Zamiast wakacyjnej pocztówki – codzienność uchodźców. Wolontariusze Domów Serca w Atenach
Słoneczna Grecja to dla wielu cel podróży, ale dla uchodźców – trudne schronienie. Wolontariusze Domów Serca w Atenach rezygnują z wakacyjnych widoków na rzecz obecności przy potrzebujących. Realizując papieskie orędzie, tworzą przestrzeń beztroski dzieciom i budują z rodzinami trwałe relacje. Czym w praktyce jest hasło „Nawet jedno z tych dzieci”? W Atenach wolontariusze Domów Serca odpowiadają na nie codzienną obecnością. Organizują obozy wakacyjne dla dzieci migrantów i towarzyszą dorosłym w odbudowywaniu życia, zamieniając bezduszne statystyki uchodźcze w proste, pełne nadziei relacje.
- Drugie oblicze Grecji: Spotkanie z migrantami i uchodźcami
- Lato 2026: Zwyczajna beztroska dla najmłodszych
- „Nawet jedno z tych dzieci” – przywrócić utracone dzieciństwo
- Historia Florence: Relacja, która trwa dłużej niż jedna misja
- Sens Domów Serca: Twarze zamiast statystyk i misja na całym świecie
Wolontariusze Domów Serca wśród migrantów i uchodźców w Atenach
Słoneczna Grecja każdego sezonu zaprasza turystów z całego świata. „Zaprasza” też wolontariuszy Domów Serca, by odkryli zupełnie inne jej oblicze – nieobecne na wakacyjnych pocztówkach. W kraju kojarzonym z kolebką europejskiej cywilizacji, sztuką i wakacyjnym wypoczynkiem wolontariusze spotykają ludzi, dla których Grecja nie była celem podróży, lecz miejscem schronienia. Wśród podopiecznych i przyjaciół Fundacji jest wielu migrantów i uchodźców. Właśnie im chcemy poświęcić artykuł, rozważając tegoroczne hasło ogłoszone przez papieża Leona XIV na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy „Nawet jedno z tych dzieci”. Co ono znaczy i jak, może całkiem przypadkiem, jest realizowane przez wolontariuszy naszej Fundacji?
Osoby, które decydują się na misję z Domami Serca przyjeżdżają do Aten na kilkanaście miesięcy, aby zamieszkać wśród lokalnej społeczności i stopniowo poznać jej mieszkańców. O tych spotkaniach opowiadają w wysyłanych regularnie listach. Zapisane w nich historie pokazują sedno misji Domów Serca – obecność przy osobach potrzebujących, która z czasem przeradza się w bliskie, często wieloletnie relacje.
Ekipa obozy dla dziewczyn - fot. materiały nadesłaneLato 2026. „Nasze dzieci”
Jedną z wolontariuszek mieszkających dziś w Atenach jest Michalina. Tego lata wraz z pozostałymi wolontariuszami organizowała obozy dla dzieci związanych z Fundacją.
„Od ponad 10 lat przygotowujemy obozy dla dzieci w czasie wakacji. [...] Nasze dzieci to w szczególności dzieci migrantów i uchodźców z Kamerunu, Albanii, Pakistanu, Kenii, dzieci romskie... Historie ich rodzin są przeróżne. Nierzadko doświadczały przemocy, wychowują się bez ojca, mieszkają w bardzo ubogich warunkach. Rodzice albo tylko mama pracują często całymi dniami, żeby utrzymać rodzinę. W tym czasie dzieci chodzą po ulicach albo siedzą w telefonie. […] Na obóz w lipcu zabrałyśmy 12 chłopców. Bilal, siedmiolatek z pakistańskiej rodziny, przyszedł, kulejąc, z ok. 10-centymetrową raną na kostce. Nie zrozumiałam, jak sobie ją zrobił, ale była to dobra okazja, żeby codziennie mieć chwilę dla siebie. Nasze dzieci bardzo tęsknią za tym, żeby spędzić z nimi czas jeden na jeden. Nasz codzienny wieczorny rytuał zaczynał się od mycia nóg w łazience, dezynfekcji i opatrywania rany, a na końcu siedziałam u chłopców w pokoju i kładłam ich spać.”
