Wierność w wybieraniu Jezusa
Tydzień temu przyglądaliśmy się z jednej z najbardziej poruszających scen w Ewangelii – powołaniu celnika Mateusza, człowieka uwikłanego w nieuczciwy system, pogardzanego przez rodaków, noszącego w sobie poczucie głębokiej izolacji. I w to ludzkie pogmatwanie wszedł Jezus ze swoim pełnym miłości spojrzeniem i słowami, które zmieniły wszystko: „Pójdź za Mną!”. Dzisiaj widzimy, jak Jezus gromadzi wokół siebie wspólnotę Dwunastu, których wysyła w świat.
Gdy wczytamy się w tę „wymieniankę” imion, uderzyć powinno nas jedno: to nie jest lista narodowych bohaterów ani ludzi o nieskazitelnej opinii. To dwanaście różnych życiorysów, dwanaście skomplikowanych charakterów, dwunastu zwyczajnych mężczyzn, którzy uwierzyli w mesjańskie posłannictwo Jezusa i zgodzili się na zmianę swojego życia. Jezus nie szukał dwunastu najlepszych facetów tamtych czasów ani ludzi doskonałych, lecz wybrał tych, którzy po prostu dali się porwać Jego Ewangelii.
W tym spisie imion ukryta jest jednak bolesna prawda, która powinna zburzyć nasz spokój, ponieważ na samym końcu tej listy pojawiają się słowa: „i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził” (Mt 10,4). Jezus świadomie wybiera Judasza, daje mu dokładnie taką samą władzę jak innym, ufa mu i dzieli z nim codzienność. Judasz przez długi czas szedł za Jezusem, słuchał Jego nauk, widział cuda, a także sam w Jego imieniu głosił naukę i może nawet czynił znaki. On też na początku musiał poczuć autentyczny zachwyt osobą Jezusa. Możemy założyć, że ta pierwsza decyzja była prawdziwa. Ale Ewangelia pokazuje nam brutalnie, że ten pierwszy moment, ten wielki zryw serca, nie wystarczy na całe życie. Pierwsza decyzja pójścia za Jezusem musiała być przez Apostołów powtarzana każdego kolejnego dnia, w kolejnych krokach podążania za Mistrzem. Judasz w którymś momencie przestał tę decyzję ponawiać. To dla nas bardzo ważna lekcja, że chrześcijaństwo to nie jest bilet do nieba, ale dynamiczna relacja, w której codziennie muszę na nowo wybrać, czy chcesz być uczniem Chrystusa.
Popatrzmy teraz na sam początek dzisiejszego fragmentu Ewangelii: „Jezus, widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza” (Mt 9,36). Z tego głębokiego wzruszenia Bożego serca rodzi się cała misja. I wtedy padają słowa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Mt 9,37-38). Jakże często ten fragment słyszymy w kościołach w kontekście modlitwy o powołania kapłańskie. I oczywiście ta modlitwa jest potrzebna, lecz jeśli zamkniemy te słowa tylko w kluczu klerykalnym, to stracimy ich uniwersalną głębię. Jezus nie wypowiada tych słów wyłącznie do wąskiej grupy przyszłych duchownych. On mówi to do wszystkich swoich uczniów. Spójrzmy więc na to szerzej – to jest prośba o to, żeby wszyscy chrześcijanie otwierali swoje serca na łaskę, która da im odwagę wychodzić do świata z Dobrą Nowiną. Ludzie wokół nas są dziś często znękani i pogrążeni w beznadziei. Niektórzy wręcz wyją z tęsknoty za miłością. Modlitwa o robotników to wołanie o to, byśmy obudzili się z duchowej drzemki i zobaczyli, że jesteśmy posłani z Miłością Bożą do tych, których mamy tuż obok w miejscach, gdzie żyjemy.
