Przebaczając, zyskuję siebie
Przebaczenie brzmi pięknie, dopóki nie trzeba przebaczyć naprawdę. Dopóki mówimy o nim ogólnie, łatwo się zgodzić, że chrześcijanin powinien być miłosierny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przed oczami staje konkretna twarz, kiedy mierzymy się z konkretnym raniącym słowem czy z konkretną krzywdą. Kiedy przypominamy sobie coś, co ktoś powiedział lub zrobił pięć lat temu, i nadal na samo wspomnienie rośnie nam ciśnienie. Kiedy nie potrafimy się odezwać, bo „to on powinien pierwszy”. Kiedy karzemy kogoś ciszą, chłodem albo obojętnością za rzeczy, które po kilku dniach trudno już nawet sensownie opowiedzieć.
Piotr pyta Jezusa: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?” (Mt 18,21). Piotr właściwie pyta: gdzie jest granica? Ile razy mam jeszcze ustąpić? Kiedy wreszcie mogę powiedzieć: dosyć, teraz mam prawo się obrazić? Jezus odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18,22). Nie chodzi o prowadzenie rachunku do siedemdziesięciu siedmiu. Chodzi o to, żeby rachunek w ogóle przestać prowadzić.
Mistrz z Nazaretu rozwija swoją myśl, opowiadając przypowieść zbudowaną na ogromnym kontraście. Jeden sługa jest winien królowi dziesięć tysięcy talentów, drugi swojemu współsłudze sto denarów. Jeden talent odpowiadał mniej więcej sześciu tysiącom denarów, a denar był zapłatą za dzień pracy. Dziesięć tysięcy talentów to więc około sześćdziesięciu milionów dniówek. Sto denarów to sto dniówek. Pierwszy dług jest sześćset tysięcy razy większy od drugiego. Jezus celowo przesadza, bo chce, żebyśmy poczuli absurd tej sytuacji – człowiek, któremu darowano dług właściwie niemożliwy do spłacenia, wychodzi od swojego pana i natychmiast zaczyna dusić kogoś, kto jest mu winien nieporównywalnie mniej. To jest mocny obraz nas samych. Niejednokrotnie jest przecież tak, że bardzo dobrze pamiętamy sto denarów, które ktoś jest winien nam, a znacznie gorzej dziesięć tysięcy talentów darowanych nam przez Boga. Dlatego Syrach mówi: „Odpuść przewinę bliźniemu (…)” (Syr 28,2). Psalmista natomiast dopowiada, ukazując skalę Bożego Miłosierdzia: „Jak odległy jest wschód od zachodu, tak daleko odsuwa od nas nasze winy” (Ps 103,12).
I tu dochodzimy do słów o przebaczeniu, które wypowiadamy niezwykle często: „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Można powiedzieć te słowa bez większego namysłu. Ale jak się nad nimi zatrzymać, to stwierdzamy, że są bardzo konkretne. Prosimy przecież Boga, żeby potraktował nas tak, jak my traktujemy tych, którzy wobec nas zawinili. To powinno niepokoić. Zwłaszcza wtedy, kiedy nosimy w sobie listę cudzych przewinień i od czasu do czasu robimy jej dokładny przegląd. Nasuwa się jednak zasadnicze pytanie: dlaczego tak trudno jest przebaczyć? Bo mamy wrażenie, że przebaczenie oznacza stratę. Jeśli przebaczę, to tak, jakbym przyznał, że nic się nie stało. Jakbym pozwolił komuś wygrać. Jakbym zrezygnował z własnej racji. Jakbym okazał się słaby. Tymczasem przebaczenie nie oznacza żadnej z tych rzeczy. Nie mówi, że zło było dobrem. Nie odbiera prawa do prawdy, sprawiedliwości ani granic. Nie oznacza też automatycznie pojednania. Do pojednania potrzeba dwóch osób. Do przebaczenia wystarczy jedna.
Może się zdarzyć, że po przebaczeniu relacja nie wróci do dawnego kształtu. Czasem wręcz nie powinna. Jeśli ktoś krzywdzi, manipuluje, stosuje przemoc albo konsekwentnie niszczy zaufanie, przebaczenie nie polega na ponownym wystawianiu się na krzywdę. Można komuś przebaczyć i jednocześnie powiedzieć: nie pozwolę ci więcej tak mnie traktować. Można przebaczyć i zachować dystans. Można też przebaczyć komuś, kto nie przeprosił, nie uznał swojej winy, a może nawet uważa, że żadnej winy nie ma. Przebaczenie nie jest uczuciem. Można przebaczyć i nadal czuć żal, smutek, a nawet gniew. Emocji nie da się wyłączyć jedną komendą. Chodzi raczej o decyzję, że nie będę karmił pragnienia odwetu, nie będę życzył drugiemu zła, nie będę budował swojego życia wokół rachunku krzywd. To ważne, bo czasem człowiek mówi: „Nie potrafię przebaczyć”, a tak naprawdę ma na myśli: „Nie przestało mnie boleć”. To nie jest to samo.
Warto też zauważyć, że w przypowieści pierwszy sługa wcale nie prosi o darowanie długu. Prosi tylko o cierpliwość: chce dostać więcej czasu. Król daje mu znacznie więcej, niż ten odważył się prosić – nie odracza spłaty, lecz anuluje cały dług. Miłosierdzie Boga wyprzedza nasze kalkulacje. My przychodzimy z planem spłaty, z obietnicą poprawy, z próbą wyjaśnienia siebie, a Bóg najpierw chce nas uwolnić. Problem zaczyna się wtedy, gdy przyjmujemy przebaczenie jak przywilej, a nie jak zobowiązanie do zmiany sposobu patrzenia na drugiego.
Co więc zyskuję, kiedy przebaczam? Zyskuję siebie. Odbieram krzywdzicielowi możliwość ciągłego zajmowania mojego serca i mojej głowy. Przestaję pozwalać, żeby wydarzenie z przeszłości codziennie na nowo decydowało o moim nastroju, reakcjach i relacjach. Nieprzebaczenie przywiązuje człowieka do krzywdy. Czasem sprawca dawno już o wszystkim zapomniał, a skrzywdzony nadal prowadzi z nim w myślach rozmowy, nadal odpowiada na stare zarzuty i nadal przeżywa ten sam gniew. Przebaczyć to nie znaczy zapomnieć. To znaczy przestać żyć wyłącznie tym, co się wydarzyło. Paweł Apostoł pisze: „I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14,8). To jest zmiana perspektywy. Jeśli życie ziemskie jest wszystkim, wtedy każda przegrana boli podwójnie. Muszę mieć ostatnie słowo. Muszę udowodnić rację. Muszę odzyskać to, co mi zabrano. Muszę doczekać chwili, w której drugi przyzna, że miałem rację. Ale jeśli należę do Pana, wtedy nie wszystko muszę rozliczyć tutaj. Nie każdą sprawę muszę doprowadzić do satysfakcjonującego mnie finału. Mogę pewne rzeczy oddać Bogu. Syrach mówi: „Pamiętaj o rzeczach ostatecznych i przestań nienawidzić (…)” (Syr 28,6). Za sto lat nie będzie miało większego znaczenia, kto wygrał rodzinny spór o kilka gorzkich słów, kto pierwszy się odezwał, kto miał rację, a kto komu nie odpisał na wiadomość. Znaczenie będzie miało to, co te rzeczy zrobiły z naszym sercem. Czy uczyniły je bardziej podobnym do serca Boga, czy bardziej zamkniętym, twardym i skupionym na sobie.
Czy można jednak przebaczyć wszystko? Można. Nie znaczy to, że wszystko można przebaczyć łatwo. Są krzywdy, przy których samo wypowiedzenie słowa „przebaczam” może być początkiem drogi trwającej miesiące albo lata. Czasem potrzebna jest modlitwa, czasem rozmowa, czasem pomoc terapeuty, a niekiedy po prostu czas. Przebaczenie bywa decyzją, za którą emocje długo nie nadążają. I Bóg nie wymaga od człowieka udawania, że nie boli. Daje natomiast łaskę, żeby ból nie miał ostatniego słowa. Przebaczenie nie jest przegraną. Jest odzyskaniem wolności. Nie zmienia przeszłości, ale może zmienić przyszłość. Nie zawsze odbuduje relację, ale może odbudować i umocnić serce człowieka. A skoro sami żyjemy dzięki przebaczeniu Boga, trudno wyobrazić sobie bardziej chrześcijańską drogę niż uczenie się tego samego wobec innych: odpuszczać nie dlatego, że zło było małe, ale dlatego, że Boże Miłosierdzie jest większe.
Skomentuj artykuł