Zanurzeni w Chrystusie

fot. depositphotos.com

Stajemy dziś nad brzegiem Jordanu. Scena, którą maluje przed nami Ewangelista Mateusz, jest w gruncie rzeczy sceną konsternacji. Jan Chrzciciel, surowy prorok, który nie wahał się wytykać grzechów faryzeuszom, nagle traci pewność siebie. Widzi Jezusa wchodzącego do wody – do tej samej wody, w której przed chwilą obmywali się grzesznicy, zmywając z siebie brud swoich upadków, zdrad i kłamstw. Jezus wchodzi w ten nurt bez wahania, staje ramię w ramię z każdym człowiekiem.

Kiedy patrzymy na zanurzenie Jezusa w Jordanie, to nasze myśli naturalnie biegną do naszego chrztu. Czasem jest on dla nas tylko odległym wydarzeniem z dzieciństwa, datą w metryce, może widzimy w nim jedynie okazję do rodzinnego spotkania. Tymczasem dzisiejsza liturgia zaprasza nas do odkrycia na nowo, co to znaczy „być chrześcijaninem”. To słowo tak nam spowszedniało, że straciło swój pierwotny, ostry smak. Termin „chrześcijanin” oznacza bowiem dosłownie „należący do Chrystusa”, „Chrystusowy”. Być chrześcijaninem to nosić w sobie tożsamość Tego, który nas odkupił. To nie jest przynależność do klubu czy partii, ale ontologiczna zmiana. Ale co to oznacza w praktyce? Tu dotykamy sedna dzisiejszej tajemnicy. Słowo „chrzest” (gr. baptismos) oznacza zanurzenie. I nie chodzi tu tylko o zanurzenie w wodzie. Z chrztu wynika fakt, że zostaliśmy zanurzeni w życiu samego Chrystusa. A życie Chrystusa to pascha: przejście przez śmierć do życia. Dlatego być chrześcijaninem znaczy uczyć się umierać.

Chrześcijaństwo to w istocie sztuka odchodzenia z tego świata, by żyć wiecznie. To codzienna, żmudna nauka „odklejania się” od tego, co przemijalne. Żyjemy w świecie, który sugeruje nam, że powinniśmy gromadzić, zdobywać, zatrzymywać i konsumować. Tymczasem chrzest wszczepia w nas logikę ziarna, które musi obumrzeć, by wydać plon. To „odklejanie się” od doczesności nie oznacza pogardy dla świata czy ucieczki w jakąś duchową abstrakcję. Przeciwnie, chodzi o właściwą hierarchię miłości. Chodzi o to, by oddać się ramionom wieczności już teraz, w środku codziennego zabiegania. Każda nasza rezygnacja z egoizmu, każde przebaczenie, gdy chcielibyśmy się zemścić, każde ciche przyjęcie cierpienia – to są te małe śmierci, te momenty, w których woda chrztu „pracuje” w nas, obmywając jednocześnie z iluzji, że jesteśmy tu na ziemi na zawsze. Umieramy dla grzechu, dla pychy, dla „mojego”, aby zrobić miejsce dla Boga. To proces bolesny, bo nasze „ja” kurczowo trzyma się swoich zabawek, swoich racji i swoich murów. Ale tylko ta śmierć prowadzi do prawdziwego życia.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na słowa Piotra z drugiego czytania. Jemu też nie było łatwo „umrzeć” dla swoich przekonań, dla swojej tradycji, która kazała mu dzielić ludzi na czystych i nieczystych. A jednak, pod wpływem Ducha Świętego, wyznaje: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10,34-35). Te słowa to dynamit podłożony pod nasze ludzkie mury, które tak często sami stawiamy między sobą! Mury zbudowane z uprzedzeń, z politycznych sympatii, z różnic majątkowych czy kulturowych. Tymczasem woda chrztu te mury zmiata z powierzchni ziemi. Skoro Bóg nie ma względu na osoby, to jakim prawem ja mam? Być zanurzonym w Chrystusie to widzieć w drugim człowieku – nawet tym trudnym, innym, obcym – kogoś, nad kim otwarło się niebo. To trudna lekcja, bo wymaga od nas właśnie tego „umierania” dla własnej pychy, która zawsze chce stawiać nas wyżej od innych. Wzorem takiej postawy jest Sługa Pański, o którym pisze prorok Izajasz, a w którym Kościół od wieków widzi zapowiedź Mesjasza: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że duch mój na Nim spoczął; on przyniesie narodom Prawo” (Iz 42,1). Te słowa kreślą portret, który jest zaprzeczeniem naszej wizji siły i władzy: „Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi ledwo tlejącego się knotka” (Iz 42,2-3). A Ile w naszym codziennym życiu jest krzyku, przepychanek, walki o swoje, deptania słabszych? Mamy naśladować Boga, który jest delikatny, który przytula ludzkie słabości, kruchość i zranienie. Jezus wchodzący do Jordanu to właśnie ten Sługa. Nie przychodzi, by potępić, by „dobić” grzesznika, ale by go podnieść. Ta łagodność jest dla nas wyrzutem sumienia, ale i drogowskazem. To jest właśnie droga do świętości – droga pokory.

Jezus wychodzi z wód Jordanu, niebiosa się otwierają i rozlega się głos Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17). Zazwyczaj czytamy te słowa wyłącznie jako potwierdzenie bóstwa Jezusa. To prawda, że to jest objawienie Trójcy. Ale warto rozwijać w sobie świadomość, która jest kluczem do zrozumienia liturgii i teologii – cokolwiek mówi się o Jezusie, mówi się też w jakimś sensie o człowieku. Chrystus jest wzorem człowieczeństwa, jest „pierworodnym między wielu braćmi” (por. Rz 8,29). Dlatego słowa wypowiedziane nad Jezusem przez Ojca z nieba to słowa, które mówią także o nas. W momencie mojego chrztu Bóg Ojciec wypowiedział nade mną to samo zdanie: „To jest moje dziecko umiłowane”. To nie jest poezja. To jest najgłębsza prawda o mojej tożsamości. Cokolwiek w liturgii wychwalamy w Chrystusie, to powinno być celem naszych pragnień – by zrealizowało się to w nas. Jesteśmy córkami i synami w Synu. Ta perspektywa zmienia wszystko. Jeśli Bóg ma w nas upodobanie, to znaczy, że nasza wartość nie zależy od naszych sukcesów, od stanu konta, od opinii innych ludzi, a nawet nie zależy od naszych grzechów, bo miłość Boga jest wcześniejsza niż nasz grzech. Bóg wypowiada nad nami te wielkie słowa nie po to, żeby nas przytłoczyć swoim majestatem. Czasem boimy się świętości, boimy się bliskości Boga, myśląc, że to nas przerośnie, że Bóg czegoś od nas zażąda, a to zrujnuje nasz mały, poukładany świat. Ale On mówi to po to, żeby nas ku sobie pociągnąć. Nie mamy się lękać głosu z Nieba. Mamy się cieszyć, że Bóg w Jezusie zechciał być tak blisko człowieka i solidaryzować się z nim aż po wejście w brudną wodę naszych grzechów.

Piotr w domu Korneliusza mówi o „bojaźni Bożej” i „sprawiedliwości”. W naszym języku te słowa często brzmią chłodno Jednak w Biblii bojaźń Boża to nie strach niewolnika przed panem, lecz zachwyt dziecka, które widzi wielkość ojca i nie chce utracić relacji z nim. Sprawiedliwość zaś to – jak mówi Jezus do Jana Chrzciciela – „wypełnić wszystko, co sprawiedliwe” (Mt 3,15). Innymi słowy: wejść w Boży plan, zgodzić się na Jego drogę. Bojaźń Boża i sprawiedliwość polegają więc na pokorze wobec Boga, na przyjęciu prawdy, że zostaliśmy powołani do świętości, do życia wiecznego, do bycia „umiłowanymi”. Widzę więc w tej dzisiejszej niedzieli zaproszenie do rewizji życia. Czy żyję jak ktoś, kto został „zanurzony” w Boga? Czy moje chrześcijaństwo to tylko naskórek, tradycja, czy może głęboka tożsamość, która kształtuje moje wybory? By znaleźć odpowiedź, warto wrócić myślami nad Jordan, stanąć obok Jezusa, poczuć chłód wody i ciepło słów Ojca. Jesteś umiłowany – to jest punkt wyjścia. Reszta – cała nasza moralność, walka z grzechem, miłość bliźniego – jest odpowiedzią na tę Miłość, która pierwsza nas wybrała i zanurzyła w sobie.

DEON.PL POLECA


Kierownik redakcji gdańskiego oddziału "Gościa Niedzielnego". Współtwórca kanału "Inny wymiar"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Zanurzeni w Chrystusie
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.