Dlaczego księża porzucają kapłaństwo?

Dlaczego księża porzucają kapłaństwo?
(fot. depositphotos.com)
ks. Bogusław Szpakowski SAC

"Odchodzenie z kapłaństwa nie jest ani zjawiskiem nowym, ani szczególnie nasilonym w ostatnich latach. Niemniej warto rozważyć, dlaczego odchodzą".

Zainteresowanie życiem współczesnych księży stało się żywym tematem obecnym w przestrzeni publicznej. Nie wynika ono jednak z troski, aby podjąć rzetelną refleksję nad realnymi pro­blemami, z którymi borykają się współcześni księża, ale jest de­maskowaniem mrocznej strony ich życia. Dlatego doniesienia prasowe są wypełnione skandalami, których dopuścili się du­chowni.

Najczęściej wymienia się pedofilię, homoseksualizm, podwójne życie, alkoholizm. Nowym zjawiskiem jest to, że me­dialnymi ekspertami od życia duchownych stali się byli księża, którzy uchodzą za bezstronnych krytyków życia kościelnego.

Mroczne zachowania księży zwykle interpretuje się jako objawy, których rzeczywistymi przyczynami są między inny­mi: skazanie księży na samotność, czyli życie w celibacie, błędy przełożonych, którzy feudalnie zarządzają diecezją lub zako­nem, brak pomocy fachowej, z której mogliby korzystać księ­ża obciążeni problemami psychicznymi i moralnymi.

DEON.PL POLECA

W prze­strzeni publicznej kreuje się obraz księdza, któremu wierni nie powinni spontanicznie zaufać, gdyż mogą doznać bolesne­go zawodu, oraz obraz księdza jako człowieka nieszczęśliwego, a nawet pokrzywdzonego przez instytucje kościelne. Bez wąt­pienia medialna kreacja obrazu księdza jest bardzo uproszczo­na, zmusza jednak do refleksji i głębszego namysłu.

Posiada ona moc sprawczą. Obciąża życie wielu księży. Niektórzy reagują na nią smutkiem i przygnębieniem, inni odczuwają potrzebę obrony i walki. W tym kontekście rodzi się pytanie, jaki wpływ może wywierać negatywny obraz księdza obecny w przestrze­ni publicznej na tych, którzy doświadczają kryzysu powołania i rozważają możliwość odejścia z kapłaństwa?

Precyzyjna odpowiedź wymagałaby przeprowadzenia sto­sownych badań statystycznych. Opierając się na doświadcze­niu życiowym, należy przyznać, że czynnik społeczny wywie­ra znaczny wpływ na decyzje jednostkowe, ale nie decydujący. Odchodzenie z kapłaństwa nie jest ani zjawiskiem nowym, ani szczególnie nasilonym w ostatnich latach. Niemniej warto roz­ważyć, dlaczego odchodzą. Zapewne motywacje odchodzących księży z kapłaństwa są wielowątkowe. Rozwinięcie ich przekra­cza możliwości niniejszych rozważań. Dlatego podjętą refleksję zogniskujemy wokół tematu dojrzałości mężczyzn, którzy wy­brali kapłaństwo i ponieśli porażkę.

Kryzys męskiej tożsamości

Mężczyźni, którzy decydują się na kapłaństwo, nie są z innej gliny niż pozostali. Uczestniczą w tej samej doli i niedoli bycia mężczyzną. Współczesny mężczyzna często czuje się niepew­ny w swoim byciu i działaniu. Obserwacje socjologiczne i psy­chologiczne wskazują na to, że wielu mężczyzn nie ukształto­wało w sobie wyrazistej męskiej tożsamości.

Zagubieni sami w sobie mężczyźni łatwo ulegają złudzeniu, że istnieje idealny obraz męskości. Wyidealizowany obraz męskości definiowany jest przede wszystkim przez siłę fizyczną, intelektualną, wolitywną, sprawczą. Spontanicznym odruchem każdego męż­czyzny jest lęk przed własną kruchością i słabościami. Dlatego często sięga on po maskę, której zadaniem jest stworzyć pozór męskiej siły i poczucie, że jest się kimś ważnym, godnym po­dziwu, wpływającym na innych.

Wybór masek, które noszą współcześni mężczyźni w ży­ciu, jest ograniczony, niemal standardowy: macho, bezwzględ­ny biznesmen, chłodny profesjonalista, miły facet, luzak, cia­cho, mężczyzna sukcesu i inne. Maski te mają pozorować, że "wszystko jest w porządku". Za ich fasadą wielu mężczyzn prowadzi życie w cichej rozpaczy, którą próbują złagodzić róż­nymi używkami, takimi jak alkohol, seks, czy innymi sposo­bami pocieszania siebie. Niewielu ma odwagę zmierzyć się ze swoimi rzeczywistymi słabościami. Męską duszę ogarnia bojaźń i drżenie, gdy ujawniają się słabości.

Zagrażają one utrzyma­niu wizerunku tak zwanego prawdziwego mężczyzny. Dlate­go mężczyźni z dużym oporem konfrontują się ze słabościami, ponieważ z ich powodu odczuwają wstyd i zagubienie. Tym bardziej gdy wcielają się w rolę duchowych autorytetów, na­uczycieli, pasterzy, zagrożenie kompromitacją i wstydem wzras­ta. Księża, którzy kurczowo trzymają się poprawnego wize­runku kapłańskiego, silnie opierają się przed konfrontacją ze swoim prawdziwym człowieczeństwem.

Inni nadmiernie gor­liwi pod maską wielkoduszności ukrywają wewnętrzne napię­cie, smutek i skłonność do dominacji. Wewnętrzna niespójność grozi rozejściem się kapłaństwa i człowieczeństwa w codzien­nym funkcjonowaniu. Dochodzi bowiem do przeinwestowania w budowanie fasadowego "ja" społecznego, by poczuć się kimś ważnym, wielkim, podziwianym. Dlatego sporym zaskocze­niem dla wiernych bywają odejścia księży, którzy będąc aktyw­nymi i skutecznymi duszpasterzami, wydawali się dojrzałymi mężczyznami spełniającymi się w służbie kapłańskiej.

Częstym zjawiskiem jest nadmierny związek uczuciowy mężczyzn z ich matkami. Niektórzy popadają tu w uzależnie­nie. Na wzór matki kształtują w sobie życie emocjonalne. By­wają mężczyźni, którzy zdają się na kobiety w kwestii kiero­wania swym życiem. Uwięzienie w matriarchacie zatrzymuje mężczyznę w jego drodze do rozwoju męskiej tożsamości.

Jeśli matka nie odda syna przed okresem dojrzewania pod władzę ojca, co dzieje się często dlatego, że ojciec jest słaby, może on pozostać psychicznie żeński. Jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja powstaje, gdy matka jest niedojrzała, a jej relacja z sy­nem jest kompensacją niespełnionych potrzeb emocjonalnych. Wtedy pojawia się niebezpieczeństwo, że syn zostanie emo­cjonalnie uwiedziony i stanie się "synem dla matki", jej emo­cjonalnym partnerem.

Psychicznie pozostanie przy niej, aby ją wspierać i pocieszać. W głębi duszy będzie czuł do niej złość, której nigdy nie wyrazi wprost. Mężczyźni, którzy nieświado­mie wybrali żeńską drogę rozwoju, mają trudność, aby świa­domie i racjonalnie kontrolować swój świat emocji. Reagują gwałtownie i czasem polegają wyłącznie na silnych emocjach, tracąc zdolność do intensywnego i jasnego myślenia. W środo­wisku księży postać matki jest obdarzana szczególnym szacun­kiem i czcią.

To ona najczęściej przekazuje wiarę chrześcijańską i troszczy się o rozwój religijny syna. Nie deprecjonując roli matki w życiu syna, należy jednak zaznaczyć, że może dojść do nadmiernego jej wpływu na jego osobowość, a nawet na pod­jęcie przez niego wyboru kapłaństwa. W takiej sytuacji ksiądz, który poszukuje swojej męskiej tożsamości, z czasem uzyskuje siłę, aby dokonać psychicznej separacji od matki. A to może oznaczać, że równocześnie odchodzi z kapłaństwa, jeśli nie zbudował sobie głębszej i osobistej motywacji duchowej. Nie­kiedy zawiera związek małżeński, w którym powtarza swoją znaną rolę wobec życiowej partnerki, która kieruje jego ży­ciem, a on ją pociesza i zadowala.

Proces stawania się mężczyzną został u wielu naznaczony "raną ojcowską". W dawnym modelu rodziny chłopcy naby­wali poczucia męskiej tożsamości, stojąc u boku swoich ojców, pracując na roli czy w rodzinnej firmie. To było niemal jak przekazywanie męskości z ojca na syna. Mężczyźni uczyli się od swoich ojców, jak radzić sobie z życiowymi wyzwaniami. Zdo­bywali mądrość, że bycie silnym nie oznacza bycia władczym i kontrolującym. Uczyli się od ojców, jak szanować, a nie pa­trzeć z góry na kobiety. Dzięki przebywaniu z ojcami budowali swój męski kręgosłup.

Stawali się odpowiedzialnymi mężczy­znami, zdolnymi stawić czoła przeciwnościom. We współczes­nym modelu rodziny najczęściej występuje sztywny podział ról, ojciec pracuje zawodowo, a wychowywanie dzieci spoczywa na matce, która też pracuje zawodowo. Dorastający chłopcy zostali pozbawieni naturalnej możliwości budowania więzi z ojcem. Jak zatem mają zbudować swoją męską tożsamość bez głębokie­go kontaktu z ojcem, który jest dla nich pierwszym obrazem męskości?

Co dzieje się w duszy syna, kiedy ojciec jest nieobec­ny fizycznie lub emocjonalnie? Albo gdy powraca do domu zniewolony uzależnieniem alkoholowym? Bądź nie akceptuje odrębnej osobowości syna, nadmiernie krytykując jego osobę i jego zachowania?

Co dzieje się w duszy syna, gdy ojciec bywa w domu, nie krytykuje, nie obraża, ale zachowuje się jak niemy? Być może jest dobrym żywicielem rodziny, ale przekazuje nie­wiele albo nic z tego, kim jest sam i kim są dla niego najbliżsi. Syn może odebrać takie sygnały jako brak akceptacji, a nawet odrzucenie. A przecież jest spragniony uwagi ojcowskiej, jego uznania i wyrazu pozytywnych uczuć. Jeśli jego potrzeby psy­chiczne nie zostaną zaspokojone, dorasta z raną w duszy. Nie wie, jak być mężczyzną.

Rana to miejsce, w którym może zamieszkać nieufność i gniew wobec mężczyzn, a także chore poczucie własnej war­tości. Mężczyźni przeszyci "raną ojcowską" mają trudności z autorytetami, ponieważ doznali zawodu ze strony własnych ojców. W ich dorosłym życiu pojawiają się problemy w sytu­acjach wymagających zależności, które są nie do uniknięcia choćby w życiu zawodowym. Wobec strukturalnych autoryte­tów przyjmują sztywne postawy: albo ciągle zginają przed nimi kolana, albo z nimi walczą. Ci, którzy wstępują na drogę ka­płańską, wybierają życie w strukturze hierarchicznej Kościoła, zarówno diecezjalnej, jak i zakonnej.

