Sny o piłkarskiej potędze

To, niestety, obrazek z amerykańskiego, a nie polskiego podwórka (fot. chipgriffin/flickr.com)
Ewa Piłat / "Dziennik Polski"

Jaki jest związek między podwórkowymi talentami małych futbolistów a blaskiem diamentów w kadrze narodowej? Bardzo ścisły. Nie sztuką jest wybudowanie 2000 "orlików". Sztuką jest zorganizowanie na nich gry przez cały rok pod okiem profesjonalisty, a przede wszystkim zafascynowanie młodego pokolenia sportem. Bez tej iskry najsensowniejsze akcje spalą na panewce z powodu braku zainteresowania.

Dawno, dawno temu, w epoce przedkomputerowej, na planecie Ziemia, między Odrą a Bugiem, młodzi przedstawiciele gatunku homo sapiens całymi popołudniami uganiali się za piłką. W latach przedcyfrowych istniały jeszcze podwórka i boiska osiedlowe.

Ilekolwiek by ich było, zawsze okazywało się za mało, dlatego piłkę kopano na ulicach, trawnikach i zieleńcach. Z tych czasów w magazynach spółdzielni mieszkaniowych pozostały jeszcze tabliczki z napisem "Zakaz gry w piłkę". W epoce cyfrowej nikomu się już nie przydadzą. Chłopcy biegający za piłką na osiedlowych boiskach stali się tak rzadkim zjawiskiem, jak sukcesy naszej piłkarskiej reprezentacji na arenie międzynarodowej. Jaki jest związek między podwórkowymi talentami małych futbolistów a blaskiem diamentów w kadrze narodowej? Bardzo ścisły.

Ponad dwa tygodnie czyhałam na jakiekolwiek dzieci, które pojawią się z piłką w jakimkolwiek miejscu dużego osiedla mieszkaniowego w Krakowie. Trzy boiska, które codziennie mijam w drodze do pracy, solidarnie zarosły chwastami po pas. Tylko bramki, pozbawione siatek, wystające ponad chaszcze, stanowią świadectwo niegdysiejszych upodobań mieszkańców do kopania piłki. Jeszcze 8 - 10 lat temu na każdym z tych trzech boisk mężczyźni: mali, nastoletni, a nawet w średnim wieku, do zmierzchu uganiali się po murawie. Dziś mają do dyspozycji tylko boiska szkolne i trawniki na placach zabaw. Oraz piękny "orlik", na którym, owszem, udało mi się dostrzec młodzież. Chłopcy i dziewczęta, pod okiem instruktora, ćwiczyli forhendy i bekhendy. Zapewne jakaś szkółka tenisowa.

Skończyły się wakacje. Przestało padać. Zabrakło argumentów usprawiedliwiających nieobecność dzieci na boiskach. Wreszcie usłyszałam charakterystyczny odgłos kopanej piłki. Na boisku szkolnym biegało czterech chłopców.

Jeden rzucał do kosza, trzech kopało futbolówkę. Żaden nie chciał stanąć na bramce, więc o strzelaniu goli, a tym bardziej o meczu, mowy nie było. - Kamila nie puściła mama. Teraz ma angielski - jeden z małych piłkarzy tłumaczył mi słabą frekwencję. - Michał gra na komputerze. Jak rodzice wrócą z pracy, to mu już nie pozwolą. Wtedy wyjdzie na boisko - dodał drugi. Gra chyba się nie kleiła, bo po 15 minutach plac wokół szkoły świecił pustkami.
Poniedziałek był tak ciepły i słoneczny, że nawet komputery nie mogły już chłopców zatrzymać w domach. Małe grupki strzelały gole do kilku bramek ustawionych przy szkole, a na boisku trwał mecz prawie prawdziwy. Prawie, bo grało siedmiu chłopaków, ale bramkarz stał tylko po jednej stronie betonowego boiska. Drużyna A (bez bramkarza) przegrała z drużyną B 3:0. - No bo oni mieli w składzie tego dużego chłopaka - tłumaczy porażkę

Daniel, piątkoklasista. Daniel jest niewysoki, zwinny i specjalizuje się w dryblingach. Tak jak jego idol - Leo Messi. W ubiegłym roku chodził na zajęcia z piłki nożnej do klubu "Prądniczanka". W tym też tam będzie trenował. "Ten duży" to Kamil z I klasy gimnazjum. Piłkę nożną uprawia w klubie "Krakus".

Damian z piątej klasy trenuje w "Hutniku". Zaskakuje mnie nazwiskiem swego bohatera: Yuan Gurkov. A czy mają idoli wśród polskich piłkarzy?

- Nieeee! - odpowiadają gremialnie. Jednak po zastanowieniu Damian rzuca: - Kuba Błaszczykowski. Jest szybki.
- Robert Lewandowski. Ale ja i tak wolę Ronaldinho - dodaje Daniel.

Dwie bramki w meczu strzelił Mateusz. W ubiegłym roku trenował w "Albertusie". Teraz jest już w piątej klasie i nie będzie chodził na treningi. Ma za dużo innych zajęć. Dzisiaj też się śpieszy i choć minęło dopiero kilkadziesiąt minut, chłopcy kończą grę i wracają do domów.

Obecność tej grupki na szkolnym boisku na pewno ucieszyłaby Jana Tomaszewskiego z legendarnej drużyny "orłów Górskiego". Zaproszony niedawno do telewizyjnego programu Wojciecha Manna "Duże dzieci" opowiadał o początkach swojej piłkarskiej kariery. "Kiedyś, wyobraźcie sobie, od rana do wieczora na podwórkach graliśmy w piłkę. Do domu nas nie można było zagonić" - snuł opowieść z zamierzchłych czasów. Dla obecnych w studiu telewizyjnym 8-, 9-latków podwórkowe wspomnienia słynnego bramkarza, który grając z kolegami, uczył się zadziorności, sprytu, cwaniactwa, ale i gry zespołowej, brzmiały jak baśń z tysiąca i jednej nocy. To był zupełnie inny obraz piłki nożnej niż ten, który dzieci chłoną z ekranów komputerów, choćby z bijącej rekordy popularności gry komputerowej FIFA 2010.

Nieprawdziwe byłoby stwierdzenie, że współczesne dzieci spędzają czas wyłącznie przed komputerem (rzadziej przed telewizorem) i wcale nie cieszy ich uganianie się za piłką. Prawdziwe, że w XXI wieku piłka trafiła głównie do klubów, a wraz z nią mali piłkarze.

- Kiedy w 1987 r. zakładaliśmy pierwszą szkółkę piłkarską w Krakowie, zgłosiło się aż 220 10- i 11-letnich chłopaków. Po badaniach i testach sprawności ogólnej zostawiliśmy 112 najlepszych - wspomina dr Stanisław Chemicz, trener i animator szkółki Wisły Kraków. Dziś Wiśle urosła duża konkurencja. Chłopców trenują niemal wszystkie kluby. Istnieją nawet akademie piłkarskie. To działalność, która przynosi dochody. W tym roku do szkółki TS Wisła zgłosiło się 50 chłopców z roczników 2004 i 2005.

- Dzieciaki z pierwszych naborów były zupełnie inne, niż te, które przychodzą dzisiaj. Silniejsze. Teraz rodzice bardzo dbają o zdrowie swoich dzieci, a mimo to chłopcy nie mają takiej sprawności fizycznej: 8- 9-latek nie potrafi się podciągnąć na drabince. Brakuje im ogólnego rozwoju fizycznego, który zdobywa się na lekcjach wf. Ale także na owych podwórkach, które przy okazji zabawy były znakomitym treningiem sprawnościowym - dzieli się spostrzeżeniami trener małych wiślaków. - Współczesne dzieci mają za dobrze. Wśród moich piłkarzy nie ma takiego, który by nie miał komputera. Rodzice od razu fundują im jambulani (piłka, którą grano na ostatnich mistrzostwach świata w RPA - przyp. red.), zamiast im rzucić małą piłeczkę. Na treningach ćwiczą z piłką tenisową, aby nauczyć się dryblingu. Orły Górskiego w dzieciństwie zaczynały od "zośki". Ja kiedyś zrobiłem eksperyment i poleciłem 9-latkom odbijać "zośkę". Pamiętam kolegę z podwórka, który, będąc w ich wieku, potrafił ją odbić 60 razy. Moim piłkarzom udało się najwyżej dwukrotnie.

Bogaty w 35-letnie doświadczenia trener małych wiślaków zauważa, że do klubu trafia znacznie więcej dzieci z obrzeży Krakowa niż ze ścisłego centrum. - To są zadziory, bo na obrzeżach jeszcze się grywa popołudniami w piłkę. Na podwórkach wyrabiają się charakterki.

