Kard. Ryś: Bóg ratuje człowieka w samym środku zagłady, do której zmierza ludzkość
fot. Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej
W jaki sposób mogę uczestniczyć w dziełach Bożych, skoro ich nie rozumiem? Odpowiedź brzmi: na mocy zaufania – mówi kardynał Grzegorz Ryś. Poznaj trzy piękne i wartościowe komentarze do Słowa Bożego z jego najnowszej książki „Moc miłosierdzia” od Wydawnictwa WAM.
CZAS PRAWDY I MIŁOŚCI
„Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa»” (J 17,1–3).
Jezus podczas ostatniej wieczerzy modli się, więcej: składa siebie samego w ofierze, za tych, którym przekazuje swoją misję. Na czym ona polega?
Pierwszym celem jest „otoczenie chwałą Ojca” (J 17,1). Chodzi o to, by w życiu tak apostołów, jak i tych, do których oni dotrą, Bóg zajął należne sobie miejsce: Tego, który najwięcej „waży” (w języku Biblii słowo „chwała” wywodzi się od słowa „ciężar”). Ten jest chwalebny, kto ma w naszym życiu odpowiednią „wagę” – jest Bogiem, jeśli potrafi wszystko „przeważyć”.
Drugim celem misji Jezusa jest, „aby dał życie wieczne tym, których dał Mu Ojciec” (J 17,2). „Życie wieczne” nie oznacza jedynie życia, „które się nie kończy”. Przedłużaniem życia w nieskończoność nie zajmuje się Jezus, lecz medycyna. W życiu wiecznym nie chodzi o długość, lecz o jakość życia: „to jest życie wieczne, aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga” (J 17,3). „Znać” w kategoriach biblijnych oznacza tyle samo, co wejść w głęboką relację, żyć razem, współżyć, być blisko.
Jezus podczas ostatniej wieczerzy modli się, więcej: składa siebie samego w ofierze, za tych, którym przekazuje swoją misję. Na czym ona polega?
Pierwszym celem jest „otoczenie chwałą Ojca” (J 17,1). Chodzi o to, by w życiu tak apostołów, jak i tych, do których oni dotrą, Bóg zajął należne sobie miejsce: Tego, który najwięcej „waży” (w języku Biblii słowo „chwała” wywodzi się od słowa „ciężar”). Ten jest chwalebny, kto ma w naszym życiu odpowiednią „wagę” – jest Bogiem, jeśli potrafi wszystko „przeważyć”.
Drugim celem misji Jezusa jest, „aby dał życie wieczne tym, których dał Mu Ojciec” (J 17,2). „Życie wieczne” nie oznacza jedynie życia, „które się nie kończy”. Przedłużaniem życia w nieskończoność nie zajmuje się Jezus, lecz medycyna. W życiu wiecznym nie chodzi o długość, lecz o jakość życia: „to jest życie wieczne, aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga” (J 17,3). „Znać” w kategoriach biblijnych oznacza tyle samo, co wejść w głęboką relację, żyć razem, współżyć, być blisko.
Jest jeszcze trzeci cel misji Jezusa: „aby byli jedno!” (J 17,21.22.23). Misję Jezusa wypełnia ten, kto prowadzi ludzi do doświadczenia konkretnej wspólnoty. Budowanie chrześcijańskich wspólnot nie jest zajęciem fakultatywnym. Tam, gdzie ich nie budujemy, Kościół nie staje się obecny. Owszem, jest wszystko, co konieczne dla jego zaistnienia: Słowo, ołtarz, chleb i wino, kapłan. Jeśli jednak nie ma wspólnoty – Kościół ciągle jest tylko potencjalnością, abstrakcją, niewcielonym marzeniem... Boga. Dla osiągnięcia tych trzech celów (chwała Boga, życie wieczne uczniów, ich jedność) Jezus wyposaża apostołów w dwa wielkie dary: po pierwsze, swoją (i Ojca) Prawdę: „Ja im przekazałem Twoje Słowo (...), Słowo Twoje jest Prawdą” (J 17,14.17). Po drugie, swoją (i Ojca) Miłość – „Objawiłem im Twoje imię (...), aby Miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była” (J 17,26).
Ktoś, kto chce wobec ludzi podjąć misję Jezusa, musi wziąć obydwa te dary. Nie wystarczy jedno w oderwaniu od drugiego. Nie głoś Jezusowej Prawdy tym, których nie kochasz na Jezusowy sposób.
W POSZUKIWANIU SENSU
„Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia się i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono (...); czas burzenia i czas budowania; czas płaczu i czas śmiechu” (Koh 3,1–11).
Kohelet zestawia aż czternaście takich „par” momentów składających się na ludzkie życie, momentów zwyczajnych i powszechnych (milczenie i mówienie; miłość i nienawiść; pieszczoty i wstrzemięźliwość itd.), a nie nadzwyczajnych i wyjątkowych. Liczby w Biblii są ważne: czternaście to podwojenie cyfry siedem oznaczającej pełnię. A więc każdy moment rozciągający się w życiu człowieka od urodzenia do śmierci („czas rodzenia się i czas umierania”) jest sensowny.
