Misja nie do spełnienia

Misja nie do spełnienia
(fot. Kay Gaensler/flickr.com/CC)
6 lat temu
Jacek Święcki

W przypadku Angela Roncallego, który potem został papieżem Janem XXIII, musimy prędzej czy później dostrzec, że popularny stereotyp świętego pasuje do jego postaci jak pięść do nosa. Jan XXIII był zupełnie normalnym człowiekiem. Skąd się więc nagle wzięło aż tylu ludzi żywiących do niego tak głęboką cześć, że Kościół zdecydował się obdarzyć go chwałą ołtarzy? Przeczytaj fragment książki "Jan XXIII, wypróbowany święty".

Misja nie do spełnienia we Francji

Pierwszym zadaniem nowego nuncjusza jest niedopuszczenie do katastrofy mogącej spowodować odwołanie co najmniej trzydziestu francuskich biskupów w kwiecie wieku.

>> Jan XXIII - wypróbowany święty

Jest wieczór 6 grudnia 1944 roku. Do delegatury apostolskiej w Stambule przychodzi szyfrowany telegram. Ponieważ aktualny sekretarz biskupa Angela, ks. Thomas Ryan, akurat musiał wyjechać z ważną misją do Kairu, on sam bierze do ręki księgę kodów i mozolnie zaczyna odszyfrowywać kolejne znaki. W pewnym momencie wydaje mu się, że chyba ktoś tu się pomylił: albo on sam, albo nadawcy telegramu. To chyba niemożliwe, aby został mianowany nuncjuszem w Paryżu! Czyżby nie wiedział, że w tym dniu św. Mikołaj, który przecież urodził się i działał na terenie dzisiejszej Turcji, lubi robić prezenty? Decyzja wygląda na nagłą i nieodwołalną: ma niemal natychmiast stawić się w Rzymie i złożyć listy uwierzytelniające we Francji jeszcze przed końcem roku. Wszystko po to, aby móc, jako nowy nuncjusz, wygłosić w imieniu wszystkich ambasadorów akredytowanych w Paryżu noworoczne życzenia skierowane do prezydenta republiki, którym wówczas jest generał Charles de Gaulle...

W tym momencie biskup Angelo jeszcze nie wie, co jest powodem tak nagłej i niespodziewanej nominacji. Jednak dzięki dociekliwości historyków my dzisiaj wiemy o tej sprawie znacznie więcej. Otóż, nowe władze wyzwolonej właśnie Francji uważały poprzedniego nuncjusza Valeria Valeriego za zbyt zagorzałego zwolennika kolaboranckich rządów marszałka Henriego Philippe'a Petaina. Dlatego już we wrześniu 1944 roku uznały go za persona non grata. Papież nie uznał tej decyzji i usiłował jeszcze długo negocjować z generałem de Gaulle'em bardziej honorowe rozwiązanie sytuacji, lecz tamten pozostawał nieugięty. Czas upływał nieubłaganie, a tymczasem w Rzymie zaczęto sobie coraz bardziej zdawać sprawę z tego, że jeśli zabraknie w Paryżu uznanego przez władze nuncjusza, tradycyjne życzenia noworoczne wygłosi najstarszy wiekiem członek korpusu dyplomatycznego, którym był wówczas... sowiecki ambasador Aleksandr Bogomołow. Na tak wielkie upokorzenie Stolicy Apostolskiej - zwłaszcza w kontekście uzgadnianego właśnie traktatu pokojowego między Francją i Związkiem Radzieckim - przyzwolenia być nie mogło. Trzeba było zatem szukać w pośpiechu kogoś, kto mógłby dojechać do Francji jeszcze przed końcem roku. Początkowo wybór padł na nuncjusza w Argentynie Giuseppego Fietta. Niestety dostojnik ów był chory na serce i nie zniósłby podróży samolotem. Mógłby wprawdzie przypłynąć statkiem, ale wtedy byłoby już za późno. Inni potencjalni kandydaci nie za bardzo mogli porzucić swe placówki w kontekście trwających wciąż działań wojennych.

Powstała więc patowa sytuacja, którą rozwiązał sam Pius XII - i to bez konsultacji ze swoimi podsekretarzami stanu. Podjął decyzję osobiście, właściwie wbrew swym doradcom, i polecił przesłanie telegramu do Stambułu. Co mogło być jej powodem? Sam biskup Angelo zapyta o to papieża, gdy zobaczy się z nim bardzo krótko tuż przed odlotem z Rzymu do Paryża. Odpowiedź Piusa XII jest zaskakująca: nie chciał posyłać do Paryża zwykłego dyplomaty, gdyż sytuacja we Francji była na tyle złożona i delikatna, iż "wolał mianować tam świętego kapłana, Bożego człowieka i nic więcej". W oczach niejednego kurialisty musiało to wyglądać na pokerowe zagranie. W rzeczywistości decyzja Piusa XII była owocem modlitwy i głębokiego rozeznania duchowego. Tymczasem paryska placówka należała wtedy do siedmiu najbardziej prestiżowych nuncjatur i nie powracało się z niej bez kardynalskiego kapelusza... Chyba że podpadło się tak bardzo jak nieszczęsny nuncjusz Valeri. Stawka była zatem ogromna i dla Watykanu, i dla samego Roncallego.

Tak czy inaczej biskup Angelo pospiesznie żegna się ze swymi współpracownikami ze stambulskiej nuncjatury i udaje się do Ankary, skąd okrężną drogą przez Afrykę leci do Rzymu. Tam otrzymuje szczegółowe instrukcje, po czym kolejny samolot unosi go do Paryża. Swe emocje związane z nominacją tak przekazuje rodzinie: Sam w to nie mogłem uwierzyć, tak bardzo był daleki od [mej] wyobraźni tak wielki zaszczyt i tak ogromna odpowiedzialność. [...] [Oto] co czuję: wielką nieufność i obawę przed sobą samym i mymi siłami, czy utrzymam tak wielki ciężar, a równocześnie większą ufność wobec Pana, który powinien mi dopomagać, bowiem [...] tego stanowiska ani nie pożądałem, ani nawet o nim nie marzyłem. To, że Ojciec Święty pośród tylu doświadczonych, mądrych i świętych prałatów wyszukał właśnie mnie, i to tam, gdzie było mi tak dobrze i gdzie byłbym zadowolony z pozostawania jeszcze na długo, jest z pewnością znakiem Opatrzności, która posługuje się najpokorniej-szymi stworzeniami [...], aby pracowały dla Jego chwały. O ileż bardziej potrzebuję [teraz] stać się świętym i jak wielką pomocą staną się dla mnie Wasze proste modlitwy! Być może Paryż będzie mą Kalwarią i właśnie potrzeba, aby ktoś tak biedny jak ja został tam złożony na ofiarę w służbie Stolicy Świętej w [tych] tak niepewnych i tak trudnych czasach odnowy religijnej (LdR 424).

Moglibyśmy podejrzewać biskupa Angela o zbyt wielką egzaltację w wyobrażaniu sobie siebie w roli męczennika, do czego miewał już, jak wiemy, skłonności w młodości. Niemniej na miejscu okazuje się, że jego obawy nie musiały być wcale przesadne. Nowe francuskie władze wywodzą się przede wszystkim z ruchu oporu (także komunistycznego!) oraz z emigracyjnego otoczenia generała de Gaulle'a. W ogóle nie tolerują osób, które zbyt ściśle związały się z kolaboranckim reżimem urzędującym w Vi-chy pod wodzą marszałka Petaina. Już w pierwszych tygodniach po wyzwoleniu dochodzi do krwawych porachunków osobistych, potem stopniowo zastępowanych niezbyt uczciwymi procesami sądowymi. Prawdziwym czy też rzekomym "faszystom" grozi często, jeśli nie gilotyna, to z pewnością długi pobyt w więzieniu. Niemal wszyscy francuscy biskupi są gwałtownie oskarżani przez prasę (z komunistyczną na czele) o takie czy inne formy kolaboracji.

