Pytania rodzin i odpowiedzi Benedykta XVI

(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)
KAI / drr

Spotkanie Benedykta XVI z rodzinami i parami z różnych części świata było głównym punktem Święta Świadectw, które odbyło się 2 czerwca wieczorem w mediolańskim Parku Bresso. Każda para, niektóre przybyły z dziećmi, przedstawiała problemy, typowe dla swego kraju czy regionu, z którego przybyły. Ojciec Święty odpowiadał, improwizując, na poszczególne pytania, wczuwając się w trudności i problemy swych gości, pozostając zarazem w nurcie nauki Kościoła.

Jako pierwsza mała Wietnamka Cat Tien zapytała papieża o jego rodzinę, gdy był on małym dzieckiem.

OJCIEC ŚWIĘTY: Dziękuję, kochanie, także twoim rodzicom serdecznie dziękuję. Pytasz więc jakie mam wspomnienia z mojej rodziny: byłoby ich tak wiele! Chciałem tylko powiedzieć kilka rzeczy. Zasadniczą sprawą dla nas jako rodziny zawsze była niedziela. Niedziela zaczynała się już jednak w sobotę po południu. Ojciec czytał nam niedzielne teksty liturgiczne z bardzo w tym czasie popularnej w Niemczech książki, gdzie były one także wyjaśniane. Tak rozpoczęła się niedziela: już wchodziliśmy w liturgię w atmosferze radości. Następnego dnia szliśmy na Mszę św. Nasz domy był blisko Salzburga, a więc mieliśmy dużo muzyki - Mozart, Schubert, Haydn - i kiedy rozpoczynało się "Kyrie" - jakby otwierało się niebo. A potem w domu ważny był oczywiście wielki wspólny obiad. Następnie razem wiele śpiewaliśmy. Mój brat jest świetnym muzykiem. Już jako chłopiec komponował różne utwory dla nas wszystkich, a cała rodzina śpiewała. Mój tato grał na harfie i śpiewał. Są to niezapomniane chwile. Potem, oczywiście, wspólnie podróżowaliśmy, odbywaliśmy długie spacery. Mieszkaliśmy blisko lasu i spacery po lesie były czymś pięknym: przygody, gry i tak dalej. Jednym słowem, byliśmy jednego serca i jednej myśli, z wieloma wspólnymi doświadczeniami, nawet w czasach bardzo trudnych, gdyż był to czas wojny, a wcześniej dyktatura, później zaś bieda. Ale była między nami ta wzajemna miłość, silna była radość również z powodu rzeczy prostych. Tak że mogliśmy wytrzymać i pokonać także i te rzeczy. Wydaje mi się, że było to bardzo ważne, że nawet małe rzeczy dawały radość, bo w ten sposób wyrażało się serce drugiej osoby. Dorastaliśmy tak w przekonaniu, że warto być człowiekiem, bo widzieliśmy, że dobroć Boga znajdowała odzwierciedlenie w rodzicach i rodzeństwie. I, prawdę mówiąc, gdy próbuję sobie wyobrazić, trochę "jak to będzie w raju", to zawsze odczuwam, że troszkę tak, jak w czasie mojej młodości, mojego dzieciństwa. Tak więc w tej atmosferze zaufania, radości i miłości byliśmy szczęśliwi i myślę, że w niebie powinno być podobnie, jak za czasów mojej młodości. W tym sensie mam nadzieję, że pójdę "do domu" przechodząc na "drugą stronę świata".

Następnie zwrócili się do niego Serge Razafinbony i Fara Andrianombonana z Madagaskaru.

