Wieś w mieście, czyli problemy ze współczesną parafią

(fot. Roman Fox / Unsplash)

Musimy się zdobyć na wysiłek przetłumaczenia naszego duszpasterstwa na język i rytm miasta. Inaczej to, co mamy do zakomunikowania i przekazania nie znajdzie adresata. Umrze.

Wspominałem w poprzednim felietonie o duszpasterskiej niewydolności naszych parafii. I w tej niewydolności upatrywałbym źródła kryzysu Kościoła w Europie, w Polsce. Jak pisze włoski jezuita ojciec Gianfranco Ghirlanda, z początku termin parafia wskazywał terytorium, które dzisiaj nazywamy diecezją. Parafie pojawiają się najpierw na terytoriach wiejskich. Jeśli chodzi o miasta ( w Kościele starożytnym i wczesnego średniowiecza z wyłączeniem Rzymu i Aleksandrii) parafie pojawiają się dopiero w wieku X.

To dziedzictwo mentalności wiejskiej, tak ze strony duszpasterzy, jak i oczekiwań wiernych, daje znać o sobie do dzisiaj. W kontekście galopującej urbanizacji społeczeństwa musi to rodzić napięcia. Aktualnie ponad 50% ludzkości mieszka w miastach. Na naszym kontynencie 70% Europejczyków to mieszczuchy. W 2050 roku ten wskaźnik osiągnie lub przekroczy 80%. Pod koniec 2018 roku w Polsce 60% populacji mieszkało w miastach. To w miastach rozegra się przyszłość chrześcijaństwa. A to oznacza, że musimy się zdobyć na wysiłek przetłumaczenia naszego duszpasterstwa na język i rytm miasta. Inaczej to, co mamy do zakomunikowania i przekazania nie znajdzie adresata. Umrze. To są bardzo konkretne problemy i kwestie. W kontekście Kościoła w Polsce to pytanie o jakość kolędy, to pytanie o roraty, o nabożeństwa majowe, październikowe – o całe to dziedzictwo pobożności ludowej (ukształtowanej w dużej mierze przez mentalność wiejską i w środowisku wiejskim), która została jakby nigdy nic przeniesiona w kontekst miasta.

Nie tak dawno otrzymałem maila od znajomego, który zżyma się na to, że jego nowy proboszcz (człowiek wsi polskiej, tej katolickiej do bólu, zwłaszcza do bólu innych) katuje ich biciem dzwonów o godzinie szóstej rano. Rozumiem, że w rodzinnej wiosce tego proboszcza dzwon wyznaczał rytm dnia podporządkowanego naturze, ale rytm miasta, zwłaszcza dużego, nie jest już podporządkowany naturze. W galeriach handlowych metropolii jest zawsze wiosna.

DEON.PL POLECA

Że z parafią we współczesnym Kościele Zachodnim dzieje się coś niedobrego sygnalizował już w sposób zawoalowany święty Jan Paweł II. W swojej adhortacji posynodalnej Christifideles laici z 1988 parafii poświęca dwa obszerne paragrafy. Według papieża z Polski parafia jest „niejako ostatecznym umiejscowieniem Kościoła, a poniekąd samym Kościołem zamieszkującym pośród swych synów i córek” z drugiej strony nadmienia, że „zadania Kościoła we współczesnym świecie są oczywiście zbyt wielkie, by sama parafia mogła im sprostać”. Tym bardziej, że sama parafia może być „uboga w ludzi i środki, niekiedy rozproszona na rozległych obszarach, albo zagubiona w ludnych, pełnych chaosu dzielnicach wielkich metropolii…” mimo to chce w niej widzieć nie tyle strukturę, terytorium, budynek, ile raczej rodzinę Bożą, dom rodzinny, wspólnotę wiernych. Czy w naszych parafiach odnajdujemy tę rzeczywistość, to papieskie życzenie rodziny Bożej, domu, wspólnoty? Każdy z nas odpowiada we własnym sumieniu. Niestety, w tej odpowiedzi, najczęściej dotknięci jesteśmy frustracją. Ani to rodzina, ani to dom, ani to wspólnota. W każdej parafii obchodzony jest odpust i z jego okazji do osobnego stołu (arcysymbol wspólnoty) siada kler i laikat. A gdyby spróbować spożyć taki obiad czy kolację razem, może nie tak dostojnie jak zwykliśmy to czynić w naszych plebaniach, ale o wiele bardziej autentycznie, w duchu wspólnoty?

Te intuicje świętego Jana Pawła II przejmuje papież Franciszek. On w swojej adhortacji Evangelii gaudium (dokument programowy obecnego pontyfikatu), w paragrafie 28. bardzo niewinnie zaczyna zdaniem, że „parafia nie jest strukturą przestarzałą”. Mam nieodparte wrażenie, że dla właściwej lektury tego fragmentu papieskiej adhortacji potrzeba przyjąć hermeneutykę zwierciadła. To znaczy nie mamy dostępu do pytań i wątpliwości interlokutora. Możemy się ich domyślać jedynie z odbicia (jak w zwierciadle) w udzielonych odpowiedziach. Zapewne do Franciszka dotarły, albo docierają głosy, że parafia to przeżytek i stąd Jego deklaracja, że tak jednak nie jest. i że dostrzega jej potencjał na przyszłość w tym, co nazywa elastycznością parafii, że może ona przyjąć bardzo różne formy, „wymagające otwarcia i misyjnej kreatywności ze strony duszpasterza i wspólnoty”.

