zdj. poglądowe / fot. depositphotos.com
Czy małżeńska intymność może stać się „polem minowym”? Lęk przed grzechem, poczucie winy i przekonanie, że o każdym szczególe życia seksualnego powinien rozstrzygać zewnętrzny autorytet, mogą sprawić, że bliskość zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa zaczyna budzić napięcie. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na wolność, odpowiedzialność i dojrzałą wiarę? O tych kwestiach rozmawiają Małgorzata Terlikowska i Krzysztof Krajewski-Siuda w książce „Ciało, lęk, przyjemność”, której fragment publikujemy.
Małgorzata Terlikowska: Jeśli małżonkowie rezygnują ze współżycia, żyją jak brat z siostrą, inaczej wyrażają czułość – to sprawa tych dwojga. Przychodzi mi natomiast na myśl taka sytuacja, kiedy jedna strona w małżeństwie chciałaby prowadzić normalne życie seksualne, a druga jest zablokowana, nieustannie się boi, czy przypadkiem nie zgrzeszy, nie złamie narzuconej normy. Kiedy weźmiemy podręczniki do teologii moralnej czy chrześcijańskiej etyki seksualnej, znajdziemy tam sporo zapisów dotyczących tego, co w sferze seksualnej wolno, a czego nie wolno. A przecież – jak słusznie zauważa o. Ksawery Knotz OFMCap. – nie sposób stworzyć choćby „katalogu pieszczot dozwolonych”. W skrajnych przypadkach ludzie wolą więc całkowicie zrezygnować ze współżycia, niż zrobić coś, co mogłoby skutkować grzechem. Często rodzi to naprawdę ogromne frustracje.
Krzysztof Krajewski-Siuda: W tym kontekście ogromne znaczenie ma przypomnienie, że małżeństwo jest sakramentem, którego małżonkowie udzielają sobie nawzajem. Ksiądz pełni tu jedynie rolę świadka, a nie dysponenta ich więzi. Kluczowe pytanie, które stawiam jako terapeuta, brzmi: na ile tych dwoje dorosłych ludzi pozwala osobie trzeciej „zaglądać pod swoją kołdrę”? Jeśli oddają duszpasterzowi prawo do decydowania o detalach ich intymności, tym samym godzą się na bolesny atak na własną dojrzałość, wolność i odpowiedzialność. To małżonkowie, korzystając z daru uformowanego sumienia, mają prawo i obowiązek oceniać, co w danym momencie jest dobre dla nich i dla ich dzieci. Katechizm czy podręcznik teologii nie zastąpi żywej, moralnej intuicji. Nie chodzi o to, by mąż i żona stali się arbitralnymi kreatorami norm, ale by w konkretnej, często skomplikowanej sytuacji życiowej to oni rozstrzygali, co jest dla nich wartością nadrzędną. Kiedy jedną stronę paraliżuje lęk przed „złamaniem przepisu”, intymność przestaje być darem, a staje się polem minowym. Dojrzała wiara nie polega na ślepym szukaniu „katalogu pieszczot dozwolonych”, lecz na zaufaniu, że Bóg jest obecny w ich autentycznej bliskości, a nie w lękowych restrykcjach, które niszczą relację.
MT: W środowiskach katolickich, kiedy małżonkowie opowiadają o takich dylematach, często słyszą jedną radę: „Zapytaj księdza”. To duchowny staje się dla wielu wyrocznią, jeśli chodzi o życie seksualne czy pożycie małżeńskie. Pozwolisz, że wrócę do księdza Grzywocza, którego bardzo cenię. W jednym z wywiadów przytoczył on taką historię: otóż przyszedł do niego mężczyzna, wierzący, praktykujący, od dwudziestu lat będący w małżeństwie sakramentalnym, aby go zapytać, czy w ramach urozmaicenia życia seksualnego z żoną mogą stosować pewną technikę. I ksiądz Grzywocz odpowiedział: „Dlaczego pan mnie o to pyta? Niech pan zapyta żonę, czy ona miałaby ochotę na takie urozmaicenie waszego pożycia”. Na co ten mężczyzna odrzekł, że zanim ją spyta, chce mieć pewność, że to nie jest grzech.