DEON.PL POLECA

OJCIEC ŚWIĘTY: Drodzy przyjaciele, dziękuję za to świadectwo. Moja modlitwa towarzyszy wam na tej drodze narzeczeństwa i ufam, że możecie stworzyć włączając wartości Ewangelii rodzinę "na zawsze". Wspomniała Pani o różnych typach małżeństwa: znamy małżeństwo zwyczajowe w Afryce i małżeństwo zachodnie. Także w Europie, prawdę mówiąc aż do XIX wieku był inny, niż obecnie dominujący model małżeństwa. Często małżeństwo było faktycznie umową między rodami, gdzie usiłowano utrzymać ród, aby otworzyć nowe perspektywy na przyszłość, aby ocalić własność i tak dalej. Ród szukał jednej dla drugiego, ufając, że będą dla siebie odpowiedni. Tak było po części także w naszych krajach. Pamiętam, że w małym miasteczku, gdzie chodziłem do szkoły, jeszcze w znacznej mierze tak było. Ale później, od XIX wieku, nastąpiła emancypacja jednostki, wolność osobista i małżeństwo nie było już oparte na woli innych, ale na własnym wyborze. Najpierw pojawia się zakochanie, które przechodzi następnie w narzeczeństwo i wreszcie małżeństwo. Wszyscy byliśmy wówczas przekonani, że jest to jedyny wzorzec słuszny i że miłość sama z siebie gwarantuje "na zawsze", ponieważ miłość jest absolutna, pragnie wszystkiego, a więc także pełni czasu: jest "na zawsze". Niestety, rzeczywistość była inna: widzimy, że zakochanie jest piękne, ale może nie zawsze trwałe, tak jak uczucie: nie trwa na zawsze. Widzimy więc, że przejście od zakochania do narzeczeństwa, a potem małżeństwa wymaga różnych decyzji, doświadczeń wewnętrznych. Jak powiedziałem, to uczucie miłości jest piękne, ale musi być oczyszczone, musi przejść przez proces rozeznania, to znaczy, musi również obejmować rozum i wolę. Muszą się zjednoczyć rozum, uczucia i wola. W obrzędzie sakramentu małżeństwa Kościół nie pyta: "Czy jesteś zakochany?" ale "Czy chcesz?", "Czy jesteś zdecydowany?". To znaczy, że zakochanie musi stać się prawdziwą miłością, angażując wolę i rozum na drodze, która jest drogą narzeczeństwa, oczyszczenia, największej głębi, tak aby cały człowiek, ze wszystkimi swymi zdolnościami, z rozeznaniem rozumu, siłą woli powiedział: "Tak, to jest moje życie". Często myślę o godach w Kanie Galilejskiej. Pierwsze wino jest wspaniałe: to zakochanie: nie trwa jednak aż do końca: musi przyjść "drugie wino", to znaczy musi fermentować, wzrastać i dojrzewać. Miłość definitywna, która stanie się rzeczywiście "drugim winem" jest piękniejsza, lepsza niż pierwsze wino. Tego musimy szukać. Jest tu również ważne, aby "ja" nie było izolowanymi "ja" i "ty", ale aby była również zaangażowana wspólnota parafialna, Kościół, przyjaciele. Cała słuszna personalizacja, wspólnota życia z innymi, z rodzinami, które się wzajemnie wspierają, jest bardzo ważna i tylko wtedy, w tym zaangażowaniu wspólnoty przyjaciół, Kościoła, wiary, samego Boga, wzrasta wino, które trwa na zawsze. Życzę wam wszelkiej pomyślności!

Z kolei swym świadectwem podzielili się Nikos i Pania Paleologos z Aten z dwójką dzieci.

PANIA: Także i my, choć nadal wierzmy w Opatrzność, z trudem myślimy o przyszłości dla naszych dzieci. Ojcze Święty, są dni i noce kiedy nachodzi nas pytanie, co zrobić, żeby nie stracić nadziei. Co może powiedzieć Kościół tym wszystkim ludziom, osobom i rodzinom, które nie mają już żadnych perspektyw?"

OJCIEC ŚWIĘTY: Drodzy przyjaciele, dziękuję za to świadectwo, które wstrząsnęło mym sercem i sercem nas wszystkich. Cóż możemy odpowiedzieć? Słowa nie wystarczają. Powinniśmy zrobić coś konkretnego i wszyscy cierpimy, ponieważ nie potrafimy uczynić nic konkretnego. Powiedzmy najpierw o polityce: wydaje się, że powinno wzrastać poczucie odpowiedzialności wszystkich partii, które obiecują rzeczy, których nie mogą spełnić, aby nie szukały jedynie dla siebie głosów, ale były odpowiedzialne za dobro wszystkich. Niech zawsze będzie jasne, że polityka jest także odpowiedzialnością ludzką, moralną wobec Boga i wobec ludzi. Ponadto poszczególne jednostki cierpią i muszą przyjąć, często bez możliwości bronienia się sytuację taką, jaka jest. W każdym razie możemy też w tym wypadku powiedzieć: starajmy się, aby każdy uczynił, co może, myślał o sobie, o swojej rodzinie, o innych, z wielkim poczuciem odpowiedzialności, wiedząc, że ofiary są konieczne, aby pójść do przodu. Trzecia kwestia: co możemy zrobić? To jest pytanie, jakie sobie teraz stawiam. Myślę, że może mogłoby pomóc partnerstwo między miastami, między rodzinami, parafiami, Obecnie w Europie mamy sieć partnerstw, istnieje wymiana kulturalna, rzecz jasna bardzo dobra i bardzo przydatna, ale być może trzeba partnerstwa w innym sensie: aby rzeczywiście jedna rodzina z Zachodu, z Włoch, Niemiec, Francji ... podjęła odpowiedzialność, aby pomóc innej rodzinie. W podobny sposób także parafie, miasta: aby naprawdę wzięły odpowiedzialność, konkretnie pomogły. Bądźcie pewni: ja i wielu innych modlimy się za was, a ta modlitwa jest nie tylko wypowiadaniem słów, ale otwiera serce na Boga i w ten sposób tworzy twórcze podejście do znajdywania rozwiązań. Ufajmy, że Pan nam pomoże, że Pan zawsze będzie wam pomagał! Dziękuję.

Czwartą parą byli pochodzący z Jamajki Jay i Anna Rerrie z Nowego Jorku.

OJCIEC ŚWIĘTY: Jest to wielkie pytanie i myślę, że rozumiem ten dylemat. Priorytet miejsca pracy ma znaczenie fundamentalne, ale także priorytet rodziny. Jak je pogodzić? Mogę tylko usiłować dać jakąś radę. Po pierwsze: są firmy, które pozwalają na jakieś szczególne wolne dla rodzin na przykład z okazji urodzin, itp. Dostrzegają, że jeśli da się trochę wolnego, to w ostatecznym rozrachunku służy to przedsiębiorstwu, bo umacnia zamiłowanie do pracy, do miejsca pracy. Chciałbym więc w tym miejscu zachęcić pracodawców do myślenia o rodzinie, myślenia także, jak pomóc w pogodzeniu tych dwóch priorytetów. Po drugie: wydaje mi się, że należy szukać pewnej kreatywności, a to nie zawsze jest łatwe. Może to być choćby wniesienie każdego dnia jakiegoś elementu radości w życie rodziny, zainteresowania, jakiegoś wyrzeczenia wobec swojej woli, aby być razem rodziną, by przyjąć i pokonać trudności, o których mówiono wcześniej i myśleć o tym wielkim dobru jakim jest rodzina. W ten sposób nawet w wielkim pośpiechu można dać każdego dnia coś dobrego, odnaleźć pogodzenie dwóch priorytetów. Jest też wreszcie niedziela, święto: mam nadzieję, że jest przestrzegana także w Ameryce! Tak więc, wydaje mi się bardzo ważne, że niedziela, dzień Pański jest właśnie jako taki również "dniem człowieka", abyśmy byli wolni. W opisie stworzenia odnajdujemy, że taki był pierwotny zamysł Stwórcy: aby jednego dnia wszyscy byli wolni. W tej wolności jedni dla drugich, dla samych siebie jesteśmy wolnymi dla Boga. Sądzę więc, że bronimy wolności człowieka, broniąc niedzieli i świąt jako dni Boga i w ten sposób jako dni dla człowieka. Życzę wam wszelkiego dobra! Dziękuję!

Jako ostatni wystąpili Maria Marta i Manoel Angelo Araújo z Porto Alegre w Brazylii.

MANOEL ANGELO: Niektóre z tych par żyjących w nowych związkach chciałyby zbliżyć się do Kościoła, ale przeżywają ogromne rozczarowanie, widząc, że odmawia się im sakramentów. Czują się wykluczeni, naznaczeni nieodwołalnym wyrokiem. Te wielkie cierpienie ranią głęboko tych, których dotyczą. Są to rozdarcia, które stają się także częścią świata, i są także ranami naszymi i całej ludzkości. Ojcze Święty, wiemy, że te sytuacje i ci ludzie są bardzo ważni dla Kościoła: jakie możemy im przekazać słowa i znaki nadziei?

OJCIEC ŚWIĘTY: Drodzy przyjaciele, dziękuję za waszą bardzo potrzebną pracę jako psychoterapeutów rodzinnych. Dziękuję za wszystko, co robicie, by pomóc tym cierpiącym osobom. W istocie ten problem ludzi rozwiedzionych żyjących w nowych związkach jest jednym z wielkich cierpień współczesnego Kościoła. I nie mamy prostych recept. Jest to wielkie cierpienie i możemy jedynie pomóc parafiom, poszczególnym ludziom, aby pomogły tym osobom znieść bólu rozwodu. Powiedziałbym, że bardzo ważna byłaby rzecz jasna profilaktyka, to znaczy pogłębienie zakochania od samego początku, aby przemieniło się w głęboką, dojrzałą decyzję. Ponadto towarzyszenie podczas trwania małżeństwa, aby rodziny nigdy nie były samotne, ale były rzeczywiście wspierane na swej drodze życiowej. Jeśli natomiast chodzi o te osoby, które po rozwodzie żyją w nowych związkach - musimy powiedzieć tak, jak pan to stwierdził, że Kościół je kocha, lecz one powinny widzieć i odczuć tę miłość. Wydaje mi się, że jest to wielkie zadanie parafii, wspólnoty katolickiej, by czynić to, co możliwe, żeby czuły się one kochanymi, akceptowanymi, że nie są "poza", pomimo, że nie mogą otrzymywać rozgrzeszenia i Komunii św.: powinny widzieć, że nawet w tym stanie żyją w pełni w Kościele. Być może, skoro nie jest możliwe rozgrzeszenie w Spowiedzi św., to jednak możliwy jest stały kontakt z kapłanem, kierownikiem duchowym, jest to bardzo ważne, aby mogły dostrzec, że im się towarzyszy, że są prowadzeni. Bardzo jest też ważne, aby odczuwały, że Eucharystia jest prawdziwa, że się w niej uczestniczy, jeśli wchodzi się rzeczywiście w komunię z Ciałem Chrystusa. Nawet bez "cielesnego" przyjmowania Sakramentu, możemy być zjednoczeni z Chrystusem w Jego Ciele. Ważne jest, aby to było zrozumiane. Jest ważne, aby rzeczywiście znalazły możliwość życia życiem wiary, ze Słowem Bożym, z komunią Kościoła i mogły widzieć, że ich cierpienie jest darem dla Kościoła, ponieważ w ten sposób służą wszystkim także, aby bronić stabilności miłości, małżeństwa, i że to cierpienie jest nie tylko udręką fizyczną i psychiczną, ale jest również cierpieniem we wspólnocie Kościoła na rzecz wielkich wartości naszej wiary. Myślę, że ich cierpienie, jeśli jest naprawdę przyjęte wewnętrznie, jest darem dla Kościoła. Muszą o tym wiedzieć, że właśnie w ten sposób służą Kościołowi, że są w sercu Kościoła. Dziękuję za wasz trud.