Ideą obozów jest stworzenie dzieciom przestrzeni do odpoczynku i beztroski, której często brakuje im na co dzień. Przez kilka dni mogą wyrwać się ze swojej codzienności, spędzić czas blisko natury i plaży, a przede wszystkim być razem – bawić się, wspólnie jeść, modlić się i doświadczać zwyczajnej dziecięcej radości. „Codziennie braliśmy udział we Mszy świętej i odmawialiśmy różaniec. Mieliśmy zasadę, że każdy posiłek zaczynamy i kończymy razem. Któregoś dnia ktoś z zespołu wolontariuszy narzekał, jak trudno jest utrzymać dzieci w tym czasie przy stole. Uświadomiłam sobie wtedy, że te dzieci nie siedzą wspólnie z rodziną przy stole w czasie posiłków, bo niektórzy z nich nawet nie mają w domu stołu. Jakim wyzwaniem był dla nich ten obóz! Na przykład czteroletni Stan z naszej zaprzyjaźnionej romskiej rodziny, pierwszą rzecz, jaką robił, wchodząc na plażę, było przeszukiwanie śmietników. Wiecie, najpierw praca, potem przyjemności... Albo Mira, zapytana, co najbardziej podobało jej się na obozie, powiedziała, że ma tutaj wszystko, czego nie ma w normalnym życiu. Jestem dumna i wzruszona, że nasze dzieciaki pozwoliły sobie na tę beztroskę, bo to też wyraz zaufania do nas.”
„Nawet jedno z tych dzieci” kieruje uwagę właśnie na tych najmłodszych, których dzieciństwo zostało naznaczone doświadczeniami dorosłego świata. Kilka dni obozu nie zmieni ich sytuacji rodzinnej czy materialnej, może jednak oddać im coś bardzo prostego – kawałek zwyczajnego dzieciństwa, które potrzebuje swoich praw: bezpieczeństwa, beztroski, zabawy i zwyczajnej codzienności. Przytoczone fragmenty pochodzą z listu z 2026 roku. Ale wystarczy cofnąć się o kilka lat, żeby w listach innych wolontariuszy odnaleźć podobne historie. A czasem – dokładnie te same osoby.
Florence z wizytą w Domu Serca - fot. materiały nadesłaneFlorence – historia, która trwa dłużej niż jedna misja
Przyjaciółką Domu Serca jest Florence z Konga. Choć to jej historia znajduje się w centrum tej opowieści, doświadczenie uchodźstwa dotknęło całą jej rodzinę – także dzieci. Dwie córki straciły życie, dwie pozostały w Kongo pod opieką babci, a syn, który uciekł razem z matką, po dotarciu do Grecji został z nią rozdzielony i trafił do obozu dla uchodźców. Historię Florence znamy z listów wolontariuszy – Sławka z 2019 roku i Karoliny z 2021. Dzięki ich relacjom możemy zobaczyć nie tylko dramatyczną drogę jednej rodziny do Europy, ale też to, jak jej losy toczyły się przez kolejne lata.
„Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co czuje matka i żona, która widzi, jak zabijają jej najbliższych. Stracili życie tylko dlatego, że byli w kościele na mszy. Podziwiam ją za to, że mimo tej tragedii wciąż ufa Bogu, praktycznie codziennie jest na mszy. Cały ból oddaje Jemu i z nadzieją trwa w wierze.” – pisze w liście Sławek. Florence kilka lat wcześniej, w czasie świąt Bożego Narodzenia, poszła wraz z mężem i dziećmi na Mszę. Podczas ataku na kościół na jej oczach zamordowano męża i dwie córki. Sławek opisywał dalszy ciąg jej historii: „Żołnierze uwięzili Florence i robili z nią okropne rzeczy. Była zamknięta w więzieniu i torturowana, tylko dlatego że aktywnie działała w kościele katolickim, którego hierarchowie nie wspierają obecnego rządu Konga.” Udało jej się stamtąd uciec, ale musiała opuścić kraj. Wraz z synem uciekli do Grecji „Gdy płynęli do Grecji, rozbił się ich statek. Wiele osób się utopiło. Im jednak udało się dopłynąć do wybrzeża Turcji. Zrozpaczona kobieta zdecydowała się mimo strachu wsiąść ponownie na inną łódź. Nie miała nic do stracenia oprócz życia. Tym razem dopłynęła do Grecji.” Dotarcie do Grecji nie oznaczało jednak, że rodzina znów będzie razem, bo „rozdzielili ją z synem, którego umieszczono w oddalonym ok. dwie godziny od Aten ośrodku dla uchodźców. Samotna i zrozpaczona kobieta szła przed siebie. Przeszła kilkanaście kilometrów i trafiła do kościoła św. Teresy. Tam poznała ludzi z mojej wspólnoty i od tej pory staramy się jej pomagać.”
Tak Florence znalazła się wśród przyjaciół Domu Serca. Minęły dwa lata. Sławek zakończył swoją misję, a do Aten przyjechali kolejni wolontariusze. W 2021 roku o Florence pisze Karolina. Jej list rozpoczyna tę historię zupełnie inaczej – nie od słowa „uchodźczyni”, ale od relacji: „Florence to nasza przyjaciółka, która pochodzi z Konga. [...] Zawsze wita nas z otwartymi ramionami i wielkim uśmiechem na twarzy. Mówi, iż jesteśmy dla niej jak rodzina, którą częściowo straciła oraz która pozostała daleko w Afryce. […] W ostatnim czasie ogromną radością było dla nich to, że (jej dwie córki, które zostały z babcią w Afryce) mogły pójść do szkoły, tak jak inne dzieci. A to wszystko dzięki pomocy Domów Serca, za pośrednictwem których udało się znaleźć pracę dla Florence i dzięki temu opłacić edukację dzieci w Afryce.”
Historia Florence pokazuje, że doświadczenie uchodźstwa nie kończy się wraz z dotarciem do bezpieczniejszego kraju. Bolesna przeszłość, rozdzielenie z rodziną i próba zbudowania życia od nowa mogą trwać latami. I właśnie dlatego działalność Domu Serca trudno opisać jako serię pojedynczych akcji pomocowych. Wolontariusze chcą być obecni – bez gotowych propozycji i łatwych pocieszeń – także wtedy, gdy problemu nie da się po prostu rozwiązać. Dlatego tak ważne jest, aby rozpowszechniać nasz charyzmat i trafić, do tych którzy chcą bardziej poznać twarze niż liczby, historie konkretnej rodziny niż skalę zjawiska, realne wyzwania niż statystyki. A to wszystko wydarza się w prostym towarzyszeniu, a nie w skomplikowanych projektach.
W tym artykule zatrzymaliśmy się przy doświadczeniu migracji i uchodźstwa w Grecji, ale każda placówka partnerska Domów Serca ma inne tło. W Brazylii są to m.in. odwiedziny kobiet w więzieniu, w Senegalu – spotkania z osobami pracującymi na wysypisku śmieci, a w Indiach – towarzyszenie osobom doświadczającym ubóstwa i wykluczenia. Zmieniają się kraje, języki i ludzkie historie, ale sens pozostaje ten sam – być blisko człowieka, który tego potrzebuje. Za kilka miesięcy część obecnych wolontariuszy wróci do swoich domów, a na ich miejsce przyjadą kolejni. Zastaną znajome już Domom Serca twarze, usłyszą historie rozpoczęte na długo przed ich przyjazdem i zaczną poznawać nowe. Tak od lat trwa ta misja. Dla tych, którzy zastanawiają się, czy kiedyś do niej dołączyć, początkiem tej drogi może być formacja Domów Serca – czas, by poznać nasz charyzmat i sposób działania, a przede wszystkim rozeznać własną gotowość do wyjazdu.
Szczegóły na domyserca.pl


Skomentuj artykuł