Pierwsza szkółka piłkarska powstała w Krakowie w związku z pogarszającymi się wynikami Wisły. Sezon 1985/86 przepełnił czarę goryczy. Stanisław Chemicz postanowił kształcić narybek dla drużyn seniorskich od dziecka, choć przyznaje, że dojście na szczyt nie jest najważniejsze: - Tam dotrą tylko jednostki. Ważna jest także rywalizacja, sportowa atmosfera, myślenie zespołowe, szacunek dla barw klubowych. A także otarcie się o wielki świat. Nasze zespoły biorą udział w turniejach międzynarodowych. Mali wiślacy grali z takimi klubami, jak Espagnol Barcelona, Bayer Leverkussen, Rapid Wiedeń czy Spartak Moskwa.

Zdaniem dr. Piotra Nowaka, socjologa sportu z Uniwersytetu Jagiellońskiego, szkolenie dzieci w klubach nie rozwiąże problemu słabego poziomu polskiej piłki. Jako ojciec 9-latka, który również trenuje w klubie sportowym, zdaje sobie sprawę ze skali obciążenia czasowego i finansowego rodziców małych piłkarzy. Dzieci zwracają uwagę, w czym grają, a choćby tylko buty do gry halowej dla dziecka to wydatek 160 zł. Do tego koszt treningów i wyjazdów, także zagranicznych, sprawia, że z tego sportu eliminowane są biedniejsze rodziny. A może tam właśnie znajdują się diamenty?

- Sport zaczyna dzielić ludzi. Zamożniejsi wożą dzieci na zajęcia, sami korzystają z siłowni, klubów fitness, kortów tenisowych, wynajętych sal. Chodzi o to, aby w miejscu zamieszkania dzieci mogły grać na bezpłatnych boiskach. Żeby mogli tam pograć ojcowie albo ojcowie z synami. Jeśli tata nie chodzi grać w piłkę, to dziecko też nie będzie. Tę funkcję miały spełniać "orliki", ale okazuje się, że często nie można na nie wejść. W najlepszych godzinach wynajmowane są firmom albo komercyjnym szkółkom sportowym. A jeśli już są do dyspozycji uczniów, to często nie ma nikogo, kto pokierowałby grą, nauczył zasad, poszukał talentów. Dzieci lubią grać, pod warunkiem, że gra będzie zorganizowana - mówi dr Piotr Nowak z Instytutu Socjologii UJ. Są, na szczęście, i dobre przykłady funkcjonowania "orlików". Krakowski socjolog, podczas wakacyjnych wędrówek, natknął się w okolicy Przeworska na fantastycznie działający kompleks sportowy. Wójt zatrudnił profesjonalnego trenera, utworzono cztery drużyny piłkarzy w różnym wieku. Na boisku "orlika" gra cała wieś.

Na brak trenerów w "orlikach" zwraca też uwagę dr Stanisław Chemicz: - Tam powinien być ktoś, kto zajmie się młodzieżą. Brakuje nam ludzi, którzy zarażą dzieci bakcylem sportu. Ten brak zaangażowania jest widoczny nie tylko na "orlikach", ale przede wszystkim na lekcjach wf.

- Przyczyn słabego poziomu naszej piłkarskiej reprezentacji należy szukać na wychowaniu fizycznym w szkołach. Nauczyciele są mało zaangażowani, bardziej starają się przetrwać godziny lekcyjne niż przekazać uczniom fascynację jakąś dyscypliną. A sport wymaga pasji - dodaje dr Piotr Nowak. Opinia socjologa sportu pokrywa się z wynikami kontroli NIK, które opublikowano we wrześniu 2010 r. Wynika z niej, że prawie połowa szkół w Polsce nie ma sal gimnastycznych, a trzy czwarte nie zapewnia uczniom podczas wf. właściwego poziomu bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że choć nauczyciele mają na ogół wysokie kwalifikacje, to z obawy o bezpieczeństwo uczniów, rezygnują z trudniejszych ćwiczeń. Szkołom zarzucono, że nie zapobiegają tendencji do unikania przez uczniów zajęć z wychowania fizycznego. W szkołach podstawowych liczba dzieci nieuczestniczących w zajęciach wf. wynosi 16,8 proc., w gimnazjach 21,1 proc., a w szkołach ponadgimnazjalnych już ponad 30 proc. Czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał.

- Iskrą rozpalającą zapał młodych do sportu mogą być sukcesy na arenie międzynarodowej. Sportowcy wtedy stają się bohaterami, młodzież chce ich naśladować. Truizmem jest wspominanie, jak triumfy Adama Małysza czy Justyny Kowalczyk wywołały masowe zainteresowanie skokami i biegami narciarskimi - mówi dr Piotr Nowak. Niestety, ten mechanizm działa w dwie strony. Brak sukcesów zniechęca do uprawiania dyscypliny będącej w niełasce rozczarowanych kibiców. - Kiedyś byliśmy zauroczeni drużyną Górskiego czy Piechniczka. Odkąd świat stał się globalną wioską, fascynujemy się sukcesami innych. Z braku własnych mistrzów, nasza młodzież szuka idoli poza granicami. Bohaterami stali się Messi, Ronaldo, Villa, Kaka.

Liczenie na samorodne talenty, takie jak Małysz, Kowalczyk czy wcześniej Józef Łuszczek, nie zmieni sytuacji w polskiej piłce nożnej. Diamenty w reprezentacji pojawią się jako efekt masowego kopania piłki, tak jak to się dzieje w Brazylii, Argentynie, Meksyku, Italii czy Hiszpanii. Tę oczywistą tezę potwierdzają badania naukowe: - Australijscy badacze prowadzili je wśród kolarzy. Nie ma wątpliwości: im więcej osób uprawia jakiś sport, im więcej przejdzie przez sito profesjonalnych klubów, tym więcej wyłowi się gwiazd - twierdzi socjolog sportu. Jako Polacy mamy potencjał. Umiejętność gry w piłkę nożną deklaruje (GUS - 2009) prawie 60 proc. mężczyzn i 34 proc. kobiet. Więcej potrafi tylko jeździć na rowerze i pływać.

Nie sztuką jest wybudowanie 2000 "orlików". Sztuką jest zorganizowanie na nich gry przez cały rok pod okiem profesjonalisty, a przede wszystkim zafascynowanie młodego pokolenia sportem. Bez tej iskry najsensowniejsze akcje (takie jak np. zorganizowana przez Urząd Miasta Krakowa "Mój trener - mój przyjaciel") spalą na panewce z powodu braku zainteresowania.

Są jednak pewne jaskółki wróżące wydobywanie się polskiej piłki z upadku. - Dobre wzory kreują celebryci, zwłaszcza politycy, którzy publicznie chwalą się umiejętnościami gry w piłkę nożną. Należy też docenić ideę dużych turniejów, jak np. Turniej Orlika o Puchar Premiera Donalda Tuska, w którym ma wziąć udział ponad 10 tys. drużyn i ok. 100 tys. dzieci - mówi dr Piotr Nowak. Rozpaczliwie szukamy młodych talentów, dzięki którym za kilka - kilkanaście lat my, kibice, każdej porażki niższej niż 6:0 (wynik meczu Hiszpania - Polska) nie będziemy musieli traktować jak sukcesu. Dzięki którym znów będziemy mogli budować polskie sny o potędze.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Sny o piłkarskiej potędze
Komentarze (3)
6 października 2010, 21:55
Lepiej było zbudować basen w każdym powiecie[nie plebanii]- całoroczny,rehabilitacja wad postawy uczniów oraz chorych ze zmianami degeneracyjnymi ukł. kostnego. Biegać za piłką można po łące, a ze zdrowych obywateli jest duuuuży pożytek. Czy Laboratorium CSI może sporządzić charakterystykę tych nawierzchni? Teresa to spróbuj prowdzić piłkę nogą na łące a później na orliku a przekonasz się jak ważna jest infrastruktura do uprawiania sportu :)
P
Pretorianin
6 października 2010, 14:56
Wbrew autorowi twierdzę, że to jest sztuka wybudować 2000 boisk, a każde za ponad 1 mln zł. Ale to może być jedynie początek. 
T
teresa
6 października 2010, 14:07
Lepiej było zbudować basen w każdym powiecie[nie plebanii]- całoroczny,rehabilitacja wad postawy uczniów oraz chorych ze zmianami degeneracyjnymi ukł. kostnego. Biegać za piłką można po łące, a ze zdrowych obywateli jest duuuuży pożytek.  Czy Laboratorium CSI może sporządzić charakterystykę tych nawierzchni?