Po ostatniej wypowiedzi do Ojca Świętego zbliżyli się małżonkowie Govoni z terenów ogarniętych niedawnym trzęsieniem ziemi w regionie Emilia Romagna i opowiedzieli o swych przeżyciach i doświadczeniach. Również do nich papież skierował słowa pocieszenia i nadziei.

OJCIEC ŚWIĘTY: Drodzy przyjaciele, wiecie, że głęboko odczuwamy wasz ból, wasze cierpienie: a przede wszystkim, modlę się codziennie, aby wreszcie skończyło się to trzęsienie ziemi. Wszyscy chcemy współpracować, aby wam pomóc: bądźcie pewni, że o was nie zapominamy, że każdy z nas czyni to, co możliwe, aby wam pomóc - Caritas, wszystkie organizacje kościelne, państwo, różne wspólnoty - każdy z nas pragnie wam pomóc, czy to duchowo w naszej modlitwie, w naszej serdecznej bliskości, czy to materialnie. Modlę się za was żarliwie. Niech Bóg wam pomaga, niech nam wszystkim pomaga! Wszystkiego dobrego! Niech Pan wam błogosławi!

Każde świadectwo i odpowiedź Benedykta XVI było przeplatane krótkim koncertem w wykonaniu piosenkarek piosenkarzy, chórów i zespołów z różnych stron świata.

