Oddać się cały, by doświadczyć nadobfitości
Dzisiejsza Ewangelia przynosi historię, którą być może znamy na pamięć, więc istnieje ryzyko, że przejdziemy obok niej, myśląc, że już niczego nowego nie wniesie do naszego życia. Widzimy Jezusa na pustkowiu, wokół Niego wielotysięczny tłum, a w dłoniach uczniów zaledwie pięć chlebów i dwie ryby. I nagle dzieje się coś nieprawdopodobnego: z tego „niewiele” powstaje uczta dla „pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci” (Mt 14, 21).
Kiedy o tym słyszymy, może ogarnąć nas fascynacja skalą cudu. Bo przecież „na chłopski rozum” to wszystko się nie klei. Zdaje się, że uczniowie reagują lekką paniką, gdy słyszą od Jezusa: „Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!” (Mt 14, 16). Jak to? Z czym do ludzi? Z tymi pięcioma chlebami i dwiema rybami? Jezus nie przychodzi jednak na świat po to, żeby robić spektakularne sztuczki, a potem zbierać brawa. Ewangelia to nie teatr ani pokaz magii, gdzie widownia patrzy z zachwytem i szaleje, by później zwyczajnie wrócić do codziennych spraw. To jest Słowo Życia. A to oznacza, że to wydarzenie ma treść, która ma dotknąć najgłębszych miejsc w naszym sercu. Żeby jednak ją odkryć, musimy najpierw zejść trochę niżej, pod warstwę wierzchnią tego, o czym czytamy.
Popatrzmy najpierw na Stary Testament. Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu woła do ludzi zmęczonych i głodnych sensu: „Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci?” (Iz 55, 1-2). To do nas i o nas. Harujemy od rana do nocy na rzeczy, które obiecują nam szczęście, a ostatecznie zostawiają w sercu niedostatek i poczucie nienapełnienia. Karmimy się substytutami, kupując „chleb”, który nie daje siły. Tymczasem Bóg zaprasza nas do prawdziwie głębokiej relacji, do wejścia w którą zachęcić mają nas również słowa psalmu: „Oczy wszystkich zwracają się ku Tobie, a Ty ich karmisz we właściwym czasie. Ty otwierasz swą rękę i karmisz do syta wszystko, co żyje” (Ps 145, 15-16).
I tu dochodzimy do samego rdzenia tekstu dzisiejszej Ewangelii. Co tak naprawdę oznacza te pięć chlebów i dwie ryby? Najstarsi egzegeci, Ojcowie Kościoła, nie widzieli w tym tylko posiłku, który „pączkował” w dłoniach Jezusa. Widzieli w nich głęboką – genialną! – symbolikę. Najpierw prosta matematyka biblijna: pięć plus dwa daje siedem, a „siódemka” to symbol pełni, całości i skończonego dzieła. Ojcowie Kościoła zauważyli, że te pięć chlebów to symbol naszych pięciu zmysłów – wzroku, słuchu, dotyku, smaku i węchu – czyli całej naszej cielesności, tego wszystkiego, czym dotykamy świata materialnego. Z kolei dwie ryby oznaczają dwie wyższe władze duszy: rozum i wolną wolę. Zestawienie pięciu chlebów i dwóch ryb daje liczbę siedem – a więc obraz całego człowieka, kompletnego, z ciałem i duszą. I to podejście całkowicie zmienia perspektywę, gdyż cud rozmnożenia chleba przestaje być tylko anegdotą z wydarzeń, które miały miejsce Galilei, a staje się przejmującym wezwaniem, by przynieść Bogu całego siebie. Nie przychodźmy do niego na pół gwizdka. Nie oddawajmy mu tylko jednej niedzielnej godziny na Mszę świętą, bo tak trzeba, zostawiając resztę tygodnia dla siebie. Bóg chce moich zmysłów i władz duszy. Chce moich oczu, moich rąk, mojego zmęczenia, ale też pytań poszukującego prawdy rozumu i dylematu trudnych decyzji.