Kiedy Jezus wysyła Dwunastu, daje im bardzo konkretną instrukcję, która na pierwszy rzut oka może wydawać się wykluczająca: „Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela” (Mt 10,5-6). Zanim pójdziemy nawracać i naprawiać cały daleki, obcy świat, musimy najpierw „powalczyć” o tych, którzy są „nasi”. Chodzi o to, byśmy nie zapomnieli o ludziach, którzy w wierze stali się letni, ospali, zupełnie zagubieni, choć formalnie wciąż należą do tej samej wspólnoty Kościoła. Można z zainteresowaniem przyglądać się i na różne sposoby włączać się w ewangelizację dalekich krajów, ale wielkim wyzwaniem jest też z miłością głosić Chrystusa własnemu małżonkowi, swoim dorastającym czy dorosłym już dzieciom, które odeszły od Kościoła, czy też sąsiadowi zza ściany. Nie możemy skupiać się wyłącznie na ewangelizacji „innych”, zapominając o ewangelizacji „swoich”. A idąc jeszcze głębiej – to jest wezwanie do nieustannej ewangelizacji własnego serca, które także niekiedy przecież bywa letnie i ospale. Zanim stanę się dla innych nauczycielem wiary, sam najpierw muszę pozwolić Jezusowi na to, by odnalazł mnie na moich bezdrożach.
Tylko wtedy, gdy przejdziemy tę drogę wewnętrznego nawrócenia, będziemy mogli naprawdę poczuć się „ludem świętym”, o którym słyszymy w czytaniu z Księgi Wyjścia. Bóg przypomina tam swojemu narodowi niesamowitą rzecz: „Wy widzieliście, co uczyniłem Egiptowi, jak niosłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do Mnie” (Wj 19,4). Pan nie zaczyna od dawania twardych przykazań. On najpierw przypomina im cud wyzwolenia, opowiada o swojej czułości – o tym, że niósł ich jak orzeł swoje młode. Dopiero na tym fundamencie rodzi się wezwanie do wierności: „Teraz, jeśli pilnie słuchać będziecie głosu mego i strzec mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów (…)” (Wj 19,5). Lud, który wyszedł z Egiptu, nie stał się automatycznie doskonały. Oni cały czas byli w duchowej drodze, nawet po wyzwoleniu. To jest doskonały obraz naszego życia, bo my też zostaliśmy wyzwoleni w chrzcie, ale nasza wędrówka trwa nadal. Każdego dnia musimy walczyć o to, by słuchać Bożego Słowa, trwać w przymierzu z Panem i powtarzać za Psalmistą: „Wiedzcie, że Pan jest Bogiem, On sam nas stworzył, jesteśmy Jego własnością, Jego ludem, owcami Jego pastwiska” (Ps 100,3).
Żeby jednak z radością przeżywać to, że jesteśmy własnością Boga, musimy najpierw poczuć się kochanymi miłością bezwarunkową. W wielu z nas pokutuje wciąż myślenie, że na miłość Chrystusa trzeba sobie zasłużyć, a Paweł Apostoł zwraca uwagę na to, że „Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami” (Rz 5,8). Jezus umarł za grzeszników, a nie za doskonałych i bezgrzesznych, którzy dzięki własnemu wysiłkowi stali się godni doznać owoców Jego zbawczych czynów. Chrześcijaństwo to sztuka odkrywania różnic między mną a Jezusem, między moją a Jego miłością – i oddawanie się w ramiona Miłosierdzia. Kiedy doświadczę tej darmowości, zrozumiem słowa Jezusa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8). To wezwanie do powtarzania darmowości Bożej Miłości w relacjach z ludźmi. Jezus poleca Dwunastu, by głosili to, co On od początku swojej działalności z mocą objawiał: „Bliskie już jest królestwo niebieskie” (Mt 10,7). To nie ma wzbudzać lęku, lecz nadzieję. Bo ewangelizacja nie ma być moralizowaniem, lecz pokazaniem, że Bóg chce zbawienia każdego – i że jest już blisko. Skuteczne głoszenie tej prawdy jest jednak możliwe tylko wtedy, gdy żyje się tym, co się słowami głosi.
Skomentuj artykuł