Spotkanie zakończyło się wspólnym odśpiewaniem przez wszystkich obecnych po łacinie Modlitwy Pańskiej i udzieleniem im przez Ojca Świętego błogosławieństwa apostolskiego. Papież opuścił następnie park, żegnany gorącymi oklaskami przez zebranych, na miejscu trwała natomiast dalsza część Święta Świadectw.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Pytania rodzin i odpowiedzi Benedykta XVI
Komentarze (17)
K
komentarze
7 lipca 2012, 23:15
<a href="http://rodzina.wiara.pl/komentarze/pokaz/290450">http://rodzina.wiara.pl/komentarze/pokaz/290450</a>
koniec świata
19 czerwca 2012, 14:34
koniec świata co się dzieje. Papież twierdzi, że kościół kocha rozwiedzionych żyjących w nowych związkach. jeśli by chodziło o tych nieszczęśliwych, co byli zostawieni - to można by to zrozumieć. Ale jak można kochać porzucających małżeństwa i wiążacych się z kochankami ?? Bez jakiegoś komentarza z Deonu ten tekst jest bardzo dwuznaczny. Czy Kościół aprobuje rozwody i powtórne związki po rozwodzie??
:
:(
13 czerwca 2012, 08:12
Bez tego uzupełnienia można odczytać słowa papieża Benedykta, że darem dla Kościoła są też rodziny stworzone przez osoby podobne do Twojego tatusia, który odszedł od Was i pewnie stworzył sobie nową, niesakramentalną rodzinę. Myślę, że o takich również mówił Papież. Na bank o takich też mówił, bo w innym wypadku rozgraniczyłby TO JAKOŚ w tej rozmowie !! DLA MNIE JEST TO WIELKA PORAŻKA KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO I NIC TEGO NIE ZMIENI. NIE ZANOSI SIĘ NA TO..........
U
uzupełnienie
13 czerwca 2012, 08:00
do Agi Twój przykład pokazuje problem, którego nie dostrzegają księża (przynajmniej tego nie widać) . Twoja rodzina zasługuje na słowa, jakie powiedział papież do rodzin niesakramentalnych. Zapomniał tylko dodać najbardziej istotnej rzeczy - że w sercu Kościoła są rodziny niesakramentalne, które wcześniej były porzucone przez jednego z rodziców. Bez tego uzupełnienia można odczytać słowa papieża Benedykta, że darem dla Kościoła są też rodziny stworzone przez osoby podobne do Twojego tatusia, który odszedł od Was i pewnie stworzył sobie nową, niesakramentalną rodzinę.
.
...
12 czerwca 2012, 20:41
Związki niesakramentalne to nie tylko związki, tych którzy porzucili. To oczywiste. Jednakże dla porzuconych nie ma pomocy od 30 lat, a dla niesakramentalnych jest już od 30 lat (tzw. duszpasterstwa). Od 30 lat można było dbać o rodziny w kryzysie!
A
Aga
12 czerwca 2012, 20:16
Związki niesakramentalne to nie tylko związki, tych którzy porzucili. To także związki ludzi porzuconych, którzy pod ciężarem trudu samotności zdecydowali się na ponowne małżeństwo. Z życia wzięte. Ślub, dziecko, dziewczynka. Gdy ma 5 lat, tatuś sobie idze w świat. Rozwód. Tatuś mimo prób przebaczenia wyraźnie tego nie chce, nie chce pojednania, uznająć, że owo dziecko jest największym błędem jego życia. Kobieta poznaje mężczyznę, biorą śłub cywilny. Mężczyzna przyjmuje nie swoje dziecko, rodzi się następne. Chłopiec. Mężczyzna traktuje dziewczynkę tak, jakby była jego. Ona mówi do niego tato. "Przybrany" ojciec wychowuję ją, uczy wiary, stara się, aby cała rodzina brała udział w życiu Kościoła. Tak jest. Dziś owa dziewczynka ma 24 lata. Tą dziewczynką jestem ja... Jeżeli ktoś mi powie, że ten związek jest zły, że moja rodzina jest nietaka, po prostu będzie mi przykro; jestem wdzieczna za to, że ktoś mnie pokochał i traktował jak swoje dziecko... Że moja mama miała wsparcie i miłość, na którą zasłużyła...
PK
podejście Kościoła
12 czerwca 2012, 19:54
O, to chętnie przyjmę te udręki fizyczne i psychiczne, aby służyć Kościołowi i zamiast być samotnym rodzicem wejdę w związek niesakramentalny. Tak, trud niesakramentalnych jest o wiele większym darem dla Kościoła niż trud niepełnej rodziny. Samotny, opuszczony? A więc potem "niesakramentalny" ...  LINK PONIŻEJ cóż za troska -> rekolekcje zrównujące??? <a href="http://www.facebook.com/events/207120106035470/"> http://www.facebook.com/events/207120106035470/</a> TAK WIĘC MOŻESZ ZAPROSIĆ SWOJĄ ŻONĘ SAKRAMENTALNĄ I JEJ CYWILNEGO PARTNERA I RAZEM SPĘDZIĆ TE REKOLEKCJE... Po prostu brak słów !
