Patrzeć nie tylko na siebie, lecz na Ojca i Jego dzieci

Fot. Depositphotos

Ktoś prosi mnie o pomoc, a ja odpowiadam szybko, prawie odruchowo: „Jasne, zrobię to”. I szczerze w tym momencie tak myślę. A potem mija dzień, mija tydzień… i okazuje się, że to „zrobię” było tylko słowem rzuconym na wiatr, bo znalazły się ważniejsze sprawy – moje sprawy. Czasami jednak zachowuję się dokładnie odwrotnie: najpierw warczę, że nie mam czasu, że nie dam rady, że to nie moje zmartwienie, a potem – po namyśle, na chłodno – po prostu to robię. Jezus w dzisiejszej Ewangelii stawia przed nami właśnie takie dwie postawy i pyta: „Co myślicie?” (Mt 21,28).

Pewien człowiek miał dwóch synów. Pierwszemu każe iść pracować w winnicy: „«Idę, panie!», lecz nie poszedł” (Mt 21,29). Drugiemu każe to samo: „«Nie chcę». Później jednak opamiętał się i poszedł” (Mt 21,30). To krótkie stwierdzenie – „opamiętał się” – jest kluczem do dzisiejszej liturgii słowa. Ten sam odruch serca pojawia się w pierwszym czytaniu, gdy Bóg przez proroka Ezechiela mówi o człowieku, który odstąpił od zła: „Zastanowił się i odstąpił od wszystkich swoich grzechów, które popełniał, i dlatego na pewno żyć będzie, a nie umrze” (Ez 18,28). Wcześniej lud zarzuca Bogu: „Sposób postępowania Pana nie jest słuszny” (Ez 18,25) – a przecież to nie Boże drogi są niewłaściwe, tylko nasze uparte trzymanie się własnej „odmiany” sprawiedliwości. Nawrócenie nie zaczyna się od pięknej deklaracji, lecz od uczciwego, niekiedy bardzo bolesnego, zatrzymania się nad sobą.

Pierwszy z synów nie kłamał złośliwie. On naprawdę w chwili wypowiadania deklaracji chciał iść pracować w winnicy. Problem w tym, że jego „idę” było jedynie tym, co wypadało powiedzieć, a potem spokojnie wrócił do swoich spraw. Drugi syn był, można by powiedzieć, niegrzeczny czy wręcz bezczelny – ale przynajmniej szczery. Powiedział głośno to, co naprawdę czuł: że nie ma ochoty. I ta szczerość otworzyła mu drogę do zmiany. Gdyby udawał entuzjazm, którego nie miał, pewnie nigdy nie zauważyłby, że coś w nim domaga się nawrócenia. Czasem trzeba najpierw powiedzieć uczciwie „nie chcę”, żeby w ogóle zacząć drogę do prawdziwego „idę”. Ta chwila szczerości wobec samego siebie wystarczyła, żeby odkryć coś, czego pierwszy syn, zajęty podtrzymywaniem dobrego wrażenia, nie miał szansy zobaczyć: że praca w winnicy ojca wcale nie jest karą, tylko przywilejem.

DEON.PL POLECA


Skąd bierze się to puste „idę, panie”? Zdaje się, że Paweł Apostoł w Liście do Filipian zostawia nam wskazówkę, która pozwala to lepiej zrozumieć: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich” (Flp 2,4). Wcześniej zachęca, żeby żyć „w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie” (Flp 2,3). To bardzo niewygodne słowa dla świata, w którym żyjemy. Paweł jednak nie każe nam przestać troszczyć się o siebie. Przypomina zaś, że obok żyje ktoś, czyje potrzeby są równie prawdziwe jak moje. Kiedy słucham o miłości bliźniego, mogę zacząć analizować, ile ona będzie mnie kosztować. Mogę też pomyśleć o człowieku, który na tę miłość czeka. Dziś łatwiej o poradnik, jak stawiać granice i dbać o siebie, niż o zachętę, żeby patrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Wszystko dookoła podpowiada nam, żeby najpierw zadbać o „swoich”, wywalczyć „swoje” i obronić „swoje” – a im dalej od kręgu tego, co „nasze”, tym mniej jest to nasza sprawa i tym mniej powinniśmy się tym interesować. Tymczasem miłość bliźniego niemal zawsze oznacza rezygnację z czegoś, co nazywamy „swoim” – z czasu, z wygody, z racji, z pierwszeństwa. Egoizm i miłość nie mieszczą się w tym samym sercu naraz. Kiedy rośnie jedno, drugie musi ustąpić miejsca.

