Po prostu szkoła

(fot. withassociates / flickr.com)
http://blog.wiara.pl/radosnastrona

Mogła być miła lub straszna. Przyciągała do siebie, oferując nowe możliwości, albo zniechęcała nadmiernymi żądaniami. Wypełniała pożytecznie nasz czas, bądź też marnowała go na bezwartościowych lekcjach.

Każdy ją przeszedł, każdy ją zna i ma związanych z nią masę wspomnień. Z pewnością nie są one ani całkiem czarne, ale też i nie tylko kolorowe. Instytucja szkoły i pracujący w niej pedagodzy mają w swoich rękach ogromny potencjał. Mogą wykrzesać z uczniów to, co najlepsze, nawet jeśli czasem kosztowałoby to wiele wysiłku. Potrafią jednak również zdusić w nich naturalny pociąg do wiedzy i zamiast rozbudzić zainteresowanie daną dziedziną wiedzy, gaszą je. Bez wątpienia praca w tym zawodzie wymaga zarówno pewnych cech osobowości takich jak między innymi empatia czy cierpliwość, jak i określonej wiedzy psychologicznej, bez której trudno liczyć na powodzenie w kontaktach z uczniem. A umiejętności pedagogiczne i zdolności komunikacyjne są co najmniej równie ważne jak czysta wiedza przedmiotowa. Jakich więc postaw nauczyciele powinni się wystrzegać, by osiągnąć sukces? Refleksję tę opieram na kilku swoich największych wspomnieniach postaw nauczycieli. Najpierw tych, do których mam nastawienie negatywne (chociaż z drugiej strony nie przekreślam osób i w nich również cenię pewne cechy, a tutaj jedynie odnoszę się do omawianych sytuacji). Następnie wspominam tych, którym coś zawdzięczam.

Było mi dane spotkać w życiu nauczyciela, po którym wszystko było widać - kogo lubi, znosi, toleruje, a kogo wręcz odwrotnie. Do tych pierwszych mówi po imieniu, do drugich po nazwisku. Bezwstydnie wybiera sobie ulubieńców, głównie w typie temperamentu podobnych do niego samego, by ich, bez względu na to, co powiedzą, wysłuchać. Drudzy mogli się w ogóle nie odzywać, a gdyby jednak to zrobili, słyszeli jeden z wielu sarkastycznych komentarzy, które były na porządku dziennym.

Sympatie i antypatie są oczywiste, każdy wie kim jest. To typ przede wszystkim hamujący, tłumiący siły, intelekt i entuzjazm, nie pozwalający się wykazać, zrobić cokolwiek. A nawet blokujący samodzielne myślenie, które jest dla mnie tak cenne. Niektórzy po prostu są przekreśleni. A przecież we wnętrzu każdego człowieka jest ocean. A ocenianie powierzchowności, to jak smakowanie jajka przez skorupkę. Czasami wręcz nie warto nawet się starać i tak wynik jest przewidywalny, i... niezrozumiały. Do tego przeważają uwagi i negatywne opinie o klasie, a pozytywy, zbyt często się pomija. Jaki jest cel takiego postępowania? Czy to jest działanie świadome czy może aż taki brak samokrytycyzmu?

DEON.PL POLECA

Mowa o jednym z najfatalniejszych przedmiotów, wyczerpujących psychicznie i emocjonalnie. Czy od nauczyciela zdającego sobie sprawę, że uczeń, który ma coraz to bardziej narastające problemy z opanowaniem wcale nie łatwego materiału, można oczekiwać chociaż trochę wsparcia i pomocnej dłoni? Jedenaście ocen niedostatecznych w semestrze, serce pochodzące do gardła na dźwięk swojego nazwiska z towarzyszącym poczuciem bycia co najmniej nieudanym, pot wstępujący na czoło, zwichrowana kartka, a na niej ślady bólu, drżące ze strachu dłonie, pragnienie łez przynoszących ukojenie spotęgowane przez nadmiernie przejętą wyobraźnię... I to wszystko ani trochę ‘fajne’.

W odpowiedzi nic poza świdrującym, natrętnym wzrokiem wbitym prosto w źrenice, jakby nieuznającym taktu i szacunku. Co więcej, cała odpowiedzialność za złe wyniki spoczywa na uczniu, jakby to on sam był w klasie i to by od niego wszystko zależało; to on ma problem. Nie chodzi o obwinianie, ale o oderwanie osoby nauczyciela od wszelkich niesatysfakcjonujących efektów jego pracy i pozostawienie ucznia samemu sobie. Brak tak naprawdę jakiegokolwiek kontaktu z nauczycielem, a raczej poczucie wyobcowania. To ta lekcja, przed którą każdy odczuwa, dostrzegalne nieraz tylko subtelnym okiem, napięcie emocjonalne, które jednych zamyka w sobie, innych posuwa do śmieszności i nielogicznych posunięć, jeszcze innych pozostawiając w pozornym spokoju jednak gdzieś w środku niepokoi. Być może mimowolnie nieco despotyczny charakter owego stylu przenika do szpiku kości tworząc z uczniów jedną masę, wartościową tyle, ile jest w stanie ogarnąć swoim intelektem. Panuje atmosfera chłodu i poczucia niższości. To tylko przytłacza. Brakuje zwykłego ciepła, troski i serca. I niezastąpionej empatii wzbogaconej wielkodusznym zrozumieniem. I tylko taka metoda może doprowadzić do postępu. Nie można przesadzać, ale trochę dostrzegalnej i jasnej życzliwości nie zepsułoby, a na pewno pomogło. To typ, do którego osobiście bałabym się podejść z czymkolwiek, choćbym bez tego miała zemdleć. W tym cały dowcip, nie miałam co do tego nigdy wątpliwości. I nic na to nie poradzę. Pomimo, że nie wątpię w intelektualne przygotowanie, nie pojmuję jednak dlaczego taka bezwzględność i zasadniczość do bólu miałaby być w porządku. To trochę jak życie dla zasad, a nie zasady dla człowieka. To ta lekcja, która jak się kończy, to radość jak w pierwszy dzień wakacji. Do następnego.