Skąd bierze się ten sens? Kohelet odpowiada: stąd, że pierwszym działającym w każdym czasie jest sam Bóg: „Wszystko pięknie uczynił w swoim czasie”. Po stronie człowieka jest rozeznanie działania Bożego i włączenie się w nie. To piękne: mieć możliwość bycia współpracownikiem Boga. To bardzo piękne zwłaszcza wtedy, gdy nie od razu widzimy sens. Gdy nie rozumiem tego, co się dzieje, gdy wszystko wydaje mi się bez sensu i bez celu. Jest tak – mówi Kohelet – gdyż „człowiek nie pojmuje dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku do końca” (w. 11). Boże działanie, motywy, cele całkiem nierzadko zdają się nam zakryte. W jaki sposób mogę w nich wtedy uczestniczyć, skoro nie rozumiem?
Odpowiedź brzmi: na mocy zaufania. Nie rozumiem (albo: nie rozumiem do końca) tego, co się dzieje, ale mam głębokie zaufanie do Tego, który dokonuje tych rzeczy, który znalazł dla nich właściwy im czas, który trzyma rzeczywistość w swoich dłoniach.
To nie rezygnacja, to nadzieja! Skąd się ona bierze w człowieku? Tu pada przepiękna odpowiedź Koheleta. Kryje się ona w zdaniu: „[Bóg] dał im [ludziom] nawet wyobrażenie o dziejach świata” – tak brzmi tłumaczenie zawarte w lekcjonarzu. W wielu wydaniach Pisma Świętego (z Wulgatą włącznie) zdanie to brzmi: „umieścił wieczność w ich sercach”.
Człowiek z „wiecznością w sercu” nie żyje jedynie tym, co „tu i teraz”, nie daje się zredukować do doczesności i tymczasowości. Jego nadzieja zakorzeniona jest znacznie dalej i głębiej: w oczekiwaniu spotkania, które wszystko rozjaśni i objawi do końca każdy sens.
OBIETNICA, NIE GROŹBA
„Jak działo się za dni Noego, tak będzie za dni Syna Człowieczego: jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; a przyszedł potop i wygubił wszystkich. Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba deszcz ognia i siarki i wygubił wszystkich; tak samo będzie w dniu, kiedy Syn Człowieczy się objawi” (Łk 17,26–30) – czy ten tekst nie wzbudza w nas strachu? Czy jednak słusznie?
W całej Biblii historia Noego nie jest złą, lecz dobrą nowiną: jest historią ratunku dokonanego przez Pana. Tak! W samym środku zagłady, do której zmierza ludzkość, Bóg znajduje człowieka, z którym może zawrzeć nowe przymierze (zob. Rdz 9,9): otworzyć jego życie, myślenie, ambicje i działanie daleko poza granice doczesności – nie bez powodu przymierze Boga z Noem określone jest jako przymierze wieczne!
Podobnie rzecz się ma z Sodomą – Bóg do końca walczy o to, by uratować jej życie. A nie znalazłszy tam dziesięciu sprawiedliwych (których obecność uratowałaby całe miasto!), wyprowadza jednego z jego rodziną. Ratuje człowieka i życie w samym środku świata, który zmierza do samozagłady.
Historia Noego i historia Lota nie są nam dane ku przerażeniu, lecz ku nadziei. Ważne jest, by tu zobaczyć, jak dalece mijamy się nieraz z Bogiem w ocenie tego, co się dzieje. Widzimy nieszczęście tam, gdzie Pan urzeczywistnia właśnie dobro. Może trudne, ale dobro! Pamiętam, jak czytałem tę Ewangelię rano w dniu, w którym na konferencji prasowej ogłosiliśmy w Łodzi powstanie niezależnej komisji historycznej do zbadania przypadków nadużyć seksualnych wobec osób nieletnich i zależnych w latach 1945–2025. Po zapowiedzi tej komisji w liście do Diecezji wiele razy byłem pytany, czy się nie boję, że taki krok może pogrążyć powierzony mi Kościół?! Odpowiadałem: To nie zguba i nieszczęście dla Kościoła.
To paschalna droga do życia! Wartościujmy i czytajmy wydarzenia tak, jak Bóg – nie obok Niego, tym bardziej nie wbrew Jemu. Wtedy to, co w pierwszym odbiorze budzi nasz strach, okaże się tak naprawdę Bożą obietnicą. I to wypełnioną!
Historia Noego i historia Lota nie są nam dane ku przerażeniu, lecz ku nadziei. Ważne jest, by tu zobaczyć, jak dalece mijamy się nieraz z Bogiem w ocenie tego, co się dzieje. Widzimy nieszczęście tam, gdzie Pan urzeczywistnia właśnie dobro. Może trudne, ale dobro! Pamiętam, jak czytałem tę Ewangelię rano w dniu, w którym na konferencji prasowej ogłosiliśmy w Łodzi powstanie niezależnej komisji historycznej do zbadania przypadków nadużyć seksualnych wobec osób nieletnich i zależnych w latach 1945–2025. Po zapowiedzi tej komisji w liście do Diecezji wiele razy byłem pytany, czy się nie boję, że taki krok może pogrążyć powierzony mi Kościół?! Odpowiadałem: To nie zguba i nieszczęście dla Kościoła.
To paschalna droga do życia! Wartościujmy i czytajmy wydarzenia tak, jak Bóg – nie obok Niego, tym bardziej nie wbrew Jemu. Wtedy to, co w pierwszym odbiorze budzi nasz strach, okaże się tak naprawdę Bożą obietnicą. I to wypełnioną!
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł