Słodkie i lekkie, bo celem jest wieczność
Niekiedy można się poczuć wycieńczonym tym, jak bardzo skomplikowany stał się nasz świat. Nie chodzi tylko o nadmiar codziennych obowiązków, o te setki wiadomości, powiadomień i spraw, które trzeba załatwić „na wczoraj”. Mam na myśli coś znacznie głębszego – zmęczenie ciągłą koniecznością dopasowywania się do narzuconych standardów, ciągłym wchodzeniem w role i noszeniem masek. Mamy być idealnymi pracownikami, świetnymi rodzicami, ludźmi sukcesu, którzy nigdy się nie potykają i nie okazują słabości. Niestety, niekiedy ten sam mechanizm przenosimy w sferę wiary. I wydaje nam się wtedy, że przed Bogiem też musimy stanąć w idealnie skrojonym garniturze naszych zasług, z naręczem pięknych deklaracji i nienaganną teologiczną poprawnością. Budujemy wówczas wokół siebie pobożną fasadę, za którą skrzętnie chowamy to, co w nas prawdziwe, kruche i bolesne.
Na to wszystko Chrystus wypowiada dziś słowa, które są manifestem prostoty: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11,25). Kim są owi mądrzy i roztropni? To ludzie, którzy wszystko wiedzą najlepiej, którzy zamknęli żywego Boga w ciasnym systemie swoich własnych pojęć, definicji i sztywnych przepisów. To ci wszyscy, którzy uważają, że zbawienie można sobie po prostu wydreptać, skrupulatnie odhaczając kolejne religijne obowiązki i czując się przez to lepszymi od innych. Z kolei prostaczkowie to nie ludzie naiwni, głupi czy niewykształceni. W biblijnym sensie to ci, którzy nie mają się za kim ani za czym schować. To ludzie, którzy stoją przed Bogiem w nagiej prawdzie i mają odwagę, by pokazać Mu swoje rany, swoje grzechy i ograniczenia, ale też swoje najgłębsze tęsknoty. Prostota to nic innego jak zgoda na to, by być sobą przed Tym, który nas stworzył i kocha miłością bezwarunkową. To świadoma rezygnacja z religijnego teatru na rzecz autentycznego spotkania. Kiedy zdejmujemy te wszystkie maski, zyskujemy niesamowitą wolność. Wiemy już dokładnie, co jest w nas słabe, a co piękne, i nie musimy tego przed nikim ukrywać.
Ta ewangeliczna prostota jest kluczem do wejścia w prawdziwie głęboką więź z Bogiem, ponieważ On sam jest niesamowicie pokorny. Prorok Zachariasz zapowiada przyjście obiecanego Mesjasza w sposób, który burzy ludzkie wyobrażenia o władzy, ziemskim sukcesie i potędze: „Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny - jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy” (Za 9,9). Król wszechświata nie wybiera bojowego rydwanu, lśniącej zbroi czy też dostojnego rumaka. Wybiera osiołka, czyli zwyczajne zwierzę robocze, symbol pokoju, cichości i codziennego trudu. Ta zdumiewająca pokora Boga najpełniej objawiła się w Jezusie Chrystusie – w Bogu, który stał się człowiekiem, przyjął ludzkie ograniczenia, przeżył nasz ból i zgodził się na śmierć.
My na co dzień możemy doświadczyć tej poruszającej pokory w bezgranicznym miłosierdziu Boga względem nas. On nigdy nie irytuje się naszym powolnym tempem wzrostu, szanuje naszą rozwojowość i nie skreśla nas, gdy po raz setny upadamy w tym samym bagnie grzechu, ale bez przerwy cierpliwie czeka, podnosi, oczyszcza i pozwala iść dalej: „Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy. Pan jest dobry dla wszystkich a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył” (Ps 145,8-9). Bóg zna doskonale naszą kruchą konstrukcję i wie, że potrzebujemy czasu, by powoli dorastać do prawdziwej miłości. I właśnie w tym kontekście słowa Chrystusa są blaskiem nadziei: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). Jezus doskonale widzi nasze głębokie zmęczenie. Widzi wyraźnie, jak bardzo jesteśmy dzisiaj przygnieceni, i to nie tylko trudami codziennego życia, ale często także zniekształconym, karykaturalnym obrazem religii, która zamiast dawać wolność i życie, staje się dla nas kolejnym nieznośnym ciężarem.
Istnieje bowiem potężne niebezpieczeństwo, przed warto przestrzec. Niektórzy ludzie, także wewnątrz wspólnoty Kościoła, chcieliby sprowadzić chrześcijaństwo do systemu ideologicznego. Chcieliby zamienić żywą wiarę w martwy zbiór bezdusznych przepisów, moralnych zakazów oraz nakazów, do których człowiek musi się bezwarunkowo dopasować. Próbują też niekiedy utożsamić wierność Ewangelii z wiernością zwyczajom, które niesłusznie podnoszą do rangi Tradycji (pisanej wielką literą). Kiedy religia staje się ideologią, to przekształca się w bezduszny system, w którym nie ma miejsca na człowieka, na jego osobisty dramat, na jego szczere poszukiwania i bolesne wątpliwości. Jeśli wymażemy z horyzontu naszego myślenia żywą relację z Chrystusem, a pozostawimy jedynie liturgiczne rubryki i moralny rygoryzm, zamęczymy samych siebie i wszystkich wokół, którzy w jakikolwiek sposób wymykają się przyjętym schematom.
Kościół nie jest przecież zapyziałym muzeum, w którym zabytkowe eksponaty stoją nieruchomo, pokrywając się kurzem. Kościół jest Mistycznym Ciałem Chrystusa, a to oznacza, że jest dynamicznym, żywym organizmem i jako taki cały czas się zmienia, rozwija i ewoluuje, odpowiadając na realne wyzwania kolejnych epok, zachowując jednocześnie tę samą tożsamość. Pokora Boga wyraża się w tym, że powierzył swoje dzieło ludziom i pozwala, by ta wspólnota niosła ze sobą dynamizm życia, a nie skansenową statyczność.
Dzisiaj słyszymy Dobrą Nowinę o tym, że wysiłek chrześcijańskiego życia, to całe niesienie ciężaru przykazań i wierności Ewangelii, ma głęboki sens. Jezus mówi wyraźnie: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,29-30). Jak to możliwe? Jarzmo Chrystusa niesie się zawsze we dwoje, bo Jezus wchodzi w nie razem z nami. Kiedy budujemy z Nim żywą relację, nasz wysiłek moralny przestaje być sztuką dla sztuki, a zyskuje konkretny cel, którym jest wieczne zbawienie.
Paweł Apostoł dobitnie przypomina, że jest coś nieskończenie ważniejszego niż tylko doczesne życie: „Wy nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. (…) Bo jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała - będziecie żyli” (Rz 8,9.13). Nasze doczesne życie nabierze sensu, gdy podporządkujemy je wieczności. Uwierzmy w tę obietnicę Chrystusa, by żyć w prawdziwej wolności.
Skomentuj artykuł