Żyć niebem na ziemi

Żyć niebem na ziemi
fot. depositphotos.com

Kiedy patrzymy na ten moment, w którym Jezus unosi się i znika w obłoku, możemy poczuć pewien rodzaj duchowej pustki. Po ludzku to wygląda jak pożegnanie. Mistrz odchodzi, uczniowie zostają. On idzie do nieba, oni zostają na ziemi. Można by pomyśleć, że Jezus zostawia im po prostu swój testament, kilka ostatnich wskazówek, deleguje zadania i mówi: „Teraz wasza kolej, radźcie sobie, a Ja będę na was czekał tam, gdzie jest już spokojniej. Powodzenia!”. Ale jeśli tak myślimy o Wniebowstąpieniu, to znaczy, że kompletnie nie zrozumieliśmy tego, co tam się wydarzyło.

Wniebowstąpienie to nie jest wyprowadzka Boga z ziemi. To nie jest przejście Jezusa na „emeryturę” po trudach misji zbawienia świata. To jest moment, w którym my, jako Kościół, mamy zacząć zgłębiać, co to znaczy, że jesteśmy Jego Mistycznym Ciałem. To jest chwila, w której nasza relacja z Nim wchodzi na zupełnie inny poziom – poziom, który nie zależy od tego, czy Go widzimy oczami, ale od tego, czy On żyje w nas. Spójrzmy na to, co mówi nam dzisiejsza Ewangelia. Jezus staje przed uczniami i wypowiada słowa obietnicy: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Uderza ten paradoks: Chrystus odchodzi, a jednocześnie mówi, że zostaje. To się kompletnie nie zgrywa, jeśli patrzymy na to tylko oczyma ciała. Bo jak można kogoś zostawić i jednocześnie z nim być? To nie jest gra słów ani metafora, która ma być dla nas pociechą w trudnych chwilach. To jest rzeczywistość, która zmienia wszystko. Jezus nie zostawił nas samych jako osieroconej instytucji, która ma teraz pilnować zakurzonych pamiątek po Nim i dbać o Jego duchowe dziedzictwo. On zmienił sposób swojej obecności. Kiedyś był ograniczony czasem i przestrzenią, a teraz może być wszędzie – może być w każdym z nas. I to jest ta niesamowita prawda o Mistycznym Ciele – Głowa jest już w niebie, u Ojca, ale Ciało, czyli my, nadal jest tutaj. A skoro Głowa i Ciało to jedno, to my już też w pewien sposób jesteśmy w niebie!

Jednak ta zmiana perspektywy wymaga od nas czegoś więcej niż tylko uznania teorii. W pierwszym czytaniu słyszymy pytanie aniołów: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” (Dz 1,11). To pytanie jest skierowane do każdego z nas. Bo my bardzo często chcielibyśmy zatrzymać się tylko na tym „wpatrywaniu się”. Chcielibyśmy, żeby chrześcijaństwo było taką miłą, bezpieczną bańką, w której tkwimy i wszyscy patrzymy w górę, celebrujemy piękne liturgie, czujemy się dobrze we własnym gronie i czekamy, aż Pan nas wreszcie stąd zabierze do siebie. Ale aniołowie mówią: nie tędy droga. Wpatrywanie się w niebo ma sens tylko wtedy, gdy daje nam siłę do życia na ziemi. Tu nie chodzi o to, żeby uciekać od świata, ale żeby ten świat nasycać niebem. I tutaj na scenę wchodzą sakramenty, a zwłaszcza Eucharystia – czyli miejsca, gdzie te dwa światy się przenikają. W Eucharystii rzeczywiście „wpatrujemy się w niebo”, a więc dotykamy rzeczywistości, która wykracza poza to, co widzimy, słyszymy i czujemy. W niej rozbudza się nasza tęsknota za domem Ojca, ale jest ona też konkretnym posłaniem.

Jezus mówi: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28,19-20). Często rozumiemy te słowa bardzo technicznie, jako nakaz „robienia chrześcijan”, zaliczania kolejnych etapów wtajemniczenia chrześcijańskiego (skąd to znamy, prawda?). Ale to „idźcie i nauczajcie” w oryginale znaczy coś znacznie głębszego: „czyńcie uczniami”. A być uczniem to nie znaczy recytować katechizm z pamięci. Być uczniem to znaczy wejść w żywą, osobistą relację z Panem. To znaczy pozwolić Mu, żeby On przemodelował moje serce. My nie jesteśmy posłani do świata po to, żeby tylko celebrować rytuały, ale żeby wprowadzać ludzi w bliskość z Jezusem. Tylko że nie da się tego zrobić, jeśli sami w tej bliskości nie trwamy. Jeśli Kościół przestaje być wspólnotą ludzi zakochanych w Bogu, staje się po prostu jedną z wielu instytucji, które głoszą swoje ideologie i pilnują swoich zwyczajów. A świat nie potrzebuje ideologii, bo jest nimi już zmęczony. Świat potrzebuje autentyczności.

