Dobry Pasterz nie usuwa przeszkód, lecz daje siłę
Możemy mieć w głowach pewien konkretny, niemal cukierkowy obrazek – kiedy słyszymy „Niedziela Dobrego Pasterza”, przed oczami staje nam Jezus w białej szacie, trzymający na ramionach wyjątkowo puszystą i czystą owieczkę. Jednym słowem: sielanka. Problem w tym, że taka wizja chrześcijaństwa jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim szkodliwa. Bo jeśli myślimy, że pójście za Jezusem to spacer po bezpiecznym, ogrodzonym wybiegu, to przy pierwszym lepszym życiowym tąpnięciu po prostu się rozbijemy. Chrześcijaństwo nie jest ofertą biura podróży „all inclusive” do krainy bezproblemowości. Jest propozycją wejścia w prawdę, która czasem boli, ale też daje życie.
Dzisiejsza liturgia słowa uderza z naprawdę ogromną siłą. Popatrzmy na pierwsze czytanie i wypowiedź Piotra: „Niech cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem” (Dz 2,36). To ma wywołać wstrząs: „Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca i zapytali Piotra i pozostałych Apostołów: «Cóż mamy czynić, bracia?»” (Dz 2,37). To sformułowanie „przejęli się do głębi serca” w oryginale oznacza dosłownie „zostali ugodzeni/zranieni” lub „ich serca pękły/zostały przekute”. Zobaczyli prawdę o sobie i o tym, co zrobili z Bogiem.
I tu dochodzimy do punktu, który jest chyba jedną z najtrudniejszych do pokonania barier w dzisiejszym świecie: do obojętności religijnej. My się rzadko „przejmujemy do głębi”. Częściej jesteśmy po prostu letni. Obojętność to nie jest nienawiść do Boga. To coś znacznie gorszego – to uznanie, że On jest mi do niczego niepotrzebny. To życie w przekonaniu, że skoro jakoś sobie radzę, mam pracę, zdrowie i święty spokój, to po co mi Zbawiciel? Zbawiciela potrzebuje ktoś, kto tonie, a my mamy poczucie, że świetnie pływamy w basenie naszej codzienności. Ta obojętność jest jak mur, który trudno przebić, bo wszystko, co mówi Kościół, odbija się od niego jako „nieciekawe” albo „nieaktualne”. Wydaje nam się, że Ewangelia nie jest atrakcyjna, bo nie obiecuje nam natychmiastowego sukcesu ani nie rozwiązuje wszystkich problemów.
A Jezus, jakby nie zważając na to wszystko, mówi radykalnie: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę” (J 10,9). To nie jest jedna z wielu opcji. To nie jest jeden z wielu systemów etycznych, który możesz sobie wybrać. Jezus stawia sprawę jasno: On jest bramą. Poza Nim jest tylko próba „przemykania się” górą, co nazywa wprost działaniem złodzieja i rozbójnika: „Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości” (J 10,10). Ta „obfitość” to nie jest nadmiar dóbr materialnych. To obfitość sensu.
Pójście za Dobrym Pasterzem to nie jest sielanka i warto to sobie uczciwie powiedzieć. To nie jest obietnica, że nie spotka cię krzywda: „To się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia. Do tego bowiem jesteście powołani” (1 P 2,20-21). Piotr mówi do ludzi, którzy starają się żyć dobrze, a mimo to dostają od życia w kość. Chrześcijaństwo to zgoda na to, że będę szedł za Kimś, kto został odrzucony, wyszydzony i zabity: „Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami” (1 P 2,21). Ten wzór jest ekstremalnie wymagający. To nie jest :„uśmiechaj się do wszystkich i bądź miły”. To wzór człowieka, który w obliczu największego zła nie odpowiada nienawiścią: „On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądził sprawiedliwie” (1 P 2,22-23). To jest logika Dobrego Pasterza, która wywraca nasze ludzkie poczucie sprawiedliwości do góry nogami. Nasza natura podpowiada: „Oddaj mu!”, „Nie daj sobą pomiatać!”, „Zniszcz go, zanim on zniszczy ciebie!”. To jest właśnie to „stanięcie w prawdzie”. Bóg nie chce nas oszukiwać, lecz mówi: „Droga przez ten świat jest trudna, ale Ja nią przeszedłem przed tobą”.
Sięgnijmy też do Psalmu 23, który łatwo jest recytować z przymkniętymi oczami, myśląc o zielonych pastwiskach. Ale przecież ten tekst mówi też o czymś innym: „Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4). Ciemna dolina to nie jest błąd w nawigacji Pasterza, ale część trasy. Pasterz prowadzi nas przez miejsca, gdzie nie widać światła, gdzie czai się lęk, zmęczenie i poczucie opuszczenia. Co więcej, Psalmista mówi: „Stół dla mnie zastawiasz na oczach mych wrogów” (Ps 23,5). Wrogowie nie znikają, patrzą na nas, może nawet zacierają ręce, czekając na nasz upadek, a Bóg zaprasza nas do uczty w samym środku konfliktu. To jest realizm wiary. Bóg nie usuwa wszystkich przeszkód z naszej drogi, On daje nam siłę, by przejść przez nie z godnością i nadzieją. Dopóki będziemy myśleć, że Bóg to tylko dodatek do dobrego życia, dopóty nie zrozumiemy, o co chodzi w chrześcijaństwie. Jezus jest Pasterzem, bo zna nasze rany: „On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości – Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni” (1 P 2,24). To uzdrowienie nie polega na tym, że blizny znikają, ale na tym, że przestają nas definiować. Naszą nową tożsamością jest bycie odnalezionym: „Błądziliście bowiem jak owce, ale teraz nawróciliście się do Pasterza i Stróża dusz waszych” (1 P 2,25).
Niedziela Dobrego Pasterza to czas, w którym musimy sobie zadać pytanie: Czy ja naprawdę chcę być prowadzony? Bo bycie owcą w stadzie Jezusa to rezygnacja z samowystarczalności i przyznanie: „Sam nie dam rady. Moje własne pomysły na szczęście zaprowadziły mnie w ślepy zaułek. Potrzebuję Kogoś, kto zna drogę”. Jeśli nie poczujemy tego braku, jeśli nie uznamy własnej bezradności wobec zła, cierpienia czy śmierci, to Jezus zawsze będzie dla nas tylko postacią z zakurzonych ksiąg. Chrześcijaństwo sprowadza się do relacji. Jest bardzo konkretne, bo nie obiecuje gruszek na wierzbie. Jest wymagające, bo każe nam kochać tych, którzy nas ranią. Ale jest też drogą, która nie kończy się nad przepaścią. Może warto przestać się oszukiwać, że wszystko mamy pod kontrolą, i pozwolić słowu Bożemu, by nas „ugodziło”, by przebiło tę skorupę obojętności. Bo dopiero gdy serce pęknie, może do niego wejść Ten, który jest Bramą. Dopiero wtedy zrozumiemy, że te „ciemne doliny” naszego życia nie są dowodem na nieobecność Boga, ale miejscem, gdzie On objawia się najpełniej jako Ten, który nas nie zostawia. Szukajmy więc Pasterza, który nie boi się naszego brudu, naszych ran i naszej słabości, ale który kocha nas zbyt mocno, by pozwolić nam w nich zostać. To jest Dobra Nowina – nie o bezproblemowym życiu, ale o życiu, które ma sens, bo jest przeżywane w objęciach Chrystusa, który za nas umarł i dla nas zmartwychwstał.
Skomentuj artykuł