DN
do niepełnego!
12 czerwca 2012, 19:31
"...cierpienie (NIESAKRAMENTALNYCH) jest nie tylko udręką fizyczną i psychiczną, ale jest również cierpieniem we wspólnocie Kościoła na rzecz wielkich wartości naszej wiary. Myślę, że ich cierpienie, jeśli jest naprawdę przyjęte wewnętrznie, jest darem dla Kościoła. Muszą o tym wiedzieć, że właśnie w ten sposób służą Kościołowi, że są w sercu Kościoła. Dziękuję za wasz trud...". O, to chętnie przyjmę te udręki fizyczne i psychiczne, aby służyć Kościołowi i zamiast być samotnym rodzicem wejdę w związek niesakramentalny. Tak, trud niesakramentalnych jest o wiele większym darem dla Kościoła niż trud niepełnej rodziny. Łatwiej atakować samotnych niż tych co są we dwoje. Również łatwiej ich wspierać. To taki mechanizm psychologiczny. Więc to ja Tobie podziękuję: Dziękuję z Twój trud, jesteś wielkim darem dla Kościoła.
N
niepełny
12 czerwca 2012, 17:10
"...cierpienie (NIESAKRAMENTALNYCH) jest nie tylko udręką fizyczną i psychiczną, ale jest również cierpieniem we wspólnocie Kościoła na rzecz wielkich wartości naszej wiary. Myślę, że ich cierpienie, jeśli jest naprawdę przyjęte wewnętrznie, jest darem dla Kościoła. Muszą o tym wiedzieć, że właśnie w ten sposób służą Kościołowi, że są w sercu Kościoła. Dziękuję za wasz trud...". O, to chętnie przyjmę te udręki fizyczne i psychiczne, aby służyć Kościołowi i zamiast być samotnym rodzicem wejdę w związek niesakramentalny. Tak, trud niesakramentalnych jest o wiele większym darem dla Kościoła niż trud niepełnej rodziny.
S
schizofrenia
6 czerwca 2012, 13:37
 Papież powiedział: "...osoby, które po rozwodzie żyją w nowych związkach - musimy powiedzieć tak,  że Kościół je kocha,  one powinny widzieć i odczuć tę miłość. Wydaje mi się, że jest to wielkie zadanie parafii, wspólnoty katolickiej, by czynić to, co możliwe, żeby czuły się one kochanymi, akceptowanymi, że nie są "poza"..., "... Czy należy to rozumieć, że  Kościół dopuszcza rozwody i nowe związki po rozwodzie, które należy kochać, akceptować, aby odczuły tę miłość, a parafie mają za zadanie dbać o cierpiących cudzołożników porzucających rodziny?
SA
sorry, ale
6 czerwca 2012, 08:46
Ani Benedykt XVI ani poprzedni papież nie wgłębili się w problemy rozbitych rodzin. Zdaje się że nie ma sensu żyć samotnie w "wierności przysiędze", w sytuacji gdy małżonek odszedł i zawarł nowe nieskramentalne małżeństwo. Kto chce być otoczony troską kościoła i być pełną rodziną powinien jak najszybciej znaleźć sobie nowego małżonka, po porzuceniu przez pierwszego. Po co żyć samotnie jak można ułatwić sobie życie żyjąc w parze i jeszcze się dowiedzieć, że takie "małżeństwa niesakramentalne" Kościół kocha ? W dodatku ci porzuceni są piętnowani przez ludzi Kościoła - to jest tragiczne!! Ktoś napisał, że to podwójne odrzucenie - przez współmalzonka i przez Kosćiół, który powinien być troskliwą Matką dla takich ludzi!! Za dużo znam historii (łącznie z samobójstwami wśród PORZUCONYCH), żeby pisać inaczej... optymistyczniej. Niestety, nie ma optymizmu w Duszpasterstwie RODZIN dla PORZUCONYCH, z tej prostej przyczyny, że takiego Duszpastertwa NIE MA.
WZ
wnioski ze spotkania rodzin
6 czerwca 2012, 08:00
Ani Benedykt XVI ani poprzedni papież nie wgłębili się w problemy rozbitych rodzin. Zdaje się że nie ma sensu żyć samotnie w "wierności przysiędze", w sytuacji gdy małżonek odszedł i zawarł nowe nieskramentalne małżeństwo.  Kto chce być otoczony troską kościoła i być pełną rodziną powinien jak najszybciej znaleźć sobie nowego małżonka, po porzuceniu przez pierwszego. Po co żyć samotnie jak można ułatwić sobie życie żyjąc w parze i jeszcze się dowiedzieć, że takie "małżeństwa niesakramentalne" Kościół kocha ?
N
NN
4 czerwca 2012, 16:55
  Spotkanie rodzin dowiodło tylko tego, że rodziną w rozumieniu Papieża i Kościoła jest związek kobiety, mężczyzny i gromadki dzieci. I nie ma znaczenia czy żyją oni w związku sakramentalnym czy nieskramentalnym. Przykre to. .  
PC
pozdrawiam Cię "Rano&quo
4 czerwca 2012, 08:21
Z wielką przykrością, po raz kolejny, zgadzam się z Tobą, Rano. To się niestety nie zmieni, chyba musiałby być cud od Samego Boga, żeby nawrócili się księża i zaczęli sie troszczyć o takich jak piszesz - a gdyby to robili od 35 lat (zanim powstały duszpasterstwa dla niesakramentalnych) rodziny zostałyby do tej pory uzdrowione w 80 %. A tak koło dalej się toczy na niekorzyść małżonków sakramentalnych porzuconych, mało tego, ci "pełni", którzy jeżdżą do Papieża i na swoje rekolekcje, popierają rozwody u innych, niestety, takie oto jest zakłamanie lub głupota lub obłuda. Rób więc kochana "Rano" swoje, Bóg Cię rozliczy z Twojego życia, a że przychodzi cierpienie, moja rada - oddaj Ją Temu, Który Cierpiał, On wszystko wie. On ukoi Twój ból i każde Twoje cierpienie!!
R
rana
4 czerwca 2012, 07:58
Było to spotkanie rodzin, ale jak widać rodzin pełnych: mąż, żona i dzieci. Nikt nie pomyślał, że są rodziny niepełne: porzuceni małżonkowie z dizećmi, najczęściej samotene matki. Czy takie rodziny też były na spotakniu rodzin, czy im się odmawia w ogóle przymiotu rodziny? Czy te rodziny nie zasługują na odrobinę zainteresowania Kościoła i Papieża? Dlaczego Papież więcej troszczy się o niesakramentalnych, którzy najczęściej porzucili swoich sakramentalnych małżonkoów i żyją w cudzołóśtwie? Współczucie kośicioła jest skierowane tylko do nich, choć im jest duuużo lepiej, bo są w związku, mają w sobie oparcie, często wcale nie cierpią, nie muszą samotnie wychowywać dzieci, nie mają też takich dużych problemów materialnych jak samotni rodzice. Samotni rodzice z dziećmi,, nie dość że porzuceni przez małżonka, są porzuceni przez Kościół. Widać lepiej porzucić małżonka i wejść w związek cudzołożny, bo wtedy jest się "cierpiącym" niesakramentalnym otoczonym opieką duszpasterską.
R
rana
4 czerwca 2012, 07:54
Było to spotkanie rodzin, ale jak widać rodzin pełnych: mąż, żona i dzieci. Nikt nie pomyślał, że są rodziny niepełne: porzuceni małżonkowie z dizećmi, najczęściej samotene matki. Czy takie rodziny też były na spotakniu rodzin, czy im się odmawia w ogóle przymiotu rodziny? Czy te rodziny nie zasługują na odrobinę zainteresowania Kościoła i Papieża? Dlaczego Papież więcej troszczy się o niesakramentalnych, którzy najczęściej porzucili swoich sakramentalnych małżonkoów i żyją w cudzołóśtwie? Współczucie kośicioła jest skierowane tylko do nich, choć im jest duuużo lepiej, bo są w związku, mają w sobie oparcie, nie muszą samotnie wychowywać dzieci, nie mają też takich dużych problemów materialnych jak samotni rodzice. Samotni rodzice z dziećmi,, nie dość że porzuceni przez małżonka, są porzuceni przez Kościół.
D
dor.
3 czerwca 2012, 23:44
"Niektóre z tych par żyjących w nowych związkach chciałyby zbliżyć się do Kościoła, ale przeżywają ogromne rozczarowanie, widząc, że odmawia się im sakramentów. Czują się wykluczeni, naznaczeni nieodwołalnym wyrokiem. Te wielkie cierpienie ranią głęboko tych, których dotyczą. Są to rozdarcia, które stają się także częścią świata, i są także ranami naszymi i całej ludzkości. Ojcze Święty, wiemy, że te sytuacje i ci ludzie są bardzo ważni dla Kościoła: jakie możemy im przekazać słowa i znaki nadziei?" Co to za terapeuci, którzy nie widzą cierpienia porzuconych? Cały czas to samo. Cały Kościół wciąż trąbi o niesakramentalnych... Jesli ktoś jest niesakramentalny, to wcale nie oznacza, że cierpi, skoro najpierw porzuca prawowitego małżonka/małżonkę.