Niezwykły pogrzeb zwykłego człowieka

(fot. Jeff and Jeanna / flickr.com)
sgosia / artykuł nadesłany

Pragnę opisać pogrzeb, pozornie zwykłego człowieka - kierowcy, który zasłużył swoim życiem na iście królewski pogrzeb.

W kościele św. Włodzimierza na warszawskim Targówku miał miejsce niezwykły pogrzeb. Odprawiało go trzech hierarchów Kościoła katolickiego, w tym dwóch Prymasów Seniorów - kard. Józef Glemp i abp Henryk Muszyński, a kard. Kazimierza Nycza reprezentował bp Tadeusz Pikus. Uroczystą Mszę pogrzebową koncelebrowali także Kanclerz Kurii Warszawskiej - ks. inf. Grzegorz Kalwarczyk, Rektor PWTW - ks. prof. Krzysztof Pawlina i ponad dwudziestu księży z obu warszawskich archidiecezji. Ławki tego dużego kościoła były niemal wypełnione żałobnikami: rodziną, sąsiadami, kolegami po fachu i znajomymi.

Kogo chowano z takimi honorami? Stefana Buczka, który niemal całe dorosłe życie pracował jako kierowca. Był na pozór zwyczajnym, skromnym, niepozornym człowiekiem. Jednak jego wyjątkowa prawość, życzliwość i otwartość na ludzi sprawiła, że tak wiele osób chciało go osobiście pożegnać.

Urodził się w wielodzietnej rodzinie, w czasie wojny - 24 stycznie 1943 r. w Krynie koło Łukowa. Mając 17 lat przyjechał do Warszawy, by podjąć pracę, jako pracownik fizyczny w Metropolitalnym Seminarium Duchownym i zrobić prawo jazdy. W latach 1964/67 odbył zasadniczą służbę wojskową, podczas której podwyższył kwalifikacje i przeszedł przeszkolenie na instruktora nauki jazdy.

Będąc jeszcze w wojsku ożenił się i został ojcem pierwszego z dwóch synów. Od tej pory był wzorowym mężem i ojcem, dbającym o potrzeby rodziny.

Po przejściu do cywila prawie rok był instruktorem prawa jazdy w Wojskowej Akademii Technicznej, a od 1 października 1967 r. już do końca życia, czyli 45 lat, pracował jako kierowca w Metropolitalnej Kurii Warszawskiej. Piętnaście lat jeździł z bp. Jerzym Modzelewskim, a w 1982 r. przeszedł do pracy w sekretariacie Prymasa Polski Józefa Glempa.

Wykonywał swoją pracę rzetelnie, był bardzo punktualny i obowiązkowy. Nigdy nie starał się o żadne zaszczyty. Można było zobaczyć gdzieś na uboczu pogrążonego w modlitwie. Kard. Józef Glemp ze wzruszeniem mówił w homilii o tym, że Pan Stefan potrafił przypominać w drodze o zmówieniu różańca, który razem głośno odmawiali. Jednocześnie, tak dobierał szybkość jazdy, by zdążyli zmówić modlitwę do końca przed dojechaniem na miejsce.

Wierna posługa przy Prymasie Polski zaowocowała odznaczeniami: w 1997 r. orderem prymasowskim, w 2010 r. orderem papieskim, który papież Benedykt XVI przyznał Stefanowi Buczkowi na wniosek kard. Kazimierza Nycza.

W tym samym roku okazało się, że jest ciężko chory, musiał być operowany. Już nigdy nie wrócił do pełni sił, mimo to Prymas, wiedząc, że mogłoby to pogorszyć stan zdrowia jego oddanego kierowcy, nie zgodził się, by ktoś zajął na stałe miejsce Pana Stefana. Zawsze, gdy zdrowie na to pozwalało, wracał "za kółko", by na krótszych trasach pełnić swoją posługę.

Jako "Pana Stefana" znali go wszyscy. Nazwisko gdzieś się "zagubiło", jakby był zakonnikiem. Wystarczyło jednak powiedzieć "Pan Stefan", by wiadomo było, o kogo chodzi. Nigdy nie odmawiał pomocy, ale też nigdy nie przechodził obojętnie wobec zła. Myślę, że ta bezkompromisowość i głęboka religijność sprawiały, że wszyscy liczyli się z jego zdaniem i szanowali go. Jego niezwykła wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka, sprawiła, że pozostał po sobie spore grono osób, którym zawsze chętnie pomagał.

Zmarł nad ranem w Wielki Piątek - 6 kwietnia 2012 r. - Cześć Jego pamięci.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Niezwykły pogrzeb zwykłego człowieka
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.