Żenada po katolicku wraca w gorszej wersji. Grafiki generowane w AI zalewają media społecznościowe parafii i wspólnot
Jeszcze dziesięć lat temu "katolicka grafika parafialna" często była estetyczną żenadą. Ale teraz, gdy generowanie wizualiów przez sztuczną inteligencję jest dziecinnie proste, jesteśmy na równie prostej drodze do przehandlowania istoty naszego człowieczeństwa za perkal obrazków zrobionych przez superkomputer. Dawniej plakaty z informacją o pielgrzymce były po prostu brzydkie, teraz jest gorzej, bo są śliczne - a jednocześnie odrealnione i idealne w nieludzki sposób. Czy to na pewno pomaga w dzieleniu się wiarą?
Na Facebooku zatrzymuje mnie plakat „reklamujący” ministrantów. To zachęta, by wstąpić do służby liturgicznej, a z plakatu uśmiechają się do mnie sztucznie wygenerowane twarze młodych chłopaków, udających zachwyconą służbę ołtarza. Wszyscy są ładni, mili i podobni do siebie – i przedstawiają obraz idealnego ministranta z czyjegoś wyobrażenia.
Czyjego, nie wiem, ale chciałabym wiedzieć, czy kiedykolwiek widział ministrantów na żywo w ich naturalnym środowisku. Bo ci z plakatu istnieją wyłącznie jako wypadkowa promptu i bazy danych zaprzęgniętej do roboty sztucznej inteligencji. To nie są starsi koledzy; to sylwetki z alternatywnej rzeczywistości. Ten plakat zrobiony przez AI to tylko przykład trendu, który rozlał się po katolickich miejscach w sieci jak kakao na podłogę parafialnej kuchni. I tu, drodzy czytelnicy, pozwólcie, że naszkicuję krótką (i nieco subiektywną) oś czasu z kilkoma znaczącymi punktami.
Mamy więc najpierw czasy cenzury i powielaczy. Kościół jest w tej trudnej sytuacji przestrzenią wolności. Rzeczy robi się tak, jak się da, czyli chałupniczo, bo minimum musi wystarczyć, ale na ulotkach z modlitwami czy fragmentami kazań wielkich ludzi Kościoła (jak drukowane przez Solidarność przesłania papieża czy fragmenty kazań) jest zachowany pewien edytorski, oszczędny poziom estetyki. Nie ma za dużo pieniędzy i większość rzeczy robi się we własnym zakresie, a do tego w ukryciu i zagrożeniu, na ile okoliczności pozwalają.
Później wjeżdżają nam w kościelną przestrzeń komputery, drukarki i font Comic Sans. Wynaleziony w 1994 roku, będzie wraz z kilkoma innymi fontami oraz Wordem i Paintem rządzić w końcówce lat 90-tych i po roku 2000. Ludzie Kościoła wychowani na inicjatywie własnej, radzeniu sobie tym, co się ma i przekonaniu (słusznym, ale czasem prowadzącym w miejsca złe) że zrobione jest lepsze od doskonałego zaczynają tworzyć z przytupem; to czasy wielkiej graficznej prowizorki, brzydoty i druków ulotnych, które już nie mają w sobie tej oszczędnej edytorskiej surowości, za to mają feerię barw, kształtów i śliczniusi kwiatek w lewym dolnym rogu tylko dlatego, że MOŻNA. W modzie odzieżowej mamy wtedy zachwyt kolorem, jaki by ten kolor nie był, i nosi się wszystko do wszystkiego, i w kościelnych plakatach i zaproszeniach też to mamy. Brzydota i siermiężność estetyczna jest wypadkową „szwagier katechetki zrobi, bo może” i „nie mamy kasy na grafika profesjonalistę, bo proboszcz nie wyda tyle na zwykły plakat reklamujący pielgrzymkę”.
I tak to sobie przez kilka lat trwa. Są jakieś próby w postaci ładnych pocztówek z pobożnymi cytatami i książeczek ze zdjęciami natury i wersetami z Biblii, które estetycznie się nawet bronią, ale praktyczny kościelny quasi-design mówi, że daleko odeszliśmy od czasów, gdy sztuka sakralna oznaczała piękno i jakość.
Równocześnie powoli rośnie świadomość, że jako katolicy zaczynamy wizualnie odstawać od świata i nie jest to wcale na plus, bo w efekcie najczęściej reklamujemy Piękno i Dobro kiczem i brzydotą i jeszcze się dziwimy, że skutki mizerne.