Kiedy oddam Chrystusowi moje „pięć i dwa”, dopiero wtedy w moim życiu zaczyna działać Boża logika obfitości. Ludzie na pustkowiu przynieśli to, co mieli, choć wydawało się to śmiesznie małe. Jezus wziął to ich „niewiele”, odmówił błogosławieństwo i zredefiniował całą sytuację. Okazało się, że nie muszą szukać jedzenia na własną rękę, bo Pan zatroszczył się o wszystko. Doświadczyli nie tylko zaspokojenia głodu, ale nadobfitości Bożej łaski. Warto zauważyć jednak, że doświadczenie obfitości wymaga odwagi pierwszego kroku ze strony człowieka. Muszę wypuścić z rąk te moje pięć chlebów i dwie ryby. A tymczasem my boimy się, że jak oddamy nasze zasoby Bogu, zostaniemy z niczym. A On mówi: „Daj Mi to, co masz – twoje ograniczone zmysły, twój niepojętny niekiedy rozum, twoją chwiejną wolę – a Ja zrobię z tego ucztę, jakiej się nie spodziewasz”.
To sprowadza nas do drugiego wymiaru opowieści. Pięć chlebów i dwie ryby to przecież czytelny obraz Eucharystii. Jak przeżywam Mszę świętą? Czy nie łapię się niekiedy na tym, że stała się dla mnie bezdusznym rytuałem? Wchodzę do ławki, czekam na pierwszy dzwonek, a potem wstaję, siadam, śpiewam, przyjmuję Komunię i wychodzę – i… nic się we mnie nie zmienia… Tymczasem Eucharystia to nie jest teatr jednego aktora (księdza), który „coś tam” robi przy ołtarzu. To jest żywe spotkanie, w które musi być zaangażowany cały człowiek. Mam przeżywać Eucharystię wszystkimi zmysłami: słuchać Słowa, smakować Ciała, patrzeć na znaki i czuć wspólnotę. Ale to za mało, jeśli nie dołożę do tego rozumu i wolnej woli. Mam wysilić swój intelekt, żeby zgłębiać to misterium, w którym biorę udział, i świadomie wybrać Chrystusa jako mój Chleb na drogę do wieczności. Kiedy zaangażuję w przeżywanie liturgii całe moje „pięć i dwa”, zobaczę w niej kiedyś wreszcie gigantyczną wartość, odkrywając, że to pokarm, który daje prawdziwe życie.
I co się wtedy dzieje? Ewangelista zapisuje: „Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków” (Mt 14, 20). Liczba „dwanaście” przypomina nam o misji. Łaska, którą otrzymujemy w Eucharystii, nigdy nie jest tylko do prywatnego skonsumowania, lecz ma z nas przelewać się na innych. Te dwanaście koszów to zapas radości, z którym wychodzę ze spotkania z Panem w Mszy świętej do ludzi, z którymi w mojej codzienności mam się tym po prostu dzielić. Ale pójdźmy jeszcze głębiej. Te pięć chlebów i dwie ryby to także obraz samego Jezusa Chrystusa. On, Syn Boży, stał się w pełni człowiekiem, przyjmując nasze ludzkie zmysły, ludzki rozum i ludzką wolę. Zjednoczył w sobie całą naszą ludzką słabość i uczynił z niej dar dla Ojca. On sam wystarczył, aby nakarmić cały świat swoim Ciałem. Zgodził się być połamany i rozdany, żebyśmy nie pomarli z głodu na pustkowiu naszych grzechów.
Skoro Bóg dał nam aż tak wiele, skoro oddał nam całego siebie w Synu, to jakie przeszkody mogą nas od Niego odciągnąć? Paweł Apostoł w drugim czytaniu stawia mocne pytanie: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?” (Rz 8, 35). Życie potrafi nas poturbować, a chrześcijańska droga nie jest usłana różami, bo czasem trzeba iść pod prąd: „Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował” (Rz 8,37). Nie bójmy się więc przynieść Jezusowi naszych pięciu chlebów i dwóch ryb. Nawet jeśli czuję, że moje zmysły są zmęczone, rozum pełen wątpliwości, a wolna wola słaba – jemu to wystarczy. Bo on szuka jedynie mojej zgody na to, by mógł mnie nakarmić, a moje „niewiele” zamienić w nadobfitość.
Skomentuj artykuł