Obciążenie "raną ojcow­ską" może przełożyć się na ich trudności współdziałania z au­torytetami kościelnymi. Jeśli nie przepracują swoich zranień, mogą być niezdolni do współpracy. Będą albo ulegli, tłumiąc własną agresję, lub przyjmą postawę zbuntowanych i nadmier­nie krytykujących wobec swoich przełożonych. Wśród zarzu­tów, jakie padają pod adresem Kościoła, że jego struktura jest nazbyt feudalna, warto uwzględnić również wątek związany z osobistą historią księży, którzy żyją w chronicznym konflik­cie z przełożonymi.

Niektórzy księża motywują swoją decyzję odejścia z kapłaństwa, mając na względzie negatywne doświad­czenia związane z instytucjonalnym funkcjonowaniem Kościo­ła. Trudno zaprzeczyć, że w niektórych środowiskach kościel­nych istnieje patologia władzy, która nie daje księżom szansy wyrażenia w stosunkach z hierarchą swego punktu widzenia, co staje się źródłem konfliktu i psychicznych trudności księży.

Zapewne tego typu konflikty bardzo osłabiają i zniechęcają do pozostania w kapłaństwie. Czy jednak ostatecznie motywu­ją, by z kapłaństwa odejść? Wydaje się, że w analizie trudności, z jakimi borykają się młodzi księża, w większym stopniu nale­ży uwzględnić ich uwarunkowania związane z faktem, iż wie­lu z nich pochodzi z rodzin dysfunkcjonalnych. Bieżące pro­blemy piętrzące się w ich życiu dorosłym mogą mieć źródło w odległej przeszłości.

Mężczyzna księdzem

Truizmem jest stwierdzenie, że mężczyzna może zostać księ­dzem i będąc księdzem, nie przestaje być mężczyzną. Tym bar­dziej że w Kościele rzymskokatolickim kapłaństwo jest wyłącz­nie zarezerwowane dla mężczyzn. Na kapłanów nie wyświęca się kobiet i chłopców, a jedynie dorosłych mężczyzn. W wypo­wiedziach wielu księży można usłyszeć wyznanie, że od dzie­ciństwa marzyli, aby w przyszłości zostać księżmi. Nic w tym dziwnego, albowiem często stawia się pytanie małym chłop­com: kim będziesz w życiu? Może paść odpowiedź: będę księ­dzem.

Chłopięce marzenia mogą dojrzewać, nie zakłócając rozwoju męskiej tożsamości. Jeśli jednak są one nadmierne i warunkują poczucie własnej tożsamości - czyli jedynie bę­dąc księdzem, stanę się kimś - może to oznaczać, że doszło do utożsamienia się z archetypem księdza, a to zapowiada infla­cję realnego "ja". Dorastający mężczyzna może żyć wyłącz­nie swoim wyidealizowanym obrazem.

Wówczas jego natural­ny rozwój tożsamości prawdopodobnie ulegnie upośledzeniu. Gdy tą drogą pójdzie w dorosłe życie, to po latach poczuje się uwięziony w swoim wyidealizowanym obrazie siebie. Jego prawdziwe "ja" będzie usiłowało powstać z martwych, a wtedy może zrzucić jak ochronny pancerz swą tożsamość bycia księ­dzem. Dlatego fundamentem dla bycia księdzem jest zbudowa­nie świadomej, wyrazistej męskiej tożsamości.

To, kim jesteśmy, czyli nasza tożsamość, dotyczy przede wszystkim poczucia własnej płci. Rzut oka na ludzką rzeczy­wistość pozwala nam dostrzec dychotomię tej rzeczywistoś­ci: mężczyznę i kobietę. Nie ma trzeciej płci. Jest to naturalny, przyrodniczy porządek. Człowiek rodzi się mężczyzną lub ko­bietą. Ten porządek odnajdujemy również w Biblii: "Stworzył Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stwo­rzył mężczyznę i niewiastę" (Rdz 1,27). Bycie mężczyzną lub kobietą stanowi podstawę naszej płciowej tożsamości.

Na py­tanie: "Kim jesteś?", odpowiadamy: "Jestem mężczyzną" albo "Jestem kobietą". Własnej płci nikt sobie nie wybiera. W ra­mach zastanego porządku naturalnego nasza wolność wypełnia się w świadomym odkrywaniu, przeżywaniu i kształtowaniu własnej tożsamości płciowej. Na tej drodze każdy z nas uzy­skuje poczucie identyczności ze sobą samym. Przez całe życie pogłębiamy doświadczenie swojej tożsamości płciowej, wydo­bywamy ukryte w sobie zasoby psychiczne, właściwe dla świa­ta mężczyzn i kobiet. Stopniowo dorastamy psychicznie i du­chowo do bycia dojrzałym mężczyzną lub dojrzałą kobietą. To nieustanny, dynamiczny proces stawania się tym, kim jesteśmy.

W męską i kobiecą tożsamość płciową została wpisana ludz­ka seksualność. Na pierwszych kartach Biblii czytamy, że cały człowiek został stworzony przez Boga - stworzony jako męż­czyzna i kobieta. Seksualizm nie jest zatem czymś, co powstało­by dopiero po grzechu pierworodnym, lecz rzeczywiście mieści się w Bożym planie stworzenia.

Stworzyć człowieka jako męż­czyznę i kobietę to tyle, co stworzyć go jako istotę seksualną. Seks jest przede wszystkim darem stworzenia. Niestety wciąż jeszcze w pewnych kręgach kościelnych płciowość, seksualność uchodzi za coś z natury grzesznego, brudnego, niedoskonałego, w przeciwieństwie do sfery wyższej, czyli duchowej. Seksual­ność będąca zamysłem Stwórcy jest darem, na który składa się bogata i złożona rzeczywistość. Nie istnieje sama w sobie, ode­rwana od pozostałych sfer. Tworzą ją razem: genitalność, cieles­ność, afektywność i duchowość. Jest ona wyrazem płodności ciała i ducha. Ma w sobie coś z tajemnicy, w której objawia się tożsamość ludzka i inność każdej osoby.

Seksualność kryje w so­bie nie tylko dynamizm biologiczny czy psychologiczny, któ­ry narzuca się człowiekowi, ale także angażuje ludzką wolność i odpowiedzialność. Energia seksualna jest energią życia. Może ona zostać konstruktywnie ukierunkowana, wtedy buduje na­sze człowieczeństwo, lub destruktywnie, raniąc nas samych i in­nych. Seksualność określa nasze bycie. Sprawia, że doświadcza­my siebie jako istoty seksualne. Otóż osoba seksualna to taka, która świadomie przeżywa siebie, swoją seksualność, bez lęku, wstydu. Naturalne funkcje ciała nie są dla niej źródłem wsty­du czy zakłopotania. Dobrze się czuje w swoim ciele i z nim identyfikuje. Akceptuje swoje uczucia jako naturalne i właściwe. Żyje, szanując własne ciało.

Nie musi podejmować aktywności genitalnej, aby poczuć się osobą seksualną. Niezależnie od tego, czy żyjemy w małżeństwie, czy też świadomie wybraliśmy życie samotne, nasza sfera seksualna domaga się, byśmy ją zaakcepto­wali i pielęgnowali w taki sposób, aby była ona dla nas źródłem radości życia otwierającym nas na innych, a ostatecznie także na Boga. U każdego zintegrowanie sfery seksualnej z całością życia wyglądać będzie inaczej.

Świadomość własnej seksualności dotyczy również orien­tacji seksualnej. Niektórzy mężczyźni i kobiety doświadczają pożądania seksualnego w stosunku do własnej płci. Zjawisko to występuje także wśród duchownych i przygotowujących się do kapłaństwa. Trudno dziś ten fenomen przysłonić mil­czeniem.

