Wszedł na ring jako zbuntowany nastolatek. Dziś pomaga innym
Krew i cierpienie na ringu rzadko kojarzą się z modlitwą czy opieką duszpasterską. Tymczasem czterokrotny mistrz Kanady w Muay Thai udowadnia, że ciężkie ciosy można przekuć w duchowe uzdrowienie. Ramuel Villardo na co dzień wspiera bezdomną młodzież i ofiary handlu ludźmi w Toronto, a wieczorami zakłada rękawice bokserskie. To historia człowieka, dla którego brutalny sport stał się drogą do Boga.
Codzienność Ramuela Villardo to świat dwóch pozornie odległych rzeczywistości. W ciągu dnia przemierza korytarze schroniska dla młodzieży w Toronto. Jako doradca ds. opieki duchowej towarzyszy młodym ludziom, których życie doświadczyło nieraz mocniej niż niejeden przeciwnik na ringu. Wieczorami ten sam człowiek, na którego twarzy i ciele widać ślady wieloletnich walk, zakłada rękawice i wchodzi na salę treningową. Muay Thai, znane w Polsce jako boks tajski, trenuje od blisko dwóch dekad.
Villardo nie próbuje wybierać między tymi dwoma światami. Przeciwnie – połączył ringową dyscyplinę z Ewangelią. Z czasem zyskał przydomek „Walczącego Mentora”. W swojej pracy pokazuje, że trening fizyczny i duchowe towarzyszenie mogą iść ze sobą w parze. Jego zdaniem obie drogi wymagają dyscypliny, cierpliwości i gotowości do przemiany.
Buntownik w cieniu diakona
Ramuel dorastał w Toronto, największym mieście Kanady. W jego domu od zawsze przenikały się dwie rzeczywistości: sztuki walki i głęboka wiara. Jego ojciec przez wiele lat trenował i rywalizował w filipińskich sztukach walki, a od dekad pełni również posługę diakona stałego. Ramuel początkowo nie chciał jednak iść w jego ślady. Pragnął odnaleźć własną drogę i zbudować tożsamość niezależną od osiągnięć ojca.
Wczesna młodość Villardo upłynęła pod znakiem złych wyborów, gniewu i presji rówieśniczej. Gonił za pieniędzmi, zabawą i pozornym sukcesem. Przełom nastąpił, gdy miał 19 lat. Podczas pokazów Muay Thai w Scarborough po raz pierwszy zobaczył zawodników walczących z niezwykłą intensywnością „Nigdy nie zapomnę intensywności, z jaką uderzali i kopali” – wspomina Ramuel Villardo w rozmowie z „The Catholic Register”. Wtedy zrozumiał, że sport może pomóc mu okiełznać narastającą w nim wściekłość. Za namową ojca rozpoczął regularne treningi.
Od sportowego rygoru do duszpasterstwa
Trening szybko przyniósł mu coś więcej niż sprawność fizyczną. Dał mu opanowanie, poczucie wspólnoty i przestrzeń, w której mógł zmierzyć się z własnymi emocjami. Z czasem bolesne doświadczenia otworzyły go również na głębszą wiarę. „Muay Thai było Bożym darem dla mnie” – wspomina Villardo na łamach „The Catholic Register”. Jak opowiada, to właśnie podczas treningów na nowo odkrył Boga i zrozumiał, że sportowy rygor może prowadzić do wewnętrznej przemiany.
To odkrycie skierowało go na drogę intensywnej nauki. Ukończył religioznawstwo na York University, a następnie zdobył magisterium z edukacji religijnej. Przeszedł szkolenie z opieki nad osobami umierającymi oraz kształcił się w zakresie przywództwa ekumenicznego. Studiował również psychologię duchowości na Uniwersytecie w Toronto. W wieku 24 lat został najmłodszym duchowym mentorem w szpitalu, czerpiąc inspirację z wcześniejszej posługi ojca.
Rytm walki i rytm życia
Podczas studiów magisterskich wykładowcy poznali jego nietypową pasję i skierowali go na praktyki do Covenant House, schroniska pomagającego młodzieży w kryzysie bezdomności. Początkowo Villardo wyraźnie rozdzielał oba światy: w dzień zajmował się opieką duchową, nocą trenował boks. Z czasem jednak jedna z jego mentorek, Maria Karajovanova, zaproponowała mu, by połączył te dwie sfery i poprowadził zajęcia łączące sport z modlitwą. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.
Dla Villardo boks i duchowość mają więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. „Siła bez dyscypliny niszczy, ale dyscyplina bez współczucia bywa zimna” – wyjaśnia w rozmowie z „The Catholic Register”. „Tak jak w walce, w życiu również istnieje czas na atak, obronę, oddech i słuchanie swojego narożnika” – dodaje. Właśnie tego uczy młodzież zmagającą się z bezdomnością oraz osoby, które padły ofiarą handlu ludźmi. Pokazuje im, kiedy trzeba stawiać opór, kiedy warto odpuścić, a przede wszystkim – kiedy nie należy bać się prosić innych o pomoc.
Sekundant z narożnika
Swoją niezwykłą metodę Villardo zaczął promować także poza murami schroniska. W sierpniu tego roku poprowadził wydarzenie „Faith and Fitness Muay Thai”. Uczestnicy spotkali się w klubie Triumph Muay Thai, gdzie przed treningiem wspólnie odmówili różaniec, a po zajęciach uczestniczyli we Mszy Świętej w parafii pw. św. Marii Goretti.
Dziś mistrzowskie medale Ramuela stoją na półce, ale jego najważniejsza walka wciąż toczy się w murach schroniska. Jego celem jest pokazanie młodym ludziom, że nie są jedynie sumą swoich najtrudniejszych doświadczeń. Przeszłość może ich zranić, ale nie musi definiować ich przyszłości. Villardo podsumowuje swoją historię łacińską sentencją: Luctus me florere fecit – „Dzięki cierpieniu rozkwitłem”.
„Walczący Mentor” nie szuka poklasku ani kolejnych tytułów. Nie chce, by zapamiętano go wyłącznie jako mistrza ringu. Woli być człowiekiem z narożnika – tym, który jest obok, gdy zaczyna brakować sił, i przypomina, że w walce z przeciwnościami nikt nie musi zostawać sam. W świecie, który zbyt łatwo spisuje trudną młodzież na straty, Villardo robi coś prostego: pilnuje ich pleców.
catholicregister.org/łs
Skomentuj artykuł