KKS: Ta anegdota to przejmujący dowód na głęboką niedojrzałość, będącą owocem lat niewłaściwej formacji religijnej. Mamy tu do czynienia z sytuacją, w której dorosły mężczyzna, mąż z dwudziestoletnim stażem, abdykuje z własnej podmiotowości i odpowiedzialności na rzecz duszpasterza. Z perspektywy psychodynamicznej to nic innego jak regresja do postawy dziecka, szukającego u rodzica potwierdzenia, czy to, co robi, jest dobre czy złe. Fakt, że ten człowiek najpierw chce uzyskać „glejt” od księdza, a dopiero potem zapytać o zdanie i pragnienia własną żonę, jest diagnostycznie alarmujący. Świadczy o tym, że w jego systemie wartości zewnętrzna norma i autorytet duchownego stoją wyżej niż podmiotowość współmałżonki i autentyczność ich wzajemnej więzi. To jest właśnie ten moment, o którym mówiłem wcześniej: kiedy pozwalamy duszpasterzowi wejść między nas pod kołdrę, niszczymy intymność, która z definicji powinna być wyłączną i autonomiczną przestrzenią dwojga ludzi. Odpowiedź księdza Grzywocza była genialna w swej prostocie – on nie dał mu gotowej „instrukcji obsługi grzechu”, lecz spróbował przywrócić tego mężczyznę jego własnej relacji, przypominając mu, że to żona, a nie ksiądz, jest jego partnerką w dialogu o bliskości.
Krzysztof Krajewski-Siuda: W tym kontekście ogromne znaczenie ma przypomnienie, że małżeństwo jest sakramentem, którego małżonkowie udzielają sobie nawzajem. Ksiądz pełni tu jedynie rolę świadka, a nie dysponenta ich więzi. Kluczowe pytanie, które stawiam jako terapeuta, brzmi: na ile tych dwoje dorosłych ludzi pozwala osobie trzeciej „zaglądać pod swoją kołdrę”? Jeśli oddają duszpasterzowi prawo do decydowania o detalach ich intymności, tym samym godzą się na bolesny atak na własną dojrzałość, wolność i odpowiedzialność. To małżonkowie, korzystając z daru uformowanego sumienia, mają prawo i obowiązek oceniać, co w danym momencie jest dobre dla nich i dla ich dzieci. Katechizm czy podręcznik teologii nie zastąpi żywej, moralnej intuicji. Nie chodzi o to, by mąż i żona stali się arbitralnymi kreatorami norm, ale by w konkretnej, często skomplikowanej sytuacji życiowej to oni rozstrzygali, co jest dla nich wartością nadrzędną. Kiedy jedną stronę paraliżuje lęk przed „złamaniem przepisu”, intymność przestaje być darem, a staje się polem minowym. Dojrzała wiara nie polega na ślepym szukaniu „katalogu pieszczot dozwolonych”, lecz na zaufaniu, że Bóg jest obecny w ich autentycznej bliskości, a nie w lękowych restrykcjach, które niszczą relację.
MT: W środowiskach katolickich, kiedy małżonkowie opowiadają o takich dylematach, często słyszą jedną radę: „Zapytaj księdza”. To duchowny staje się dla wielu wyrocznią, jeśli chodzi o życie seksualne czy pożycie małżeńskie. Pozwolisz, że wrócę do księdza Grzywocza, którego bardzo cenię. W jednym z wywiadów przytoczył on taką historię: otóż przyszedł do niego mężczyzna, wierzący, praktykujący, od dwudziestu lat będący w małżeństwie sakramentalnym, aby go zapytać, czy w ramach urozmaicenia życia seksualnego z żoną mogą stosować pewną technikę. I ksiądz Grzywocz odpowiedział: „Dlaczego pan mnie o to pyta? Niech pan zapyta żonę, czy ona miałaby ochotę na takie urozmaicenie waszego pożycia”. Na co ten mężczyzna odrzekł, że zanim ją spyta, chce mieć pewność, że to nie jest grzech.
KKS: Ta anegdota to przejmujący dowód na głęboką niedojrzałość, będącą owocem lat niewłaściwej formacji religijnej. Mamy tu do czynienia z sytuacją, w której dorosły mężczyzna, mąż z dwudziestoletnim stażem, abdykuje z własnej podmiotowości i odpowiedzialności na rzecz duszpasterza. Z perspektywy psychodynamicznej to nic innego jak regresja do postawy dziecka, szukającego u rodzica potwierdzenia, czy to, co robi, jest dobre czy złe. Fakt, że ten człowiek najpierw chce uzyskać „glejt” od księdza, a dopiero potem zapytać o zdanie i pragnienia własną żonę, jest diagnostycznie alarmujący. Świadczy o tym, że w jego systemie wartości zewnętrzna norma i autorytet duchownego stoją wyżej niż podmiotowość współmałżonki i autentyczność ich wzajemnej więzi. To jest właśnie ten moment, o którym mówiłem wcześniej: kiedy pozwalamy duszpasterzowi wejść między nas pod kołdrę, niszczymy intymność, która z definicji powinna być wyłączną i autonomiczną przestrzenią dwojga ludzi. Odpowiedź księdza Grzywocza była genialna w swej prostocie – on nie dał mu gotowej „instrukcji obsługi grzechu”, lecz spróbował przywrócić tego mężczyznę jego własnej relacji, przypominając mu, że to żona, a nie ksiądz, jest jego partnerką w dialogu o bliskości.
MT: Ksiądz Grzywocz dziwił się, ale wielu księży powie, co wolno i czego nie wolno, często w ogóle nie znając realiów życia tego konkretnego małżeństwa.
KKS: Takie zachowania duszpasterzy, którzy mówią tylko, co wolno, a czego nie, to przejaw skrajnej pychy i ulegania omnipotentnym fantazjom. Wchodząc w rolę bezwzględnego sędziego cudzej intymności, ksiądz stawia siebie w miejscu Boga – to on zaczyna rozstrzygać o dobru i złu, arbitralnie tworząc normy dla drugiego człowieka. Z teologicznego punktu widzenia to uderzenie w pierwsze przykazanie: grzech pychy, w którym człowiek uzurpuje sobie prawo do bycia absolutem. Duszpasterz, nie znając kontekstu i dynamiki relacji, brutalnie atakuje wolność, dojrzałość i dorosłość penitenta. Zarówno ksiądz, jak i terapeuta powinni pełnić funkcję towarzyszy podróży. Ich zadaniem nie jest dawanie gotowych odpowiedzi, ale stawianie pytań: „Jak ty to postrzegasz? Co uważasz za właściwe? Co o tym myśli twoja żona?”. Z drugiej strony, jako psychiatra muszę zapytać o intencje samego penitenta. Zdarza się bowiem, że religijność zostaje użyta w sposób egocentryczny i instrumentalny – jako narzędzie nacisku. Jeśli mąż szuka u księdza „przyzwolenia” na techniki, których jego żona nie akceptuje, to de facto próbuje on sankcjonować przemoc autorytetem religijnym. Dojrzała bliskość wymaga, by każda forma ekspresji seksualnej była wyrazem obopólnej zgody i miłości, a nie triumfem pragnień jednej strony, uzyskanym dzięki „błogosławieństwu” duszpasterza.
MT: Szukanie księdza, który da mi „zielone światło” na jakieś praktyki albo – na przykład – udzieli dyspensy na stosowanie środków antykoncepcyjnych czy prezerwatywy, ściąga ze mnie odpowiedzialność moralną. Skoro ksiądz mi pozwolił, to już mogę. Wydaje się to całkiem wygodne.