Istnieje zatem, po pierwsze, realne niebezpieczeństwo samosądów. Po drugie, rząd - złożony, co ciekawe, głównie z chrześcijańskich demokratów - gwałtownie domaga się od nowego nuncjusza zdymisjonowania niemal połowy francuskich biskupów i powołania na ich miejsce tych kapłanów, którzy szczególnie dobrze przysłużyli się ruchowi oporu. Niektórych ministrów mocno irytuje nominacja Roncallego, gdy tylko dowiadują się, że nie jest on członkiem watykańskiej dyplomacji i że ściągnięto go z peryferyjnej placówki. Podejrzewają, że jest to złośliwość papieża w reakcji na odwołanie nuncjusza Valeriego... Do francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych zostaje też pilnie wezwany turecki ambasador, który poznał dobrze biskupa Angela podczas jego uprzednich wizyt w Ankarze i który składa następujące oświadczenie: Jego Ekscelencja Roncalli mieszkał dziesięć lat pośród nas, a my robiliśmy wszystko, aby mu przysporzyć kłopotów. Nigdy nam się to nie udało. Nawet gdy śledziliśmy z bliska jego poczynania, musieliśmy zawsze przyznać: oto dostojnik, który nas rozumie, jest godny naszego szacunku i naszej sympatii, o którą nie musieliśmy nigdy u niego zabiegać. Konsultowany jest także ambasador Francji w Turcji i ten także wypowiada się o byłym delegacie apostolskim pochlebnie: Pomimo iż podchodzę z rezerwą do jego szczerości, pochwalam jego miły charakter, jego niewątpliwie dobrą wolę, jego przychylność wobec Francji. Jest to ktoś prosty i roztropny.

Nie brakuje jednak głosów o jego działaniu na szkodę Francji w Bułgarii, w Grecji i w Stambule. Czyżby odezwał się odkryty przezeń francuski agent z zakonu asumpcjonistów?

Tak czy inaczej pierwszym zadaniem nowego nuncjusza jest niedopuszczenie do katastrofy mogącej spowodować odwołanie co najmniej trzydziestu francuskich biskupów w kwiecie wieku. Wydaje się, że biskup Angelo - nawet w tak krytycznych okolicznościach - nigdy nie usiłował dyplomatycznie targować się o kompromisową liczbę ewentualnych dymisji, która mogłaby w oczach francuskiej opinii publicznej stanowić symboliczne wyrównanie rachunku domniemanych krzywd. Po prostu pyta generała de Gaulle'a o konkretne dowody kolaboracji i daje do zrozumienia, że jeśli wszyscy są winni, to wszyscy zostaną usunięci. Równocześnie zbiera cierpliwie dowody na patriotyczną postawę wielu z nich, ukrywanie uciekinierów, w tym też Żydów, akcje charytatywne i wiele podobnych, mało znanych spraw. Imponuje taką postawą prezydentowi Francji. W efekcie do dymisji podaje się jedynie czterech biskupów w samej Francji (w tym jeden niezwiązany z żadną diecezją) oraz trzech we francuskich koloniach.

W czerwcu 1945 roku nawet francuskie ministerstwo spraw zagranicznych odnotowuje, że nuncjusz odniósł osobisty sukces w pierwszym starciu. Tym bardziej zacięta jest późniejsza walka o nominacje nowych biskupów oraz kardynałów. Sam minister Georges Bidault robi wszystko, co może, aby wypromować swoich kandydatów - w jego mniemaniu znakomitych, bo zasłużonych dla ojczyzny kapłanów - zaś nuncjusz jeździ nieustannie po całej Francji i wybiera tych, którzy w jego mniemaniu są pasterzami zdolnymi wnosić pokój pomiędzy wiernych wciąż podzielonych przez polityczne wybory z czasów okupacji. Nawet jeśli nie są oni wybitnymi intelektualistami czy też wyrazistymi osobowościami. Walka ta przenosi się także na teren Watykanu.

Francuski ambasador przy Stolicy Apostolskiej otrzymuje polecenie, aby dogadać się w tej sprawie z sekretariatem stanu ponad głową nuncjusza. Ambasadorem tym jest wówczas znany chrześcijański filozof Jacques Maritain. Natychmiast informuje on swych kurialnych rozmówców, a potem nawet samego Piusa XII, że wskazania Roncallego rodzą we francuskim rządzie obawy, czy nie są to przejawy wrogości i czy nie wynikają one z zupełnej nieznajomości sytuacji; przekonuje też, że proponowani kandydaci z pewnością nie zostaną zaakceptowani przez wiernych. Wtedy nagle okazuje się, że także podsekretarz stanu Domenico Tardini ma o samym nuncjuszu i jego kwalifikacjach niezbyt pochlebne zdanie.

Informacja ta wywołuje w Paryżu konsternację. Wydaje się, że obie strony byłyby skłonne pozbyć się Roncallego, ale obie też zdają sobie sprawę, że powtórne odwołanie nuncjusza bez wręczenia mu kapelusza kardynalskiego spowodowałoby niepowetowane szkody we wzajemnych stosunkach. Postanawiają zatem przyjąć inne rozwiązanie. Wiosną 1947 roku do Rzymu przyjeżdża Gabriel Le Bras, podsekretarz do spraw religijnych, i zostaje wtedy opracowana nowa procedura nominacji biskupich, z uwzględnieniem szczególnych sposobów komunikowania się ministra spraw zagranicznych i nuncjusza. Kryzys jest zażegany, niemniej pozostaną po nim liczne ślady. Tak więc Georges Bidault na pierwszym procesie beatyfikacyjnym Jana XXIII będzie zeznawał "przeciw" niemu i mnożył wszelkie mogące go obciążyć fakty.

Druga próba pozbycia się nuncjusza zostanie podjęta już półtora roku później, jesienią 1948 roku, przy okazji zmiany francuskiego ambasadora w Watykanie. Jest to akurat moment, gdy biskup Angelo proponuje dwie bardzo niefortunne kandydatury. Najpierw chodzi o prestiżowe stanowisko rektora francuskiej parafii św. Ludwika w Rzymie. Wskazany przez niego i już zatwierdzony przez Stolicę Świętą prałat znalazł się właśnie w ogromnych tarapatach... z powodu malwersacji na giełdzie. Nowy ambasador Wladimir d'Ormesson jest tym przerażony i proponuje natychmiast innego kandydata. Podsekretarz stanu Montini przychyla się do tego stanowiska i przekonuje także samego papieża, ale ten chce równocześnie uchronić swego nuncjusza przed utratą twarzy i żąda, aby pierwszy kandydat otrzymał jakąś inną nominację. Tymczasem nikt nie wie, jak z tej patowej sytuacji wybrnąć i znów całe odium spada na Roncallego. Ten zaś jest tym wszystkim ogromnie przygnębiony, pisze długi raport z wyjaśnieniami, po czym notuje w swym dzienniku służbowym: Bolesne jest stwierdzenie gorliwości, z jaką duchowni oddają się sprawom, które do nich nie należą. Wyjaśnia to niektóre wielkie błędy i bolączki Francji z przeszłości.

Tardinim, a ten przyrzeka mu ponowną interwencję u Piusa XII. Potem wylewa swe żale na nieszczęsnego nuncjusza, który "zawsze proponuje jedynie przeciętność". Ambasador natychmiast dorzuca, że "to u niego jest niemal zasadą; podczas gdy francuski kler ma przecież tak znakomite zasoby, Roncalli wydaje się wychwytywać jedynie przeciętniutkich kandydatów". Na to Tardini, z przekąsem: "Nie wiem, jak się o nich dowiaduje, ale jego informacje są z pewnością złe".

Z punktu widzenia biskupa Angela sprawy te wyglądają jednak zupełnie inaczej. Już na początku swej działalności w Paryżu pisze do znajomego biskupa w Turcji, że "celem jego misji jest danie Francji dobrych i świętych biskupów zajętych jedynie uświęcaniem dusz i nietroszczących się o politykę". Szuka ich nie w stolicy i nie na światowych salonach, ale często właśnie na głębokiej prowincji, której paryskie elity - także i te kościelne - nie rozumieją i nie doceniają. Chce gorąco i szczerze zrozumieć także samą Francję, poczuć jej ducha oraz najgłębsze aspiracje, bo wie, że tylko w ten sposób może jej pomóc. Często o niej myśli i potem zdobywa się na następującą refleksję: Im dłużej pozostaję we Francji, tym większy podziw budzi we mnie ten wielki kraj i coraz serdeczniejszą miłością obdarzam bardzo szlachetny lud Galów. Dostrzegam jednak w moim sumieniu pewien kontrast, który czasem przeradza się nawet w skrupuł, między pochwałą, tak chętnie przeze mnie przyznawaną tym dzielnym i drogim katolikom Francji, a obowiązkiem, wynikającym z mego urzędu, by nie pokrywać komplementami i nie taić, z obawy urażenia kogokolwiek, braków i rzeczywistego stanu tej pierworodnej córy Kościoła, gdy chodzi o praktyki religijne, o nierozwiązaną kwestię społeczną, brak kleru, szerzenie się laicyzmu i komunizmu (DzD, s. 293; 825).