Dlatego Paweł Apostoł nie poprzestaje na apelu, tylko pokazuje wzór: „To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On to, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi” (Flp 2,5-7). Jezus nie zadeklarował miłości do człowieka – On ją przeżył aż do końca, aż do wyzucia się ze wszystkiego. To jest miara, do której mam dążyć: żeby moje „ogołocenie” z egoizmu nie było tylko ładnym słowem, ale realną rezygnacją z tego, co moje, na rzecz drugiego człowieka. Naśladować Chrystusa to uczyć się takiego dawania siebie, w którym dobro drugiego staje się także moją sprawą.

I tu wróćmy do przypowieści. Pełnienie woli Boga to nic innego jak codzienna, konkretna praca w winnicy – praca, którą łatwo zadeklarować, a dużo trudniej wykonać. Można przecież znać przykazania, a nawet bronić ich w dyskusjach i szczerze uważać się za wierzącego, omijając jednocześnie człowieka, wobec którego trzeba by te przykazania zastosować. Praca w winnicy zaczyna się tam, gdzie moja wiara wymaga konkretnej decyzji. Kiedy jednak patrzę na Boże przykazania i widzę w nich tylko to, ile mnie to kosztuje, ile wysiłku muszę włożyć oraz jak bardzo jest to niewygodne i trudne – to znaczy, że wciąż widzę tylko siebie. Swój trud, swoje poświęcenie, swoje racje. I zostaję dokładnie tam, gdzie pierwszy syn: przy pięknej deklaracji, która nie sprawiła jednak, że rozpoczął pracę w winnicy.

Ojciec z przypowieści zwraca się do syna: „Dziecko” (zob. Mt 21,28). Zanim pojawia się zadanie, jest więź. Jeśli więc w przykazaniach zobaczę nie siebie, lecz Ojca, który naprawdę chce mojego zbawienia i mojego szczęścia, wtedy wysiłek życia według nich nabiera sensu. Przestaje być sztuką dla sztuki, a staje się drogą, na której można wzrastać. Nieprzypadkowo w refrenie dzisiejszego psalmu powtarzamy: „Wspomnij, o Panie, na swe miłosierdzie” – bo dopiero gdy pamiętam, że w winnicy czeka na mnie miłosierny Ojciec, a nie surowy nadzorca, trud pracy przestaje być dla mnie karą, a staje się szansą.

Jezus podsumowuje tę przypowieść słowami, które musiały zabrzmieć jak policzek dla słuchających Go arcykapłanów: „Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21,31). Nie dlatego, że ich grzech był mniejszy, ale dlatego, że oni – w przeciwieństwie do ówczesnych religijnych elit – potrafili uczciwie przyznać, że potrzebują nawrócenia. Jezusowe ostrzeżenie dotyczy także każdego tych chrześcijan, którzy latami przychodzą do kościoła i uważają, że samo „bycie” wystarcza i że nie trzeba codziennej decyzji „pójścia” do pracy w winnicy Pana.

Dzisiejsza liturgia słowa ma nas więc doprowadzić do pytania, które warto sobie bardzo uczciwie zadać: czy moje „tak” dla Boga jest świadomą decyzją, za którą chcę pójść w codzienności, czy tylko ładnie brzmiącą deklaracją? Tylko uczciwość wobec Boga i siebie samego może człowiekowi otworzyć drogę do prawdziwego nawrócenia.

Mateusz Tarczyński

DEON.PL POLECA


Prezbiter archidiecezji gdańskiej, pracujący na co dzień w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Patrzeć nie tylko na siebie, lecz na Ojca i Jego dzieci
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.