Potem są jakieś przebłyski, na przykład Dayenu – marki graficznej, z którą w 2013 roku startuje zmęczona katolickim kiczem Dorota Paciorek. Zaczyna się po cichu mała era katografików (wybaczcie uproszczenie) – ludzi, którzy potrafią w przyciągający sposób pokazać sprawy wiary. I tu muszę zaznaczyć, że w trend mocno wpisuje się Deon z pomysłem na nasze słynne graficzki z cytatami, które wyróżniają się w internetach i przez jakiś czas są znakiem rozpoznawczym portalu w rozwijających się dynamicznie social mediach. O piękno wizualne swoich treści dbają też na przykład dominikanie. Ale w parafiach i wspólnotach, które mają ograniczone możliwości, dalej króluje estetyka późnych lat 90-tych. Programy graficzne są drogie, piękne plakaty wydają się niekonieczne, nie każdy umie w Photoshopa i pakiet Adobe, a Coreldraw czy dostępny za darmo GIMP czy Inkscape też wymagają minimum wiedzy graficznej, by stworzyć coś dobrego.
Kto nie zna zasad, tworzy estetyczne potworki; kto zna zasady, niekoniecznie chce uprawiać wolontariat na rzecz Kościoła. A Kościół instytucjonalny na poziomie parafialnym mało gdzie dorasta do świadomości, że za usługi wysokiej jakości trzeba zapłacić tak samo, jak się płaci mechanikowi samochodowemu albo firmie budowlanej kładącej nowy bruk przy plebanii.
Potem jest rok 2016 i na kolorowym koniu wjeżdża Canva, na początku pogardzana, później – czyli około 2018-2020 rządząca w temacie, bo intuicyjna, prosta i podpowiadająca ładne szablony, ratujące ludzi robiących po nocy plakat dnia skupienia przez dodawaniem tego niemetaforycznego kwiatka w dolnym rogu. Gdzieniegdzie robi się lepiej, ale nie wszędzie, a estetyczne bękarty zrodzone ze związku dobrych chęci i braku umiejętności opakowanych w katolickie wartości mogłyby mieć oddzielne wystawy w muzeach diecezjalnych.
Tymczasem zapotrzebowanie na grafikę jest coraz większe, bo media społecznościowe wymuszają na prowadzących tam konta używanie obrazu do komunikacji; trzeba się wyróżnić, trzeba przyciągnąć, trzeba przebić innych, trzeba zrobić obrazki, bo bez obrazków nikt wpisu nie zobaczy. Są parafie i wspólnoty, w których dba się o to, żeby było pięknie, ale one dalej są w mniejszości; rosnącej, lecz dosyć powoli, bo we wspólnocie Kościoła nie ma aż tylu chętnych do posługi grafików. Równocześnie popularne stają się estetyczne katolickie konta na Instagramie, na których bycie katolikiem przestaje się kojarzyć z brzydką oazową spódnicą w drobny rzucik i plakatem pielgrzymkowym według wzoru szwagra katechetki z 1998 roku.
Stan na tamten moment jest taki: część Kościoła, zwłaszcza młodsza, chce ładnie. Nie chce się już wstydzić i chce mieć w sieci takie obrazki, które nie przynoszą obciachu. Ale o tym decyduje starsza część Kościoła, która trzyma kasę i nie będzie jej wydawać na rzeczy zbędniejsze, gdy trzeba ogrzać i zapłacić rachunki za prąd – albo w ogóle nie widzi problemu ani nie czuje potrzeby. W starszej części jest pewna liczba osób, które potrzebę estetyczną czują, ale opcja jej zaspokojenia nie jest priorytetem, bo wiele wymaga (znaleźć w parafii twórcę, który umie w estetyczne obrazki, i zachęcić go do pracy pro bono nie jest wcale tak łatwo).
Do tego dochodzi jeszcze kwestia wojny o zasięgi i przepisów RODO. Stara prasowa zasada mówi, że przyciągająca uwagę grafika czy zdjęcie to takie, na którym mamy człowieka. Ale nie każdy człowiek daje się na plakacie parafialnego wydarzenia umieścić; mówiąc językiem RODO, twarz konkretnej osoby w trakcie aktu wiary to dane podwójnie wrażliwe. Co prawda prawo autorskie nigdy niestety nie było mocną stroną polskiego „oddolnego” Kościoła (co u niektórych wiernych budzi w sumieniu zgrozę), ale jakaś minimalna praktyka została wymuszona przez prawo. Ale nawet gdy mamy świetne parafialne czy wspólnotowe fotki, które przyciągnęłyby uwagę jakością – niekoniecznie można ich publicznie użyć w sieci.
Jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja jest, gdy mowa zdjęciach i o dzieciach – skoro z jednej strony staramy się być społeczeństwem coraz bardziej świadomym i nie wrzucać zdjęć nieletnich do sieci, by nie narażać ich na nieprzyjemności, trudno oczekiwać, że parafialne czy inne kościelne wydarzenia dla młodych ludzi będziemy ilustrować zdjęciami ich zaangażowanych w Kościele rówieśników. Na plakatach pojawiają się więc zdjecia z darmowych fotostocków, a występujące na nich uśmiechnięte dzieci nadają się jednocześnie do reklamy pasty do zębów, wyjazdu ministrantów i szkoły językowej.
Mamy więc w Kościele przed czasami "inteligentnych" modeli językowych kilka poziomów dbania o estetykę treści pokazywanych w sieci i w realu. Górny, w którym są ci, którzy się zorientowali, że warto wydać na design, by nie robić obciachu Ewangelii. Środkowy, z mniejszymi zasobami finansowymi, ale z ludzką determinacją, by zrobić ładniej. I dolny, gdzie z jednej strony wciąż jest wszystko jedno, byle w nazwisku, tytułach przed nim, kwotach i datach nie było pomyłki, a z drugiej jest poczucie żenady i obciachu.
W to wszystko, moi drodzy, wchodzi nam sztuczna inteligencja. A wraz z nią obrazki dla każdego i od ręki, w 2026 roku już bez dodatkowych palców. Zgrabne, estetyczne, na wysokim poziomie graficznym, nietrudne do uzyskania, darmowe, dopasowane do potrzeb człowieka, który zadał AI zadanie do wykonania – jednym słowem: oto wszyscy dostaliśmy darmowego grafika pracującego dla nas w dzień i w nocy za darmo. Nie trzeba już się przejmować prawami autorskimi, szukaniem fachowca, wybieraniem zdjęć z miliona dostępnych na fotostockach i na parafialnych dyskach. Można sobie fejkowe zdjęcie dowolnej sytuacji wygenerować w minut pięć – i zrobić śliczny plakacik, który nawet ktoś na fejsie parafii polajkuje.
I niestety to jest problem. Inny nawet niż natury estetycznej; ostatnio dość precyzyjnie nazwał go papież Leon XIV. A powiedział, że algorytmom brakuje iskry człowieczeństwa. „W epoce sztucznej inteligencji pilną kwestią staje się odróżnienie sztuki ludzkiej od tego, co jest wytwarzane przez maszyny. Między sztuką a tym, co maszyna może wygenerować na podstawie obliczeń statystycznych dokonywanych na milionach cudzych obrazów, istnieje różnica przede wszystkim ontologiczna, jeszcze zanim stanie się różnicą estetyczną”. Może to wygląda na język trudny i filozoficzny, ale sens jest prosty: jesteśmy na prostej drodze do przehandlowania naszego człowieczeństwa za perkal obrazków zrobionych przez superkomputer. A to właśnie w człowieczeństwie jest przestrzeń do spotkania Boga.
Może dlatego takie oburzenie wzbudziło ostatnio poświęcenie przez białoruskiego hierarchę ikony Carla Acutisa stworzonej przez AI; pisanie ikony to godziny modlitwy, to tworzenie okna do boskiej rzeczywistości w przestrzeni bliskiej relacji z Bogiem. To głębia, która bierze się z medytacji Jego tajemnicy. Jednym słowem: do tworzenia ikony potrzeba duszy. Sztuczna inteligencja jej nie ma. I choć łatwo jest dzięki niej stworzyć ładne obrazki do internetu, ma rację Asia Popławska, m.in. fotograf i redaktorka "Niedzieli", która zbuntowana przeciwko zalewającej katolickie przestrzenie masie grafik AI wyszła z własną akcją w media społecznościowych i napisała bardzo w punkt:
„Nie jestem przeciwniczką sztucznej inteligencji. Ale jestem zdecydowaną przeciwniczką zastępowania prawdziwej fotografii sztucznie wygenerowanymi obrazami, szczególnie w komunikacji Kościoła”. I dalej: „Sztuczne twarze, sztuczne postacie, sztuczne sceny religijne, sztuczne kościoły. (…) Nie potrzebujemy kolejnych sztucznych twarzy Jezusa, wygenerowanych postaci świętych i nierealnych kościołów. Mamy tyle autentycznego piękna wokół siebie! Pokazujmy rzeczywistość."
Trudno mi się z nią nie zgodzić. I choć z jednej strony dobrze rozumiem parafialnych twórców, którzy robią obrazki po godzinach i z potrzeby serca i możliwość skorzystania z pomocy grafika AI, który stworzy odpowiedni, niepowtarzalny obrazek zgodnie z zasadami projektowania bywa dla nich złotem, to jednak boję się, że w ewangelizacji i dzieleniu się wiarą generowanie nieistniejących, przesłodzonych, zbyt idealnych twarzy i miejsc, by zachęcić do udziału w wydarzeniu czy modlitwie, raczej do tego udziału zniechęci. A prawdziwość Ewangelii przemielona przez śliczne kadry AI w czasach, gdy ludzie potrzebują autentyczności w wierze, dla wielu osób stanie się sygnałem, żeby trzymać się z daleka.
Skomentuj artykuł