DEON.PL POLECA

Jeśli nasze świadectwo ma być prawdziwe, to musimy najpierw sami dać się Jezusowi „złapać”. Musimy się w Nim po prostu zakochać. Wtedy nasze opowiadanie o Nim nie będzie próbą wciśnięcia kogoś w struktury, w których będzie się potem dusił, ale będzie dzieleniem się Dobrą Nowiną o zbawieniu. To wielka różnica – czy mówisz o Kimś, kogo znasz tylko z książek, czy mówisz o Kimś, kto jest twoim najlepszym Przyjacielem i Panem życia. Łatwiej jest celebrować wiarę w niedzielę i święta, kiedy wszystko jest ładne i pachnie kadzidłem. Znacznie trudniej jest tym niebem żyć wtedy, kiedy życie daje nieźle w kość, kiedy w pracy jest ciężko, kiedy spotykamy ludzi, którzy na świat patrzą zupełnie inaczej niż my, kiedy spotykamy kogoś, kto Bogiem gardzi albo po prostu uważa, że kompletnie Go nie potrzebuje. To są momenty, w których nasze bycie Mistycznym Ciałem jest wystawiane na konkretną próbę.

Paweł Apostoł w drugim czytaniu kieruje do nas trudne, ale niosące niesamowitą treść słowa: „Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego, to znaczy światłe oczy dla waszego serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych (…)” (Ef 1,17-18). Naszym celem jest życie wieczne, a Jezus jest Panem wszystkiego: „I wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem (…)” (Ef 1,22-23). To nie jest tylko teologiczne stwierdzenie. To ma nas napędzać. Jeśli Jezus siedzi po prawicy Ojca, to znaczy, że On ma ostatnie słowo. I żaden problem, żadna choroba, żaden lęk nie jest większy od Niego. Ta świadomość ma nam dawać moc i nadzieję, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy się słabi.

DEON.PL POLECA


Misyjny nakaz, o którym dzisiejsza liturgia słowa nam przypomina, to zaproszenie do dynamizmu. Chrześcijaństwo, które stoi w miejscu i tylko patrzy w tył, martwiąc się o swoje zwyczaje, umiera. Mamy być w wierze dynamiczni, czyli gotowi do tego, by dzielić się swoim doświadczeniem Boga w sposób prosty, bez ozdobników i zbędnego nadęcia. Mamy szukać nowych dróg dotarcia do ludzkich serc. Nie po to, żeby być na siłę nowoczesnymi, ale po to, żeby być zrozumiałymi. Świat dzisiaj potrzebuje doświadczyć ze strony chrześcijan czegoś bardzo konkretnego: nadziei i autentycznej miłości. Ludzie patrzą na nas i pytają: „Czy w tym, co oni mówią, rzeczywiście jest jakaś siła? Czy to niebo, o którym wspominają, zmienia ich życie tutaj, na ziemi?”.

Jesteśmy dla świata. Jesteśmy na ziemi po to, żeby pokazać światu przyszłość Królestwa Niebieskiego. To wielkie zadanie, ale Jezus nie zostawia nas z nim samych. Obiecał Ducha Świętego, obiecał swoją obecność. Wniebowstąpienie to nie pożegnanie, lecz nowe otwarcie. To moment, w którym Jezus mówi: „Bądźcie Moimi rękami, Moimi nogami, Moim sercem w tym świecie”. Więc zamiast tylko stać i wpatrywać się w niebo, zacznijmy to niebo wnosić w codzienność. Przez uśmiech, przez cierpliwość, przez uczciwość, przez bycie ludźmi, którzy wiedzą, dokąd idą. Nasza ojczyzna jest w niebie, a naszym zadaniem jest sprawić, żeby na ziemi było go choć trochę więcej.

Prezbiter archidiecezji gdańskiej, pracujący na co dzień w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
abp Wojciech Polak, Marek Zając

Bez kompromisów i skrępowania. Po ludzku

Czy Kościół powinien mieszać się do polityki? Czy Polska powinna przyjmować uchodźców? W jaki sposób mierzyć się z problemem pedofilii wśród księży? Co Kościół ma do powiedzenia kobietom, które...

Skomentuj artykuł

Żyć niebem na ziemi
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.