To takie typowe Franciszkowe zdanie. I ono chyba w jakiejś mierze najcelniej wyznacza, opisuje radykalną różnicę między Nim a Janem Pawłem II. Wydaje się, że papież Franciszek myśli, iż ojciec jest od tego, żeby dzieciom pomóc postawić diagnozę sytuacji, natomiast dzieci muszą znaleźć konkretne rozwiązania i je aplikować. Nie potrafię zapomnieć takiej sceny: bezpośrednio po śmierci Jana Pawła II zapłakany śp. o. Jan Góra OP łkał przed kamerą telewizyjną i mówił łamiącym się głosem, że umarł ojciec, tata i teraz przychodzi czas, że trzeba zacząć byś dorosłym, dojrzałym, odpowiedzialnym. Ojciec, które nie uczy swoich dzieci odpowiedzialności, albo przyzwala na to, żeby uchylali się od odpowiedzialności, zdradza powołanie ojcowskie.

Franciszek pomaga podmiotom odpowiedzialnym (biskupi ordynariusze, proboszczowie, laikat) w realizacji zadania zdiagnozowania sytuacji, a z drugiej strony chowa się jakby chciał powiedzieć "to wasze zadanie, nie myślcie, że papież będzie wam urządzał parafię, która zależy od duszpasterza i od wspólnoty"! W Evangelii gaudium i w Amoris laetitia mamy do czynienia z próbą wypracowania nowego modelu posługi biskupa Rzymu, który w moim rozumieniu polega przede wszystkim na tym, aby kosztem własnych prerogatyw, udzielić przestrzeni innym podmiotom (biskupom, proboszczom oraz świeckim) do odpowiedzialnego sprawowania własnej misji w oparciu o charyzmat chrztu. To wygląda tak jakby papież chciał powiedzieć, że Kościół, parafia to również twoja odpowiedzialność. I nie wolno (właśnie tak: nie wolno!!!) liczyć na to, że papież z Watykanu rozwiąże problemy jakiejś parafii w Polsce, w Paryżu lub na Sycylii. To jest bowiem odpowiedzialność lokalnego biskupa, proboszcza i laikatu.

Jeśli Franciszek może, a niewątpliwie chce pomóc, to chyba wzywając cały Kościół do duszpasterskiego nawrócenia. Ale o tym już w następnym felietonie.

Kapłan w zakonie zmartwychwstańców. Autor rekolekcji o "Amoris Laetitia". Mieszka i pracuje w Tivoli

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Wieś w mieście, czyli problemy ze współczesną parafią
Komentarze (4)
AK
~Anna Kaczmarek
5 lutego 2020, 12:06
moja parafia jest ustawiona wyłącznie pod emerytów, wszystkie nabożeństwa, msze święte i sakramenty w zasadzie niedostępne dla osoby pracującej: msze święte w tygodniu, także np. w Środę Popielcową - o godzinie 8.30 rano i 18.00 wieczorem - kto pracujący zdąży? spowiedź w I piątek miesiąca - od 16.30 do 17.45 - nawet do domu z pracy nie zdążę jeszcze wrócić. kolęda w tym roku u mnie - w poniedziałek od 16.00, biuro parafialne - we wtorki 8.30 do 9.15. to są żarty z parafian i dowód na odwrócenie się Kościoła instytucjonalnego plecami do parafian:(
TM
~Tomek Mazurek
5 lutego 2020, 17:58
Zgoda. Polski kler to przykład rozpasanie i lenistwa. Protestuję przeciwko takiej sytuacji. Kiedy jestem w koście, nie wrzucam na tacę. Po kolędzie, gdy proboszcz lub wikary się u mnie pojawia częstuję czekoladką na wzmocnienie. Pieniędzy nie daję. Papież Franciszek uczy, że za sakramenty się nie płaci.
AW
~ania waliszko
5 lutego 2020, 21:47
za sakramenty się nie płaci, ale na wiernych jest obowiązek utrzymania duszpasterzy - a jak np. twój proboszcz jest chory i potrzebuje co miesiąc 500 zł na lekarstwo (jak ja, która wydaje co miesiąc 700 zł na lekarstwo), to skąd ma mieć? Pomyślałeś coś o tym?
MR
~Michał Rogaczewski
5 lutego 2020, 11:04
Wiejska parafia to przede wszystkim relacje. Dlaczego ten model parafii nie pasuje Autorowi do miasta? Tłumaczenie że wiejski katolicki "folklor" ze swoimi dzwonami i nabożeństwami nie pasuje do miasta to prostackie nadużycie bo nie przedmiot a forma ma znaczenie. Wiejscy i miejscy parafianie pragną mniej lub bardziej świadomie - kochających pasterzy. Mądrych, wykształconych, zaradnych owszem ale bez miłości do owieczek stają się pastuchami. Wiemy że ta cnota powinna działać w obydwie strony lecz "szlachectwo zobowiązuje" a dobry przykład idzie z góry. Z moich obserwacji dobra parafia to ta gdzie najpierw księża mają rzeczywistą wspólnotę i na plebanii tworzą dom-rodzinę. Za duże wymagania? Rozejrzyjmy się, gdzie obniżamy wymagania zaczyna się destrukcja. Z Panem Bogiem Michał