Ale czy zupełnie bezstresowe metody prowadzenia zajęć są takie dobre? Jeden z księży powiedział, że w bezstresowym wychowaniu jedynym niezestresowanym jest ten, co w ten sposób wychowuje. Zgadzam się z tym i popieram. Niestety, to też znam z własnego doświadczenia. Jest lekcja. Panuje hałas. Nauczyciel po prostu stoi czy siedzi, nie robi nic. Wydawałoby się, że można się wreszcie wyluzować. Ale nie, on zaraz wymyśla wątpliwie śmieszne imionka czy ksywki i zwraca się do tych, co akurat przykuli jego uwagę. Zabawia klasę robiąc z coraz to nowej osoby chwilową ofiarę niewybrednych żartów. To lekcja, na której można dostać łatkę, z której trudno potem się wyzwolić. Najinteligentniej byłoby odpowiedź takiemu w jego stylu, ale to jednak wciąż nauczyciel, który może odnotować każde przegięcie w dzienniku. Sprawdzian można pisać z telefonem przy uchu przyznając się, że rozmawia się z mamą, która właśnie sprawdza w sieci poprawne odpowiedzi. Chcąc pisać uczciwie, jest się narażonym na kłopotliwe zaciekawienie. Taki nauczyciel pozwala pisać wypracowania o… (ach, nieważne) w dosłownym znaczeniu. To nie nic dobrego do uczniów, to jest ich lekceważenie. To typ, który nie odpowiada na "dzień dobry", gdy się go mija na pustym korytarzu. Pogardza innymi, ale sam też nie potrafi zatroszczyć się o szacunek. Uważa siebie i nas wszystkich za bandę idiotów.

Jest nadzieja. Mimo wszystko jednak, od każdego nauczyciela można się czegoś nauczyć, czymś się zainspirować, coś zachować dla siebie. Powyższe przykłady opowiadają o moich, wybranych spośród wielu, odczuciach i wspomnieniach, które zapadły mi w pamięć. Są to postawy, które wzbudzają albo frustrację albo lęk czy też zażenowanie. Pomimo, że mogą wydawać się nieco skrajne, to może i racja, że takie są, pochodzą jednak z prawdziwego życia. Być może świat widziany oczami ucznia jest dużo inny od tego, jak go widzi nauczyciel. Z mojej perspektywy wygląda to właśnie tak. Są to dla mnie postawy przede wszystkim trudne do zrozumienia i zaakceptowania. Mimo wszystko nie znam jednak motywów i wnętrza serc opisywanych osób, skąd też wystrzegam się oceniania, a jedynie opisuję swoje przemyślenia. Zdecydowanie każdy ma swoje zalety i mocne strony, które, by nie raz odkryć, może potrzeba więcej czasu.

Antidotum na opisane sytuacje jest serdeczne i życzliwe podejście do każdej osoby, przyjęcie jej taką, jaka jest. Są i tacy wśród nauczycieli, co potrafią z najgorszego ucznia wyciągnąć coś dobrego; otwarcie przyznawać się do swojego upodobania w swoim zawodzie i bez fałszywej skromności cieszyć się swoimi sukcesami; nie odrzucać nikogo i mówić mądre, a nie tylko inteligentne rzeczy. Nie trzeba traktować uczniów jak gorszych od siebie, przecież każdy uczciwy człowiek i tak wie, kto stoi wyżej w hierarchii.

Motywować jak się da, krzyczeć jeśli trzeba, stawiać zasłużone stopnie, ale traktować ucznia jako żywą, czującą i myślącą istotę, nie tylko jak jakiegoś mówiącego manekina. Na szczęście są tacy nauczyciele, co potrafią opowiedzieć żart dla naprawienia atmosfery, mądrze pocieszyć bez spoufalania się, nikogo nie wyróżniać, a jednocześnie traktować indywidualnie. Ja dzięki takim nauczycielom nie raz osiągnęłam coś, co kiedyś było nie do pomyślenia i nikt by się tego wówczas nie spodziewał, a teraz jest rzeczywistością. Wiem też, że nie ma za trudnych przedmiotów, nawet jeśli wcześniej był stres i porażki, jeśli się tylko chce pokonywać swoje ograniczenia i otworzyć na coś nowego, nieraz wbrew swoim uprzedzeniom i smutnym wspomnieniom. Rezulaty potrafią być zachwycające, a i radość o wiele większa, niż gdyby efekt przyszedł łatwo. I bycia takim nauczycielem życzę wszystkim, którzy pracują w tej branży.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Po prostu szkoła
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.