Duchowny złapany przez strażników
Jak donosi portal "Kwiecień w Borach Tucholskich.pl", ksiądz kanonik, którego personalia nie zostały podane do publicznej wiadomości, podczas pieszej pielgrzymki został zatrzymany przez patrol Straży Leśnej. Funkcjonariusze chcieli nałożyć na niego karę grzywny, potocznie zwaną mandatem. Za co ta szykana?
Okazało się, że purpurat idąc wraz z wiernymi poboczem drogi w terenie niezabudowanym, a wręcz leśnym, po zmroku nie miał na sobie żadnego elementu odblaskowego. Miał w ten sposób tworzyć realne zagrożenie dla uczestników ruchu drogowego, w tym dla samego siebie.
Upomniany tłumaczył się, że naśladując papieża Franciszka nie ma zamiaru nosić na sobie błyskotek. Uczestnicy pielgrzymki wyrazili swoje oburzenie z powodu tego incydentu. Ich argumenty bardzo się różniły.
Jedni, uważali, że w ogóle strażnicy nie mają prawa nakładać kary na duchownych. Inni zaś twierdzili, że należy szybko zapłacić (ewentualnie robiąc "zrzutę" wśród pielgrzymów) i iść dalej. Jeszcze inni chcieli kupić księdzu odblask, ale w pobliskim sklepiku (właścicielka została wyrwana ze snu) były tylko żółte, a jak wiadomo nie wybranie niebieskiego (dla zakonnic różowego) byłoby oznaką popierania ideologii gender. Znaleźli się i ekolodzy twierdzący, że odblaski rażą czułe oczy dzikich zwierząt i dlatego nie wolno ich nosić w lesie. Inni zaś wyrazili troskę o "zanieczyszczanie" naturalnej ciemności popierając postawę kanonika dbającego o sakralny wymiar nocy.
Wszystko skończyło się ogólną debatą podgrzaną do tego stopnia, że zapobiegliwi strażnicy leśni wycofali się rezygnując z egzekwowania mandatu, ponieważ bali się o własną "nienaruszalność" cielesną.
W ten sposób sprawa rozeszła się po kościach i naładowani nową energią pielgrzymi wyruszyli leśnym duktem za swoim przewodnikiem na spotkanie z trudami i przeszkodami czyhającymi na "strzeżonej" trasie.

Skomentuj artykuł