Dla biskupa Angela Francja jest wielką zagadką i miejscem niewyobrażalnych kontrastów duchowych, gdzie wielka wiara graniczy często z ateizmem i gdzie wyrafinowana kultura, dająca Francuzom poczucie wyższości w stosunku do innych narodów, niekoniecznie prowadzi do Boga. Po siedmiu latach swego posługiwania w Paryżu zauważy: Dużo wyrozumiałości i szacunku dla Francuzów, [...] wysokich zalet duchowych tego narodu i gorliwości katolików, niezależnie od kierunków, jakie reprezentują. Równocześnie odsłaniają się przede mną ich błędy i wybujałości. To mi nakazuje wielką ostrożność w wypowiedziach słownych. Wolno mi osądzać, lecz muszę wystrzegać się krytyki, choćby delikatnej i uśmiechniętej, aby nie ranić ich wrażliwości (DzD, s. 303; 848).

Robiąc tak częste eskapady, wiele czasu spędza poza swoją nuncjaturą i zdarza mu się niekiedy zaniedbywać swe urzędowe obowiązki, których istotą jest stałe czuwanie i przewidywanie, co też się święci w różnych gabinetach, salonach i pałacach. Jego przełożeni oczekują, że właśnie tam będzie nieustannie dbać o interesy Kościoła i często upominają go z powodu jego absencji w Paryżu. Potem jednak nawet oni spostrzegą, że ten "nadzwyczajny", bo tak nietypowy nuncjusz przysyła im bardzo użyteczne i kompletne informacje, których żaden inny zwyczajny legat nie potrafiłby dostarczyć. Aby uzupełnić jego braki w zawodzie dyplomaty, posyła mu się zatem często z Kurii coraz to nowych sekretarzy, którzy wspomagają go swymi umiejętnościami.

Biskup Angelo trwa zatem na posterunku i bierze teraz przykład z dewizy widniejącej w herbie Paryża: Fluctuat nec mergitur ("Miotają nim fale, ale nie tonie"). Mieszka w luksusowym pałacu, ma do swej dyspozycji kilka samochodów, jego obecne uposażenie jest tak zadowalające, iż może teraz naprawdę skutecznie wspomagać swoją rodzinę, otoczony jest wianuszkiem sekretarzy i pomocników, uczestniczy w światowym życiu - ale wcale nie czuje się z tym dobrze. Zwierza się swej bratanicy Annie, która właśnie wstąpiła do zakonu: Moje posługiwanie w Paryżu wymaga [podejmowania] wielkich odpowiedzialności i starań. Zazwyczaj towarzyszą mu liczne troski. A jednak widzę, że aż do tej pory Pan wciąż traktuje mnie pieszczotliwie. Lecz jestem gotów na wszystko. Nie ma dzieł Pańskich bez fundamentu ofiary. Być może Panu wystarcza codzienna ofiara mej woli, do której jestem przyzwyczajony od lat, [to jest] odkąd przekonałem się, że jestem właściwie niczym, a Pan czyni wszystko, i [odkąd] pozostaję gotowy na każde wyrzeczenie [dokonało się to w czasie rekolekcji w grudniu 1902 roku]. To przyzwyczajenie jest ofiarą i jakby codziennie noszoną włosiennicą. Lecz widząc to, Pan traktuje [mnie] dobrze (LdR 480).

>> Jan XXIII - wypróbowany święty

Jan XXIII całe życie był zupełnie normalnym człowiekiem, pochodził z przeciętnej rodziny, prowadził zwykłe życie kapłana i biskupa, w którym jednak musiał czasem rozwiązywać trudne, choć skądinąd całkiem prozaiczne problemy. Nie spotkamy u niego mistycznych przeżyć, nie był cudotwórcą, nie spędzał długich godzin w konfesjonale i nie miał stygmatów, nie nawrócił w swym życiu setek tysięcy pogan, ateistów i innowierców, wreszcie nie zginął męczeńską śmiercią, lecz umarł we własnym łóżku.

A i teraz wielu z przekąsem zauważa, że cudami też się specjalnie nie popisał, skoro papież Franciszek zwolnił go z tego wymogu w trakcie procesu kanonizacji. A zatem po co nam taki święty? I skąd się nagle wzięło aż tylu ludzi żywiących do niego tak głęboką cześć, że Kościół zdecydował się obdarzyć go chwałą ołtarzy?...

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Misja nie do spełnienia
Komentarze (0)

Skomentuj artykuł

Misja nie do spełnienia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.