Należy stwierdzić, że przyznanie się przed sobą sa­mym do orientacji homoseksualnej jest zdrowsze od skłon­ności stłumionej, ukrywanej pod "racjonalizacją". Albowiem łatwiej przyjąć odpowiedzialność za własną skłonność, której jesteśmy świadomi, niż za skłonność stłumioną, która w pew­nych sytuacjach może przejąć kontrolę nad nami.

Temat włas­nej orientacji seksualnej powinien zostać również omówiony w kierownictwie duchowym. Niebezpieczni są ci, którzy ukry­wają się pod fałszywą siłą i często wydają nieprzejednane osą­dy na temat innych. Prezentują się jako mężczyźni silni, lubią­cy tylko to, co wydaje się im potężne, gardzą tym, co kobiece, uznając to za symbol słabości. Często są to urodzeni organiza­torzy, ale dominujący.

Jeśli ktoś ma skłonności homoseksualne, jest ich świadomy i chce je wyrażać w jawnie seksualny fizycz­ny sposób, nie powinien decydować się na kapłaństwo. Zdarza­ją się księża, którzy przeżywają pożądanie i seksualne podnie­cenie wyłącznie do mężczyzn.

Są świadomi swojej seksualnej kondycji, akceptują siebie, potrafią swoje przeżywanie opano­wać i nie podejmują zachowań homoseksualnych. Cenią sobie powołanie kapłańskie. Z pasją są zaangażowani w duszpaster­ską pracę. Ze smutkiem jednak należy odnotować zachowania pewnej grupy księży, pokonanych przez homoseksualne im­pulsy, uzależnionych od homoseksualnej pornografii, stałych bywalców saun i klubów dla gejów.

Życie w kapłaństwie i życiu konsekrowanym nie może być sposobem ucieczki przed konfrontacją z własną seksual­nością. Osoby, które wyobcowały się ze swego ciała jako środ­ka doświadczania uczuć związanych z seksualnością, narażają się na poważny kryzys, który nasila się zwłaszcza wtedy, gdy stłumiona seksualność przybierze na sile.

Księża, którzy usu­nęli seksualność ze swojego przeżywania, stają się aseksualni, co przejawia się w ich sztywnych postawach, albo są nadmier­nie mili, ugodowi i skoncentrowani na duchowych wzorcach, albo są nadmiernie niemili, pełni złości, zadufani w sobie i ter­roryzują innych wokół siebie.

W każdej z tych postaw moż­na zaobserwować przesadę. Czasem cnota czystości została przez nich błędnie zinterpretowana i oznacza zaprzeczenie swej seksualności.

Nie można stać się dojrzałym mężczyzną żyjącym w mał­żeństwie, samotnie lub w kapłaństwie czy w życiu konsekro­wanym bez uczciwej konfrontacji z własną seksualnością i jej integracją zgodną z wyborem drogi życiowej. W przeszłości w wychowaniu seminaryjnym zbyt powierzchownie trakto­wano wymiar biologiczny i psychologiczny seksualności.

Gratyfikowano alumnów przede wszystkim za ich zdolności in­telektualne i organizacyjne. Niektórzy po latach formacji i specjalistycznych studiów zostali zmuszeni do skonfrontowa­nia się z własną seksualnością, ponieważ nie mieli już sił żyć jednostronnie. Za tę trudną życiowo lekcję pewna grupa księży zapłaciła wysoką cenę odejścia z kapłaństwa.

Tekst pochodzi z książki "Porzucone sutanny" >>

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Piotr Dzedzej

Pod względem liczby odejść z kapłaństwa Polskę wyprzedzają tylko Stany Zjednoczone.

Dlaczego polscy kapłani odchodzą? Z powodu kobiety? Bo nigdy nie mieli powołania? Utracili pierwotne ideały w zderzeniu z rzeczywistością kościelną? A może przyczyny leżą...

Skomentuj artykuł

Dlaczego księża porzucają kapłaństwo?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.