Kawa narkomanów jest mocna i gęsta. Spędziłem dzień we wspólnocie, która ratuje uzależnionych [REPORTAŻ]
"W parafii byłem kimś decyzyjnym, we wspólnocie stałem się poddanym" - mówi ksiądz Emil, który zmagał się z alkoholizmem i spędził prawie rok w Cenacolo, wspólnocie pomagającej uzależnionym znaleźć drogę wyjścia z nałogu. "To było jak zejście do poziomu zero i budowanie wszystkiego od nowa" - dodaje. "Możemy poznać prawdę o sobie i przestać się okłamywać" - dorzuca Piotr. Ich świadectwa, podobnie jak historie Sebastiana, Dominika i Jakuba, to dowód na to, że z każdego uzależnienia prowadzi droga ratunku.
Sebastian ma 29 lat i jeszcze niedawno nie wypowiadał żadnego słowa. Mówienie nadal przychodzi mu z trudem, szczególnie gdy w domu pojawia się ktoś obcy. Chłopak trzyma swój dziennik, który zapisuje każdego wieczoru. Za chwilę odczyta fragment z wczoraj. Ale zanim to nastąpi, Piotr prosi, by powiedział, dlaczego to robi. "Ale mu dowaliłeś" - rzuca sąsiad Piotra. Twarz i oczy Sebastiana natychmiast dają wszystkim do zrozumienia, że otrzymał do wykonania "mission impossible" i bardzo chciałby to już mieć za sobą. Mam ochotę przerwać, powiedzieć, żeby dali mu spokój, ale cała wspólnota cierpliwie czeka. W końcu Sebastian zaczyna mówić. Najpierw odpowiada na pytanie Piotra: "Piszesz dziennik, bo to jest dla ciebie…". "…ważne" - kończy cicho. Po chwili wypowiada kolejne słowa, które układają się w zdania. Opowiada, jak pisanie dziennika pozwala mu się otwierać i opowiadać o uczuciach. W końcu odczytuje swój zapis. Gdy kończy, przywołując słowa Jezusa z Ewangelii: "Nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną" (J 16,32), i mówi, że on też już nie czuje się samotny, bo ma obok siebie wspólnotę, z trudem ukrywam wzruszenie. Przeczytaj cały reportaż:
Podróż do Jastrzębia-Zdroju zaczynam w zimnym i wilgotnym Krakowie, ale im dalej na zachód, mgły i niepogoda ustępują. Pociąg jedzie ponad trzy godziny, więc mam sporo czasu, by poczytać o historii - miasta, jak i niezwykłej wspólnoty, którą dziś odwiedzę.
Okazuje się, że jeszcze w latach 90. XX wieku do Jastrzębia przyjeżdżało się po zdrowie. I chociaż odkryte pięć dekad temu pokłady węgla kamiennego zmieniły krajobraz i charakter tego śląskiego miasta, a uzdrowisko zamknięto, niektórzy nadal szukają tam ratunku. Nie ma on co prawda związku z kuracjami leczniczymi wodami ani uzdrawiającym powietrzem, ale przemiany, jakie się tam dokonują, można zaliczyć do cudów. Wysiadam w Żorach, a wiatr i promienie słońca, których ostatnio było tak mało, napełniają nadzieją. W końcu pachnie wiosną. Ze stacji odbierają mnie Piotr, Emil i Sebastian.
W samochodzie przełamujemy lody. Rozmawiamy o pogodzie, o tym, co robimy w życiu i… pogrzebie, który w 2023 roku zadziwił cały świat. Transmisja z niego, udostępniana przez media społecznościowe, ukazywała wielotysięczną rodzinę skupioną wokół prostej trumny z ciałem Mamy Elwiry - założycielki Wspólnoty Cenacolo (choć formalnie była "matką" Elwirą, ludzie, którym pomogła - nawet ci, którzy osobiście nigdy jej nie spotkali - chętniej nazywają ją "Mamą"). Emil pokazuje mi rolki z pogrzebu. Tysiące ludzi idących za trumną, która mimo ośmiokilometrowej trasy konduktu nie jest transportowana samochodem, ale niesiona na ramionach setek zmieniających się co kilka kroków osób. Na końcu wielkie świętowanie: śpiew, taniec i radość, bo "Mama Elwira narodziła się dla nieba!". Kim była ta niezwykła kobieta i na czym polega fenomen stworzonej przez nią wspólnoty, która od lat wyciąga kobiety i mężczyzn z uzależnień?
Oddała życie narkomanom
Matka Elwira, właściwie Rita Angese Petrozzi, urodziła się w 1937 roku we włoskiej Sorze. W młodości dorastała w cieniu biedy i alkoholizmu ojca. Mając 19 lat, wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, jednak w 1983 roku opuściła je, by zamieszkać w opuszczonym domu przekazanym jej przez miasto Saluzzo. Towarzyszyła jej grupa narkomanów, którymi się opiekowała - właśnie oni zaczęli nazywać ją "Mamą". Do żyjących w trzeźwości szybko dołączali kolejni uzależnieni, a także wolontariusze i pragnące pójść w ślady Mamy Elwiry siostry zakonne. Młoda wspólnota zaczęła się szybko rozrastać. Wkrótce otwarto kolejne domy we Włoszech, a w 1991 roku - pierwszy poza granicami kraju dom w Medjugorie. Obecnie na świecie, również w krajach misyjnych, działa 75 domów Cenacolo. W samej Polsce znajduje się pięć wspólnot - cztery dla mężczyzn i jeden dla kobiet - oraz jeden dom reintegracyjny. Cenacolo to po włosku "wieczernik".
W samochodzie kolejne zaskoczenie. Wiem, że cała trójka to członkowie wspólnoty. Ale Emil, który kilka lat temu opuścił dom Cenacolo i jest tak zwanym "exem" (od włoskiego przedrostka oznaczającego "były"), jest również księdzem. Tak, we wspólnocie znajdują pomoc również duchowni. To zresztą nie jedyny ksiądz, którego dzisiaj spotkam.
"Owce za dużo jadły"
Jesteśmy już blisko domu. Piotr, który prowadzi i jest odpowiedzialny za lokalną wspólnotę, pokazuje, gdzie zaczyna się zboże, które w czasie żniw zbiorą on i współbracia. Jastrzębska wspólnota (a konkretniej krzyżowicka, ponieważ jej dom znajduje się tuż przed rogatkami miasta) prowadzi własne gospodarstwo. Mężczyźni hodują trzy krowy, świnię, kury i gęsi. W przeszłości były też owce, ale "za dużo jadły" - żartuje Piotr. Członkowie wspólnoty uprawiają też ziemniaki i spore poletko z warzywami. Pod foliowym tunelem rosną pomidory. Ich dom - budynek z czerwonym dachem i żółtymi ścianami - stoi pośród pól i lasów, nad opadającym ku rzeczce pastwiskiem. Prowadzi przez nie ścieżka, którą w dziesięć minut można dojść do parafialnego kościoła. Kiedyś mieszkały tu siostry Służebniczki Śląskie. Gdy wprowadzali się nowi lokatorzy, sąsiedzi wyrażali niepokój, bo nie chcieli mieszkać blisko narkomanów. Dziś to oddani przyjaciele wspólnoty.
Samochód wjeżdża na bruk ułożony przez braci. Kostka wygląda tak, jakby pracowała tu profesjonalna ekipa - każda linia jest równa, detal dopracowany. Wspominam o tym nieprzypadkowo. We wspólnocie fachowość i dokładność w pracy są czymś więcej niż tylko praktyczną umiejętnością. To także część procesu wychodzenia z nałogu.
Kawa narkomanów
Wokół domu pracuje kilku młodych mężczyzn. Jedni plewią ogród, inni rozwieszają pranie albo opiekują się zwierzętami. Tych, których akurat nie widać, można znaleźć w kuchni, gdzie przygotowują obiad, albo w warsztacie, gdzie wycinają krzyże. Zawsze pracują we dwóch - co, jak później się okaże, nie jest przypadkowe. Najpierw idziemy do kaplicy - cichej, skromnej, z relikwiami Carlo Acutisa i Jana Pawła II. Potem w dłoniach ląduje filiżanka kawy.
"To kawa narkomanów" - żartuje ksiądz Emil. Napój jest mocny i gęsty, konkretny, z włoskiej kawiarki. Naprawdę solidna porcja kofeiny. Kawa w Cenacolo to zresztą osobny temat, bo członkowie wspólnoty, przez jej włoskie korzenie, traktują kawę jak rarytas. To również jedyny napój, który jest w stanie dać "kopa" tym, którzy przez lata brali narkotyki. Członkowie wspólnoty zwykle piją kawę po obiedzie. Raz, gdy jeden z nich "wykorzystał" wizytę rodziców, by się "nażłopać", współbracia nazwali go "księciem".
Cierpi wyłącznie duma
W Cenacolo panują trochę surowe, żołnierskie zasady. Nie mają one jednak nic wspólnego z gruboskórnością i brakiem wrażliwości, a wspomniane wcześniej: dokładność, trzymanie się zasad, równy podział obowiązków, a także umiar w korzystaniu z codziennych przyjemności, takich jak kawa, to elementy kształtowania wytrwałości i uczenia się pokory, bez których życie we wstrzemięźliwości nie byłoby możliwe. Chodzi o dotarcie głębiej niż samo uzależnienie, zdarcie pozorów, pozbycie się maski i złamanie dumy, która nie pozwala podporządkować się zasadom. Im wyżej ktoś stał w społecznym porządku, tym trudniej przychodzi mu taki "upadek".
W Cenacolo nie ma obmawiania, które "na zewnątrz" (tak we wspólnocie mówi się o świecie poza nią) uznaliśmy za coś normalnego. Nawet gdyby ktoś chciał się wygadać, wyżalić na innego współbrata, i tak usłyszy: "Powiedz to jemu". Choć często pękają wtedy nerwy, właśnie tak kształtują się zdrowe więzi, a członkowie wspólnoty uczą się być prawdziwi.
"W parafii byłem kimś decyzyjnym, we wspólnocie stałem się poddanym"
"Czasem ktoś widzi twoje zamknięcie i specjalnie cię sprowokuje. Aż wybuchniesz" - mówi ksiądz Emil, gdy wspólnie z Piotrem wychodzimy na spacer wokół domu. "Ja na przykład w Cenacolo nie lubiłem grać w piłkę nożną i właśnie dlatego chłopaki robili mnie kapitanem drużyny. Raz wybuchłem, posypały się wulgaryzmy, ale następnego dnia ktoś inny, podczas dzielenia, podziękował za to. Powiedział: «Dziękuję, że ks. Emil przeklinał, bo to znaczy, że ze mną nie jest aż tak źle»".
Przechodzimy przez salę świadectw, gdzie ściany wypełniają galerie zdjęć dawnych "roczników" wspólnoty. Mijamy warzywnik, ogród, stajnię z krowami niecierpliwie czekającymi na wyjście na pastwisko i warsztaty, w których pracują bracia. Kiedy wracam do tematu pracy w dwójkach, poznaję następne słowo z cenacolowego slangu.
"To tak zwane «kopie»" - odpowiada ks. Emil. "Tutaj nie ma grup, zawsze pracuje się we dwóch. To bywa trudne, bo nawet wtedy, kiedy znasz się na czymś lepiej, ale opiekun uważa inaczej, nie możesz tego podważyć. To uczy pokory i buduje relacje" - wyjaśnia kapłan.
Ksiądz Emil, zanim trafił do Cenacolo, żył jak wielu innych duchownych. Przynajmniej z pozoru. Na zewnątrz wszystko wyglądało dobrze: głoszenie kazań, nienaganne wypełnianie obowiązków wikarego, za które parafianie go chwalili. Ale kiedy był sam, pił. Codziennie. Uzależnienie od alkoholu przyszło w dwunastym roku jego posługi kapłańskiej. Emil był alkoholikiem wysokofunkcjonującym - trudno było się zorientować, że dzieje się coś złego. Ale proces postępował. W końcu posypała się modlitwa, w miejsce której wdarły się oskarżająca go o dwulicowość nerwica i lęk, że wszystko wyjdzie na jaw. W końcu Emil, przyparty do ściany, zdecydował się na terapię. Ale nawet wtedy w głębi serca wcale nie chciał przestać pić. Dopiero jego spowiednik nakierował go na Cenacolo. Gdy Emil trafił do wspólnoty, miał 40 lat.
"W parafii byłem kimś decyzyjnym, we wspólnocie stałem się poddanym" - mówi. Nie odprawiał Mszy, za każdym razem zostawał w ławce. Nie brał czytań ani psalmu. Nawet przed adoracją musiał prosić kogoś o otwarcie tabernakulum.
"To było jak zejście do poziomu zero i budowanie wszystkiego od nowa" - dodaje.
Nie była to jedyna lekcja pokory, jaką odebrał. Dziś opowiada o tym z uśmiechem i wyraźnym dystansem:
"W Cenacolo każdy ma swojego «anioła stróża». To opiekun, ktoś, kto we wspólnocie jest dłużej i nad tobą czuwa. Moim «aniołem» został postrzelony dwudziestolatek, który lubił mnie prowokować, na przykład nazywał mnie «klechą». Do koncelebry mogłem wyjść dopiero po pół roku bycia we wspólnocie. Chyba nawet Mszy prymicyjnej tak nie przeżywałem".
Dla księdza Emila wyjątkowo bolesny, ale zarazem uzdrawiający był moment, kiedy przyjaciółka wspólnoty opowiedziała mu o swoim spotkaniu z biskupem, podczas którego wyjawiła, że w Cenacolo jest ksiądz alkoholik. Na to biskup odparł chłodno: "Niech cierpi". Ksiądz Emil przeżył to bardzo boleśnie. Nie potrafił zrozumieć, jak pasterz, który powinien być dla niego ojcem, mógł wypowiedzieć takie słowa. Uwierzył też, że jako ksiądz jest skończony, zmarnował życie, a jego koledzy mówią o nim wyłącznie najgorsze rzeczy. Gdy w końcu poprosił współbrata o rozmowę i opowiedział, co przeżywa, usłyszał: "W końcu do ciebie dotarło, że jesteś takim samym narkomanem jak my wszyscy". To był moment jego uzdrowienia.
"Otworzyła się przede mną zupełnie nowa przestrzeń. Uwierzyłem, że nie jestem już zależny od opinii innych. Od tamtej pory żyję w wolności" - mówi.
Słuchając historii ks. Emila, dociera do mnie, jak trudną i wymagającą, ale również uzdrawiającą drogą jest doświadczenie Cenacolo. Zaskakujące, że wypracowywane latami zasady nie zostały nigdzie spisane, nie ma żadnego zbioru formuł. Podopieczni Mamy Elwiry po prostu mówili jej, co działa, a co nie. A ona to zatwierdzała. I tak od lat wszystko jest przekazywane - uzależnionym przez uzależnionych. Co więcej, wspólnota wciąż "dojrzewa", a niektóre surowe zasady zastępowane są empatią, większą wrażliwością i uważnością na potrzeby drugiego człowieka.
Brakujące ogniowo. Bez niego nie da się wyjść z nałogu
Jednak ani wspomniane wcześniej "łamanie dumy" ani nawet największa empatia, nie są w stanie zastąpić najważniejszego elementu procesu leczenia - pierwiastka, bez którego żaden człowiek próbujący wyrwać się z nałogu nie ma większych szans. Doskonale rozumiał to Bill Wilson, który stworzył metodę 12 kroków. I doskonale rozumieją to członkowie Cenacolo. Chodzi o "świadomy kontakt z Bogiem", który jest tak ważny w procesie uzdrowienia, że w świeckich wspólnotach anonimowych alkoholików zastępuje się go odwoływaniem do "wyższego dobra". Inaczej program nie działa. W Cenacolo nie ma jednak żadnego zastępowania, a Bogiem po prostu się oddycha.
Piotr jest we wspólnocie od sześciu lat. Gdy pytam go o relację z Jezusem, mówi, że to klucz do wszystkiego. "Możemy poznać prawdę o sobie i przestać się okłamywać, ale dopiero gdy zbudujemy relację z Chrystusem i będziemy korzystać z sakramentów, będziemy w pełni wolni. Gdy przestaniemy się modlić, wszystko się rozsypie" - mówi mężczyzna.
Piotr trafił do Cenacolo, zmagając się z nałogiem, który - jak sam przyznaje - wyrósł z lat szukania miłości i własnej tożsamości. Przed wstąpieniem do Cenacolo był smutny, nie potrafił wyrażać emocji. Dopiero we wspólnocie odkrył, jak nie tłumić swoich przeżyć. Wtedy jego życie wyraźnie się zmieniło. Dziś nie tylko jest radosny, pewny siebie i stoi na własnych nogach. Jest mężczyzną, którym zawsze chciał być, powołanym przez Chrystusa. Dobrowolnie pozostał we wspólnocie, by służyć tym, którzy do niej przychodzą. Dzięki Cenacolo poprawiły się również jego relacje z bliskimi.
"Pierwsze sześć miesięcy we wspólnocie mija bez kontaktu z rodziną" - mówi Piotr.
Chodzi o to, by z bliskimi spotkać się już bez maski. Mama Elwira uważała, że zbyt szybkie spotkanie może "wyciągnąć" kogoś ze wspólnoty za wcześnie: "Zobaczcie, rodzice! Już trzy miesiące jestem trzeźwy, modlę się na różańcu" czyli w domyśle: "Możecie mnie już stąd zabrać".
Siedem sekund
Następnie Piotr opowiada o swoim spotkaniu z rodzicami i… przytuleniu ("Przytulenie" to tytuł książki Mamy Elwiry opisującej historię Cenacolo), które powinno trwać przynajmniej siedem sekund. Nie mniej.
"Naturalnie człowiek już po trzech sekundach chce zwolnić uścisk" - mówi Piotr i dodaje: "W przytuleniu, o które chodzi Mamie Elwirze, trzeba to przetrzymać, trwać w uścisku dłużej. Z mojego doświadczenia wynika, że gdy po raz pierwszy od sześciu miesięcy zobaczyłem mojego tatę i postanowiłem przytulić go właśnie w taki sposób, to półroczne przygotowanie rzeczywiście było potrzebne. W podobny sposób powinniśmy przytulić również siebie samych i swoje własne życie" - wyjaśnia Piotr.
Mężczyzna podkreśla, że na początku osobie wstępującej do wspólnoty może się wydawać, że będzie musiała z czegoś zrezygnować, coś oddać, podporządkować się nowym zasadom. Z czasem wielu odkrywa, że dostaje znacznie więcej, niż się spodziewało.
"We wspólnocie chłopak może poznać dziewczynę, zostać księdzem, stworzyć prawdziwą przyjaźń, wyjechać na misje, nauczyć się pracować, gotować, prać, organizować spotkania, mówić prawdę… Z Cenacolo wychodzimy bogatsi. Dzięki wspólnocie możemy zbudować fundamenty, które pozwolą nam funkcjonować, gdy kiedyś wyjdziemy do świata" - podsumowuje. Jego słowa przerywa dźwięk dzwonu. Pora na obiad.
Siadamy w jadalni. Kiedy przede mną ląduje talerz, Emil szturcha mnie lekko i pyta żartobliwie, na tyle głośno, by usłyszał go roznoszący jedzenie mężczyzna: "Podawał ci kiedyś obiad ksiądz?". Ten rzeczywiście słyszy i odpowiada uśmiechem. To faktycznie kapłan - ksiądz Wojciech, który trafił do wspólnoty przez uzależnienie od leków. Jest w Cenacolo od dwóch lat, ale być może zostanie w niej na stałe.
Sebastian
Po skończonym posiłku na środek wychodzi Sebastian (razem z Emilem i Piotrem przyjechał po mnie na stację). Chłopak ma 29 lat i jeszcze niedawno nie wypowiadał żadnego słowa. Wcześnie stracił rodziców. Gdy pod sklepem żebrał o jedzenie, uratowało go przechodzące małżeństwo. Zabrali chłopaka do domu, nakarmili i pozwolili się umyć. Dali mu również czyste ubrania. Nie odesłali go jednak z powrotem na ulicę, ale widząc, w jakim jest stanie, skierowali do wspólnoty. I mają z nim kontakt. Mówienie nadal przychodzi Sebastianowi z trudem, szczególnie gdy w domu pojawia się ktoś obcy.
Chłopak trzyma swój dziennik, który zapisuje każdego wieczoru. Za chwilę odczyta fragment z wczoraj. Ale zanim to nastąpi, Piotr prosi, by powiedział, dlaczego to robi.
"Ale mu dowaliłeś" - rzuca sąsiad Piotra. Twarz i oczy Sebastiana natychmiast dają wszystkim do zrozumienia, że otrzymał do wykonania "mission impossible" i bardzo chciałby to już mieć za sobą. Mam ochotę przerwać, powiedzieć, żeby dali mu spokój, ale cała wspólnota cierpliwie czeka. W końcu Sebastian zaczyna mówić. Najpierw odpowiada na pytanie Piotra: "Piszesz dziennik, bo to jest dla ciebie…". "…ważne" - kończy cicho. Po chwili wypowiada kolejne słowa, które układają się w zdania. Opowiada, jak pisanie dziennika pozwala mu się otwierać i opowiadać o uczuciach. W końcu odczytuje swój zapis - co robił wczoraj, z kim rozmawiał, za co jest wdzięczny. Gdy kończy, przywołując słowa Jezusa z Ewangelii: "Nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną" (J 16,32), i mówi, że on też już nie czuje się samotny, bo ma obok siebie wspólnotę, z trudem ukrywam wzruszenie.
Po obiedzie odmawiamy różaniec. Ale nie w kaplicy. Wychodzimy na drogę i ruszamy w kierunku wsi. Wypowiadając słowa modlitwy - głośno, na zmianę po polsku i włosku - oddajemy Jezusowi przez wstawiennictwo Maryi nas samych, naszych bliskich, wspólnotę, wykonywane przez nas prace i kolarza, który właśnie nas minął. Widok kilkunastu mężczyzn z różańcami w dłoniach do codziennych nie należy. Chyba że w okolicy akurat znajduje się dom Cenacolo.
"Byłem na odwyku cztery razy. Nie pomogło"
Po południu siadam w altanie z Dominikiem i Jakubem, by posłuchać ich historii. Obydwaj pochodzą z religijnych rodzin i znaleźli się w Cenacolo dzięki matkom. Rozmawiamy, a dyktafon - oprócz świadectw mężczyzn - rejestruje świergot jaskółek.
"Jestem alkoholikiem" - mówi 34-letni Dominik. We wspólnocie spędził już rok i siedem miesięcy. "Byłem cztery razy na tradycyjnym leczeniu odwykowym, ale nie pomogło. Za każdym razem wracałem do picia". Mężczyzna dodaje, że na początku był przytłoczony perspektywą spędzenia w Cenacolo nawet pięciu lat (standardowy czas przebywania we wspólnocie wynosi od trzech do pięciu lat, księża mogą być w niej krócej). Ale kiedy przeczytał "Przytulenie" Mamy Elwiry, przestał martwić się przyszłością. Jest wdzięczny za tu i teraz.
"Po pierwsze, w końcu nie piję. Już po roku stało się to, o czym wspominało wielu terapeutów: głowa zaczęła myśleć trzeźwo" - mówi i dodaje: "Po drugie, niezależnie od tego, czy coś mi się podoba, czy nie, żyję w dyscyplinie i to jest bardzo duży krok. Wiem, że gdy kiedyś pójdę do pracy, będę musiał spędzać w niej osiem godzin lub więcej, ale dam radę, będę umiał zorganizować sobie dzień i nie będzie to tak wielką trudnością, bo tutaj jesteśmy cały czas na nogach".
Po narkotykach i alkoholu przyszedł hazard
26-letni Jakub jest w Cenacolo już od czterech lat. Jego problem był bardziej złożony, bo oprócz alkoholu sięgał po narkotyki. Gdy jednak zdiagnozowano u niego wrzód dwunastnicy i używki musiały pójść w odstawkę, w ich miejsce wkradło się kolejne uzależnienie. Hazard.
"Kiedyś naprawdę myślałem, że pieniądze mogą dać wszystko. Do tego dochodziła adrenalina. Kiedy środki się skończyły, wylądowałem w szpitalu psychiatrycznym" - mówi i dodaje: "Do wspólnoty musiałem dojrzeć. Przez pierwszy miesiąc byłem bez życia, nadal w kłamstwach, w których żyłem. Myślałem, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie. Ale gdy poznałem historie innych, to, z czym się zmagają, i zobaczyłem, że mimo to są szczęśliwi, otworzyłem się na nich".
Jakub w Cenacolo odzyskał nie tylko trzeźwość, ale i stworzył głębokie relacje. "To niesamowite, co się tutaj dzieje. Żyjemy bez telefonów, telewizji, a jednak w naszym życiu panuje radość. Odciąłem się od pieniędzy i narkotyków. Na zewnątrz wszystko jest «za coś», tutaj panuje prawdziwa przyjaźń. Nigdzie nie zbudowałem takich relacji. Bycie tutaj jest darem" - mówi.
Obydwaj mężczyźni potwierdzają, że w Cenacolo działa Bóg. "Już samo to, że w jednym domu mieszka, zależnie od wspólnoty, od kilku do kilkudziesięciu chłopa, którzy mimo różnic charakterów wytrzymują ze sobą i się nie zabijają, jest tego dowodem" - żartuje Dominik.
Myślę o matkach, które doprowadziły moich rozmówców do wspólnoty. Obydwie dowiedziały się o Cenacolo od księży. Bez wątpienia stawia to wierzących uzależnionych w "przewadze", bo nakierowanie ich na wspólnotę jest dużo prostsze. Prędzej czy później rodzic, brat lub siostra, opowiadając - wierzącym znajomym, czy księdzu w konfesjonale - o uzależnieniu członka rodziny, usłyszy o Cenacolo. To wspólnota znana w Kościele katolickim. Została przez niego oficjalnie uznana w 1998 roku i do dziś jest ważnym dziełem wspierającym walkę z uzależnieniami. Choć wierzącym łatwiej wejść do chrześcijańskiej wspólnoty, Cenacolo jest otwarte dla wszystkich - również tych, którzy nie wierzą w Boga i nie korzystają z sakramentów.
Na zewnątrz
Szybko zbliża się godzina mojego wyjazdu. Ostatnie chwile we wspólnocie Cenacolo spędzam, obserwując chłopaków wyprowadzających krowy na pastwisko, jedząc na podwieczorek chleb z miodem i rozmawiając z księdzem Emilem. Pytam go, co dzieje się z ludźmi, którzy wychodzą ze wspólnoty.
"Wracają do życia, zakładają rodziny. Nie zawsze wszystkim się układa, ale zawsze zachęcamy do tego, by utrzymywać kontakt i o tym mówić. Kto raz nauczył się korzystać z pomocy wspólnoty, nie będzie się bał poprosić o nią, gdy upadnie. A gdy tak się stanie, zawsze będzie mógł wrócić. Taki kolejny kontakt z Cenacolo często odbywa się w innym domu, by powracający mógł doświadczyć czegoś nowego. Są oczywiście ludzie, z którymi kontakt się urywa" - mówi ksiądz Emil, dodając, że sam - już jako "ex" -bardzo ceni sobie pielęgnowanie zawiązanych we wspólnocie więzi.
"Wiele daje mi kontakt z Cenacolo. Każdy urlop spędzam we wspólnocie, odwiedzając domy. Dzięki temu oczyszcza mi się głowa, widzę świat jasno, przez pryzmat zasad" - mówi.
Na koniec pytam, czy chciałby, żeby jego życie potoczyło się inaczej.
"Paradoksalnie nie byłoby tego całego bogactwa, które Pan Bóg dał mi przez tę drogę. Mama Elwira zawsze powtarzała, żeby nie uciekać od cierpienia, ale nauczyć się cierpieć. Jestem wdzięczny Bogu, bo wszystko w moim życiu okazało się łaską. To nie jest tak, że Pan Bóg chciał, żebym pił, ale wiem, że On wykorzystał tę historię. I takiego mnie zaakceptował. Na koniec mogę być tylko wdzięczny - nie za to, że przetrwałem, ale dlatego, że wszystko, co się wydarzyło, zadziałało ku dobremu" - mówi.
Dziękuję, że przeczytałeś/przeczytałaś ten reportaż do końca. Sięgnij po więcej moich artykułów i odwiedź mojego bloga.
Skomentuj artykuł