Kim jest wypełnione moje serce?
Zdarza ci się czasem, że otwierasz Pismo Święte i czujesz, jakbyś dostał obuchem w głowę? Szczerze przyznam, że mi się to zdarza regularnie, a dzisiejsza niedziela jest dokładnie takim momentem. Słowo Boże, które dzisiaj dostaliśmy, nie próbuje nas głaskać po głowie i pocieszać na tym łez padole. Jezus nie bawi się w dyplomację, nie stosuje marketingowych sztuczek, żeby przyciągnąć do siebie tłumy, ani też nie próbuje nikomu na siłę słodzić. Wręcz przeciwnie. Ewangelia jest do bólu wymagająca i uderzająco konkretna.
To nie są miłe, poetyckie opowiastki, nad którymi można spokojnie przejść do porządku dziennego. To słowo dotyka, prowokuje i zmusza do stanięcia w prawdzie przed samym sobą. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37). Kiedy słyszymy coś takiego, w pierwszym odruchu możemy poczuć wewnętrzny opór, lęk albo po prostu głębokie niezrozumienie. Przecież całe życie uczy się nas w Kościele, że miłość do rodziców, do dzieci, do współmałżonka to jedno z najważniejszych i najświętszych zadań, jakie człowiek ma na tym świecie do zrealizowania. Przecież sam Bóg w Dekalogu nakazuje nam czcić ojca i matkę. Dlaczego więc teraz Jezus stawia sprawę tak bezkompromisowo? Czy chce nas przytłoczyć? A może jest zazdrosny i nie może znieść, że będziemy kochać kogoś jeszcze poza Nim samym?
Jezus nigdy nie stawia wymagań po to, żeby człowieka zgnębić, żeby odebrać mu radość życia czy wpędzić w poczucie winy. Każde Jego trudne słowo, nawet to brzmiące najbardziej surowo i bezwzględnie, ma zupełnie inny cel. On chce nas od tej ziemi po prostu oderwać. Chce, żebyśmy w końcu przestali patrzeć wyłącznie pod nogi – na nasze doczesne sprawy, codzienne problemy i czysto ludzkie zabezpieczenia. On chce, żebyśmy zaczęli patrzeć w stronę nieba. Jezus doskonale wie, jak łatwo potrafimy urządzić się na tym świecie, budując sobie małe, prywatne bóstwa z naszych relacji, sukcesów i planów czy też rzeczy materialnych. Chce, żebyśmy wreszcie zobaczyli, że tam, w wieczności, jest jedyny i ostateczny cel naszego życia, a wszystko, co ziemskie, choćby było najwspanialsze, nigdy nie nasyci ludzkiego serca do końca. Te wymagania Mistrza z Nazaretu są więc dla nas ratunkiem.
Warto zatrzymać się na chwilę przy słowie „godzien”, które Jezus kilkukrotnie dziś powtarza: „nie jest Mnie godzien” (zob. Mt 10, 37-38). Co to właściwie znaczy? W naszym potocznym myśleniu słowo „godny” kojarzy się z zasługiwaniem, z jakimś moralnym etatem, który trzeba uczciwie wypracować. Myślimy być może, że musimy być idealni, czyści, bezbłędni, niemal nieskazitelni, żeby być godnymi Boga. To potworny błąd, który niszczy duchowość. Przecież nikt z nas nie jest w stanie sam z siebie zasłużyć sobie na miłość Boga. Ona zawsze jest pierwsza, darmowa i całkowicie bezwarunkowa. W języku Ewangelii bycie „godnym” oznacza coś zupełnie innego – oznacza otwarcie swojego serca na zrozumienie, czym w ogóle jest zbawienie. Jeśli moje serce jest po brzegi wypełnione jakąś ludzką relacją, jeśli z drugiego człowieka zrobiłem sobie bożka, od którego uzależniam całe moje szczęście i sens istnienia, to w moim wnętrzu nie ma już najmniejszego miejsca na Boga. Nie jestem Go godzien nie dlatego, że jestem za słaby czy zbyt grzeszny, ale dlatego, że jestem całkowicie zamknięty na Jego dar. Moje naczynie jest pełne czegoś innego. Być godnym to pozwolić Bogu, by był prawdziwym Panem, a nie tylko miłym dodatkiem do mojego życia.
Jezus idzie dalej i dotyka kolejnego bolesnego punktu naszej codzienności: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 38). Popatrzmy na to zupełnie szczerze i bez owijania w bawełnę. Niekiedy próbujemy stworzyć sobie taką wygodną wersję chrześcijaństwa, która będzie lekka, łatwa i przyjemna. Chcemy iść za Jezusem, ale tak, żeby się przypadkiem nie przemęczyć, nie stracić dobrego imienia, niczego w życiu nie zaryzykować i nie ponosić żadnych realnych kosztów tej relacji z Nim. A Chrystus mówi nam dzisiaj otwarcie, że to tak po prostu nie działa. Można oczywiście próbować iść za Nim bez niesienia krzyża, można udawać zaangażowanego ucznia i recytować piękne formułki, ale to do niczego nie prowadzi. To jest prosta droga do budowania fasadowej religijności, która karmi się pozorami. Krzyż nie jest karą od Boga, ale realnością życia w niedoskonałym świecie. To zgoda na to, że wierność prawdzie i miłości po prostu kosztuje.
Dzisiejsze słowo stawia sprawę jasno: najpierw Bóg, potem wszystko inne. Chodzi o uporządkowanie miłości. I tu pojawia się kolejna ważna kwestia. Kiedy bowiem Jezus mówi o stawianiu Boga na pierwszym miejscu, to wcale nie chodzi o to, żeby teraz wszystkich ludzi wokół traktować jak nic niewartych, a relacje z nimi uważać za zbędne obciążenie. To nie jest wezwanie do świętej znieczulicy. Dopiero gdy zbliżamy się do Boga i osobiście doświadczamy Jego miłości, zaczynamy uczyć się, jak właściwie kochać innych ludzi – miłością zdrową, wolną i niezaborczą. Nasze ludzkie więzi bez Boga bardzo szybko mogą stać się toksyczne, kiedy zaczniemy traktować drugiego człowieka jak przedmiot, który ma zaspokoić naszą samotność i zagłuszyć braki. Z Bogiem zaczynamy widzieć w nim autonomiczny podmiot, człowieka tak samo kochanego przez Chrystusa.
Ta nauka o stawianiu Boga na pierwszym miejscu jest wymagająca, ale to w Chrystusie widzimy Kogoś, kto człowieka postawił ponad wszystko. Paweł Apostoł przypomina: „Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć?” (Rz 6, 3). On dla nas umarł i zmartwychwstał. Bóg nie żąda od nas niczego, czego sam najpierw nie zrobił. Oddał za nas całe swoje życie, pokazując, jak potężnie zależy Mu na naszym zbawieniu. Każda kropla krwi na krzyżu świadczy o naszej nieskończonej wartości w Jego oczach. Widzimy zatem, jak bardzo Bogu zależy na naszym zbawieniu. Pytanie więc brzmi: czy nam równie mocno na tym zależy? Nie rzucajmy od razu szybkich, pobożnych odpowiedzi, ale weźmy to pytanie głęboko do serca. Bóg nie chce być tylko jedną z wielu miłości naszego życia. On chce być miłością największą.
Skomentuj artykuł