PRL na słodko. Czym zajadaliśmy się, kiedy sklepowe półki świeciły pustkami?
Kultowe smaki PRL-u. / fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Lody Bambino, eleganckie bombonierki i legendarne wyroby czekoladopodobne. Tak smakowała codzienność w czasach, gdy zdobycie ulubionego przysmaku było nie lada wyzwaniem. Które z tych słodkości wspominacie najlepiej? Publikujemy fragment książki “Paprykarz z prodiża” Łukasza Modelskiego.
Dwa razy lody
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych i najlepiej zapamiętanych symboli dziecięcej codzienności PRL-u były lody Bambino. W czasach tryumfów polskiego wzornictwa przemysłowego były osobliwie opakowane, spowite w gruby, mleczny, sprawiający wrażenie półprzeźroczystego papierek z deseniem w delikatnych, niewysyconych barwach. Jedno z najpiękniejszych opakowań PRL-u, doskonale obwieszczające swoją zawartość.
Lody Bambino, tłuste i śmietankowe, w kształcie wydłużonego prostopadłościanu, były dostępne wszędzie. W wersji ekskluzywnej oblewano je grubą, łamliwą i topiącą się na języku czekoladą. Zarówno czekolada, jak i śmietankowe wnętrze były produktami zaskakująco wysokiej jakości.
Najpopularniejsze polskie lody nie ustępowały dumie Związku Sowieckiego, czyli lodom Eskimo. Lody Bambino były również treścią ogólnopolskiego okrzyku lodziarzy sprzedających je na plażach, zwłaszcza bałtyckich (“Looody! Bambino loooody!”). Zamknięte w drewnianych skrzynkach wypełnionych lodem, sprzedawane przez mężczyzn ubranych w białe fartuchy, stanowiły nieodłączny element krajobrazu dzieciństwa.
Prostopadłościany na patyku musiały jednak ulec popularności lodowej kostki jedzonej szerokim, drewnianym patyczkiem. Kostka ta, zawijana początkowo w delikatne opakowanie z lodziarskim wózkiem, a potem w nieprzemakalne sreberko, miała inny, słodszy smak, miękką strukturę i błyskawicznie topiła się w ręku. Mitologiczna z pozoru nazwa lodów Calypso, pisana przez “c” i “y”, była przez dziesięciolecia zdobiona profilem Murzynka (polityczna poprawność w PRL-u oznaczała coś zgoła innego), co miało kierować skojarzenia nabywców raczej w stronę tańców na karaibskich plażach, niż bliżej nieznanej Ogygii.
Bambino i Calypso współtworzyły trójcę najbardziej pożądanych PRL-owskich lodów, wraz z tymi, które wyglądały jak Calypso, lecz włożone były między zgrabne wafelki. Ich przewaga polegała na tym, że można było je trzymać w ręku, choć kostka topiła się szybko, a wafelki błyskawicznie nasiąkały, zmieniając się pod koniec w rodzaj rozmokłego pieczywa. Zachowywały wprawdzie smak, lecz niebezpieczeństwo powstania ściekających po ręku śmietankowych strumieni było już wówczas poważne. Ostatni kawałek “wafelkowego Calypso” wkładało się więc do ust w całości i, narażając zęby na nieprzyjemny kontakt z zimnem, gryzło i połykało. Prawdziwą profuzję sposobów jedzenia lodów w wafelku można porównać jedynie z bogactwem technik lizania lodów w gałkach nakładanych do wafelków, zwłaszcza tych w wersji najbogatszej, z bitą śmietaną i polewą czekoladową, które dzieciom udawało się wyjęczeć w najbardziej ekskluzywnych wielkomiejskich placówkach Horteksu. Wszystko ściekało, trzeba się było śpieszyć. Zaczynał się wielki wyścig. Lody zazwyczaj były szybsze.
Piękna waluta
Wśród dizajnersko dopracowanych opakowań PRL-u szczególne miejsce zajmowały te od słodyczy, a wśród nich najważniejsze – bombonierki. Instytucja bombonierki w komunistycznej Polsce miała znaczenie wyjątkowe. Dziś trudno znaleźć dla niej odpowiednik. Bombonierka była czymś w rodzaju oficjalnej waluty, którą płaciło się przychylnej urzędniczce. Wręczanie jej na oczach oczekujących interesantów nie należało do rzadkości. Towarzyszyła kwiatom na Dzień Kobiet czy Dzień Nauczyciela. Szło się z nią do lekarza – chyba że był mężczyzną, wtedy należało wykosztować się na koniak. Była też obowiązkowym prezentem imieninowym i upominkiem przy ważniejszych wizytach.
Małe i duże, podłużne, okrągłe, w formacie A3 lub poręczne, szufladkowe – kryły w sobie jedne z najlepszych PRL-owskich słodyczy: galaretki w czekoladzie w kształcie bananków, czekoladki w dziesiątkach rodzajów, lśniące i pachnące świeżością. Bombonierki nie zalegały na półkach – znikały natychmiast, popyt był ogromny. Wśród pudełek z Wedla, Goplany czy Jutrzenki znajdowało się także miejsce na bombonierki z importu. Dominowały jugosłowiańskie wiśnie w czekoladzie z fabryki Kraš – produkt wyśmienity, nieustępujący słodyczom przywożonym z Zachodu. Bombonierka i goździki – żelazny zestaw oficjalnych świąt tamtej epoki – spotkał wspólny los: utraciły znaczenie i odeszły do historii.
Prawie jak czekolada
W krainie erzaców, surogatów i zastępników niektóre z nich zyskiwały charakter prawdziwie kultowy. Najgłośniejszym produktem z tej kategorii były tak zwane wyroby czekoladopodobne. PRL-owskie władze nie zawsze oszukiwały obywateli; pewne rzeczy nawet im nie mieściły się w głowie. Choć ryby iwasi trzeba było nazwać śledziami, to jednak narodowi wychowanemu na słodyczach Wedla nie można było wmawiać, że to, co w stanie wojennym i w jego okolicach sprzedawano jako słodycze, jest czekoladą. Pisano więc otwarcie, że to “wyrób czekoladopodobny”, rezygnując z klasycznego opakowania i zawijając tabliczkę owego wyrobu w szary, ostemplowany tą informacją papier. Wyrób czekoladopodobny był jedyną dostępną formą (prawie)czekolady, oczywiście poza domową produkcją z kakao.
Tabliczka kupowana w sklepie na kartki miała smak agresywnej, ale i nudnej, nieprzetworzonej słodyczy. Pierwszym smakiem, który wyrobowi czekoladopodobnemu towarzyszył, był – tak dobrze znany w Azji – smak tłusty. Zostawał na ustach, zębach, języku i podniebieniu. Trudno było się go pozbyć, nawet kiedy słodycz już uleciała. Wyrób czekoladopodobny, zrozumiano to od razu, sam w sobie stanowił metaforę ustroju, w którym wówczas żyliśmy. Wiadomo bowiem, że demokracja od demokracji socjalistycznej różni się tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego. Wyrób czekoladopodobny opowiadał o realnym socjalizmie wszystko: niedobór, dążenia, aspiracje, brzydotę, samooszukiwanie i powierzchowną jedynie słodycz.
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł