Źle się dzieje w "białej służbie"

Źle się dzieje w "białej służbie"
Krzysztof Wołodźko
7 lat temu

Pozwolę sobie na felieton o temacie mało medialnym, ale dość dobrze ukazującym zachodzące w naszych realiach procesy, sprzyjające pogarszaniu ogólnej sytuacji społecznej. Rzecz będzie o pielęgniarkach.

Sytuacja w "białej służbie" jest fatalna. Według najnowszego raportu Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych więcej osób odchodzi z zawodu, niż podejmuje w nim pracę. Gdy pacjentów wciąż przybywa (starzejące się społeczeństwo!), liczba pielęgniarek pozostających do ich dyspozycji wciąż spada. Liczby mówią wszystko: tylko w tym roku studia pielęgniarskie ukończyło nieco ponad 700 osób, gdy kilkanaście lat temu - dziesięć razy więcej. Ponadto w Polsce podejmuje pracę tylko około 1/3 absolwentów szkół pielęgniarskich. A nasze siostry cieszą się renomą na Zachodzie: właśnie za sprawą pielęgniarek ze starszych roczników, bardzo kompetentnych, dobrze wykształconych i profesjonalnych, kochających swój zawód. Te siostry kończyły jeszcze licea pielęgniarskie, miały bardzo długie - łącznie ze studiami - przygotowanie do zawodu. Ale spieszę uspokoić czytelników: tego rodzaju szkoły już zlikwidowaliśmy, w ramach odciążania polskiej edukacji od "PRL-owskich pozostałości"...

I jeszcze garść danych. Mamy w Polsce 247 tys. pielęgniarek. Z tym, że średnia wieku w tym zawodzie wynosi nieco ponad 45 lat i wciąż się podnosi. "Tygodnik Solidarność" podawał niedawno informację, że pielęgniarek w wieku od 52 do 61 lat mamy około 77 tys., a w najmłodszej grupie wiekowej (21 do 30 lat) niecałe 17 tys. Nie trzeba większej wyobraźni, by spostrzec, do czego to doprowadzi w nadchodzących latach - do poważnego pogłębienia "deficytu białej służby". A przecież już dziś Polska ma bardzo niskie wskaźniki w skali Unii Europejskiej, dotyczące liczby bezpośrednio zatrudnionych przy opiece nad pacjentem pielęgniarek. To nie jest problem tylko dla pacjentów w szpitalach, bo oznacza też brak uzyskania ewentualnej profesjonalnej opieki dla osób przewlekle chorych, niesamodzielnych i starszych pozostających w domach.

Paradoksem jest to, że choć pielęgniarek jest coraz mniej, to jednak ich zarobki są wciąż niskie. Wymowne są choćby "nożyce zarobkowe" dotyczące różnicy w dochodach lekarzy i białej służby. Dziś średnia pensji pielęgniarki waha się między 1800 a 2500 zł, jednak wyższe zarobki gwarantuje często "obłożenie pracą" kosztem życiem rodzinnego. Jest to zawód wykonywany przede wszystkim przez kobiety, nierzadko żony i matki, a regułą staje się coraz częściej wypychanie pielęgniarek na samozatrudnienie. W tej sytuacji tracą one prawo do urlopu, zwolnienia. To kolejny przyczynek do dyskusji o źródłach polskiego niżu demograficznego.

Wolnorynkowi demagodzy chętnie mówią, że złotym środkiem na wszystko jest dalsza komercjalizacja tzw. usług zdrowotnych. Ale banalna prawda jest taka, że skomercjalizowane szpitale bardzo chętnie tną wszelkie możliwe koszta: także poprzez zmniejszanie etatów pielęgniarek. Całościowo sytuacja przedstawia się zresztą jak w wielu innych obszarach polskiego życia społecznego: jeśli cię stać, kupisz sobie usługę.

Tyle że jesteśmy dość biednym społeczeństwem, choć równocześnie demontaż usług publicznych poszedł u nas zdecydowanie dalej, niż w  innych krajach europejskich, zarówno tych bogatszych od nas, jak i w państwach, które także na początku lat 90-tych wyszły z patologicznych realiów krajów "demokracji ludowej". Powiem złośliwie, ale niestety nie bez oparcia w faktach - nader twórczo jedne patologie zastąpiliśmy innymi - wajcha mocno przesunęła się w drugą stronę. Płacz i płać, a jak cię nie stać - wegetuj i umieraj po cichu...

Czy istnieją sposoby, by zaradzić sytuacji? Podwyżki to jedno, ale mam wrażenie, że tu już sprawa dotyczy stopniowego zanikania etosu tego zawodu. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez lata nasze pielęgniarki w dużej części mediów przedstawiano jako jeszcze jedną "roszczeniową" grupę zawodową, gdy ich rzekoma "roszczeniowość" to były stosunkowe nieliczne protesty, czasami niestety dość mocno sprzężone z rozgrywaniem (pielęgniarskich) związków zawodowych przez polityków. Strategia państwa nie istnieje: wszystko, polskim zwyczajem, toczy się radośnie siłą bezwładu na równi pochyłej od czasu ostatniej, dużej "reformy" służby zdrowia zrobionej przez rząd Jerzego Buzka. Można by co prawda dopuścić większy udział wolontariuszy w szpitalach, ale dyrekcje boją się/nie chcą wpuszczać do swoich placówek osób z zewnątrz. Raz, że udało nam się wspaniale obłożyć papierkologią także wolontariat, dwa, że jest to duże ryzyko finansowe dla szpitali w sytuacji, gdyby "coś poszło nie tak".

Debaty publicznej nad kondycją "białej służby" nie ma. Bo i po co dyskutować o tak nudnych kwestiach, gdy tyle wokół cudownych afer obyczajowych? To szczęśliwie nie uwaga pod adresem DEON.pl, ale tego, co widać w większości mainstreamowych i brukowych mediów. Stąd przekornie pozwoliłem sobie na ten felieton, przezornie życząc czytelnikom (i sobie) długich lat w zdrowiu.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Źle się dzieje w "białej służbie"
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.