KKS: Takie szukanie u duszpasterza „zielonego światła” to nic innego jak próba ucieczki od ciężaru własnej wolności. Tymczasem spójrzmy, jak postępuje Chrystus. Kiedy uzdrawia człowieka z uschniętą ręką, stawia go na środku synagogi i prowokacyjnie pyta faryzeuszy: „Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?” (Łk 6,9). Jezus naucza poprzez pytania, zmuszając słuchaczy do samodzielnego rozeznania, zamiast podawać gotowe przepisy. Jeszcze dobitniej widać to w scenie nad sadzawką Betesda, gdzie od trzydziestu ośmiu lat leży paralityk. Gdy Jezus go spotyka i pyta, czy chce być zdrowy, słyszy skargę człowieka pogrążonego w bezradności: „Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody” (J 5,7). To postawa skrajnie niedojrzała – pacjent od dekad czeka, aż ktoś inny wykona za niego ruch, aż zewnętrzna siła lub cudze przyzwolenie zmieni jego los. Chrystus jednak nie bierze go na ręce, nie zanosi do wody. Mówi mu krótko: „Wstań, weź swoje łoże i chodź!” (J 5,8). W tym metaforycznym geście Jezus przywraca człowiekowi jego godność i sprawczość. Zachęca go: „Przestań czekać, aż inni zdecydują za ciebie. Weź odpowiedzialność za swoje życie”. Uzdrowienie polega tu przede wszystkim na przywróceniu wolności. Podobnie jest w sferze, o której rozmawiamy – dojrzałość chrześcijańska nie polega na zdobywaniu dyspens od księdza, ale na odwadze wzięcia „własnego łoża” i samodzielnego rozstrzygnięcia, co w mojej unikatowej sytuacji będzie dobrem. Jesteś wolny w tym, co robisz, i to ty masz prawo i obowiązek rozeznać.
MT: Często słyszymy, że zgodnie z doktryną Kościoła każdy akt seksualny musi być otwarty na życie. Ale czy to nie jest zbyt wąskie, niemal mechanistyczne rozumienie płodności? Czy nie sprowadzamy tu człowieka do roli organizmu, który ma jedynie przekazać materiał genetyczny?
KKS: Dotykamy tu fundamentalnego uproszczenia, które w moim odczuciu jest największą słabością tradycyjnego kościelnego ujęcia moralności seksualnej. Otóż prokreacja w świecie ludzkim nie jest incydentem biologicznym – jest trwaniem. Proszę zauważyć: człowiek różni się od ryby. Samiec ryby zapładnia ikrę i odpływa; tam akt prokreacji kończy się w ułamku sekundy. U ludzi jest zupełnie inaczej. My nie tylko „powołujemy do życia” – my to życie musimy „unieść” przez kolejne dekady. Prokreacja człowieka rozciąga się na lata wychowania, budowania bezpiecznej bazy, formowania drugiego człowieka. Jeżeli przyjmiemy tę perspektywę, to okaże się, że więź małżeńska jest niezbędnym ekosystemem dla prokreacji. Współżycie seksualne – budujące tę więź, kojące lęki, dające poczucie bliskości i jedności – służy prokreacji nawet wtedy, gdy w danym momencie nie prowadzi do poczęcia. Przyczynia się bowiem do dobrostanu rodziców, którzy dzięki tej bliskości mają siłę, by trwać przy dziecku. Zredukowanie prokreacji do samego zapłodnienia to błąd antropologiczny. To tak, jakbyśmy uznali, że budowa domu kończy się na wbiciu pierwszej łopaty. A przecież to cały proces: zamieszkiwania, ogrzewania, dbania o fundamenty. Seksualność jest właśnie tym „ogrzewaniem” relacji, bez którego cały gmach rodzicielstwa może po prostu runąć pod ciężarem lęku i osamotnienia.
MT: Trudno nie odnieść wrażenia, że oficjalny dyskurs kościelny w kwestii antykoncepcji zatrzymał się na poziomie fascynacji mechaniką płodności. Czy nie jest to pewien rodzaj „biologicznego redukcjonizmu”, który paradoksalnie odbiera aktowi seksualnemu jego ludzki, duchowy wymiar?
KKS: W istocie stoimy tu przed wyzwaniem, które nazwałbym potrzebą przejścia od „biologii aktu” do „biografii miłości”. Dotychczasowa narracja doktrynalna często skupia się na izolowanym momencie, na fizjologicznym „tu i teraz”, które musi spełniać określone parametry techniczne. To podejście niemal laboratoryjne. Tymczasem z doświadczenia gabinetu terapeutycznego mogę powiedzieć, że człowiek nie przeżywa swojej seksualności jako serii odrębnych incydentów biologicznych, lecz jako ciągłość, pewną historię. Krytyka nauczania w zakresie antykoncepcji – jeśli ma być twórcza – musi wskazywać na to, że płodność ludzka nie jest jedynie potencjałem komórkowym, ale i relacyjnym. Jeśli Kościół mówi o „odpowiedzialnym rodzicielstwie”, to ta odpowiedzialność musi obejmować całość życia rodziny.
MT: Sugerujesz zatem, że fiksacja na zakazie antykoncepcji może wręcz szkodzić tej „biografii miłości”?
KKS: Tak, ponieważ ignoruje ona fakt, że u człowieka prokreacja jest procesem rozciągniętym na dekady. Jak wspominałem, nasze dzieci potrzebują stabilnego, nasyconego czułością ekosystemu rodziców, by móc wzrastać. Jeśli surowość doktryny w obszarze antykoncepcji wprowadza do sypialni lęk, napięcie czy poczucie winy, to uderza ona w same fundamenty tego ekosystemu. Seksualność małżeńska, odciążona od lęku przed niechcianym w danej chwili poczęciem, staje się paliwem dla bliskości niezbędnej do tego, by rodzice mieli siłę być wychowawcami. Można by rzec dyplomatycznie: etyka, która widzi grzech w środku antykoncepcyjnym, a nie dostrzega destrukcyjnego wpływu lęku na więź małżeńską, gubi z oczu personalizm. Powtórzę raz jeszcze: prawdziwa prokreacja to nie tylko „wydanie na świat” – to „przeprowadzenie przez świat”. Do tego drugiego etapu potrzebna jest miłość scalona, radosna i wolna od neurotycznego drżenia przed biologią. Naszym celem powinno być zatem duszpasterstwo, które zamiast pilnować „czystości mechanizmu”, będzie wspierać prawdę relacji.
KKS: Tak, ponieważ ignoruje ona fakt, że u człowieka prokreacja jest procesem rozciągniętym na dekady. Jak wspominałem, nasze dzieci potrzebują stabilnego, nasyconego czułością ekosystemu rodziców, by móc wzrastać. Jeśli surowość doktryny w obszarze antykoncepcji wprowadza do sypialni lęk, napięcie czy poczucie winy, to uderza ona w same fundamenty tego ekosystemu. Seksualność małżeńska, odciążona od lęku przed niechcianym w danej chwili poczęciem, staje się paliwem dla bliskości niezbędnej do tego, by rodzice mieli siłę być wychowawcami. Można by rzec dyplomatycznie: etyka, która widzi grzech w środku antykoncepcyjnym, a nie dostrzega destrukcyjnego wpływu lęku na więź małżeńską, gubi z oczu personalizm. Powtórzę raz jeszcze: prawdziwa prokreacja to nie tylko „wydanie na świat” – to „przeprowadzenie przez świat”. Do tego drugiego etapu potrzebna jest miłość scalona, radosna i wolna od neurotycznego drżenia przed biologią. Naszym celem powinno być zatem duszpasterstwo, które zamiast pilnować „czystości mechanizmu”, będzie wspierać prawdę relacji.
MT: Mówisz o potrzebie zmiany optyki, ale nie możemy pominąć faktu, że dla wielu wierzących obecne nauczanie nie jest jedynie intelektualnym sporem. To realny, codzienny ciężar. Czy jako psychiatra widzisz ślady, jakie ten rygorystyczny „biologizm” zostawia w strukturze lękowej pacjentów?
KKS: Widzę je często i jest to widok przejmujący. Musimy otwarcie powiedzieć o pewnym rodzaju duchowego i psychicznego sadyzmu, który nieświadomie promuje się pod szyldem wierności zasadom. Kiedy redukujemy moralność do biologicznej nienaruszalności aktu, kładziemy na barki małżonków ciężar nie do uniesienia. W gabinecie spotykam ludzi, dla których sypialnia przestała być miejscem komunii, a stała się przestrzenią nieustannego rachunku sumienia i lęku przed „błędem”. Ten lęk ma charakter paraliżujący. Zamiast budować więź, pacjenci zaczynają traktować własną płodność i ciało współmałżonka jako potencjalne źródło grzechu, obszar pełen ukrytych zagrożeń. To jest właśnie ten tragiczny paradoks: doktryna, która miała chronić życie, w wymiarze psychicznym bywa źródłem martwoty.
KKS: Widzę je często i jest to widok przejmujący. Musimy otwarcie powiedzieć o pewnym rodzaju duchowego i psychicznego sadyzmu, który nieświadomie promuje się pod szyldem wierności zasadom. Kiedy redukujemy moralność do biologicznej nienaruszalności aktu, kładziemy na barki małżonków ciężar nie do uniesienia. W gabinecie spotykam ludzi, dla których sypialnia przestała być miejscem komunii, a stała się przestrzenią nieustannego rachunku sumienia i lęku przed „błędem”. Ten lęk ma charakter paraliżujący. Zamiast budować więź, pacjenci zaczynają traktować własną płodność i ciało współmałżonka jako potencjalne źródło grzechu, obszar pełen ukrytych zagrożeń. To jest właśnie ten tragiczny paradoks: doktryna, która miała chronić życie, w wymiarze psychicznym bywa źródłem martwoty.
MT: To mocna teza. Czy sugerujesz, że surowość w kwestii antykoncepcji może prowadzić do zaburzeń klinicznych?
KKS: Bezwzględnie tak. Mechanizm jest prosty: jeśli każda chwila bliskości zostaje obarczona lękiem przed niechcianą ciążą, przy jednoczesnym zakazie stosowania środków, które ten lęk mogłyby ukoić, dochodzi do trwałej dysregulacji emocjonalnej. Nie chodzi tu tylko o pewien „dyskomfort”; to proces, w którym seksualność zostaje skojarzona z zagrożeniem. U wielu kobiet i mężczyzn prowadzi to do zaburzeń lękowych, zaburzeń pożądania czy wręcz do anhedonii. Człowiek staje się więźniem własnego sumienia, które zostało tak ukształtowane, by widzieć występek tam, gdzie natura domaga się czułości. Krytykując ten ciężar, nie występuję przeciw wartościom, ale przeciwko ich neurotycznej interpretacji. Prawdziwa etyka powinna wyzwalać do miłości, a nie zamykać w klatce skrupułów. Przejście do wspomnianej „biografii miłości” to także akt miłosierdzia wobec psychiki pacjenta – to uznanie, że spokój sumienia i radość z bliskości są równie istotne, jak gotowość do przyjęcia potomstwa. Nie można budować katedry wiary na gruzach ludzkiej psychiki.
KKS: Bezwzględnie tak. Mechanizm jest prosty: jeśli każda chwila bliskości zostaje obarczona lękiem przed niechcianą ciążą, przy jednoczesnym zakazie stosowania środków, które ten lęk mogłyby ukoić, dochodzi do trwałej dysregulacji emocjonalnej. Nie chodzi tu tylko o pewien „dyskomfort”; to proces, w którym seksualność zostaje skojarzona z zagrożeniem. U wielu kobiet i mężczyzn prowadzi to do zaburzeń lękowych, zaburzeń pożądania czy wręcz do anhedonii. Człowiek staje się więźniem własnego sumienia, które zostało tak ukształtowane, by widzieć występek tam, gdzie natura domaga się czułości. Krytykując ten ciężar, nie występuję przeciw wartościom, ale przeciwko ich neurotycznej interpretacji. Prawdziwa etyka powinna wyzwalać do miłości, a nie zamykać w klatce skrupułów. Przejście do wspomnianej „biografii miłości” to także akt miłosierdzia wobec psychiki pacjenta – to uznanie, że spokój sumienia i radość z bliskości są równie istotne, jak gotowość do przyjęcia potomstwa. Nie można budować katedry wiary na gruzach ludzkiej psychiki.
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł