie, mógł ignorować jej ważne potrzeby z powodu swojej wygody. Na szczęście jest bardzo wielu księży, którzy dużo bardziej dbają o ludzi niż o swoją wygodę. Ale całą dobrą robotę psują im tacy duszpasterze, którzy na ludzi mają wyrąbane. Czasem to próba ratowania swojego zdrowia psychicznego, czasem poczucie władzy, które za mocno poszło do głowy, czasem wygodnictwo, czasem lęk, że się zepsuje zmianami coś, co przecież od lat "działa". Rozumiem to. Ale zgody na to nie mam. I tęsknię za tym, żeby mój Kościół był dobrą, relacyjną przystanią, a nie przykrą koniecznością i wymuszonym religijnym obowiązkiem.
Skomentuj artykuł