Kard. Grzegorz Ryś: żyjemy w świecie, który z premedytacją wybiera pewien rodzaj samotności

Kard. Grzegorz Ryś: żyjemy w świecie, który z premedytacją wybiera pewien rodzaj samotności
Fot. EpiskopatNews / Flickr / CC BY-NC-SA 2.0
Logo źródła: Wydawnictwo ZNAK Karol Kleczka, kard. Grzegorz Ryś

„Myślę, że dzisiaj żyjemy w świecie, który z premedytacją wybiera pewien rodzaj samotności. Ludzie wcale nie szukają wspólnoty – choć bynajmniej nie jest im z tym dobrze. Skazują się na samotność, a potem pojawia się nuta pretensji, że ktoś jest sam, choć wyjść z tego kokonu za bardzo nie chce. Może po prostu z czasem człowiek traci do tego zdolność? Ale to pytanie raczej do psychologa czy socjologa niż do mnie” - mówi kard. Grzegorz Ryś.

Publikujemy fragment książki „Nie tracę nadziei”.

DEON.PL POLECA

Karol Kleczka: […] Ja wiem, że na mszę nie chodzi się dla księdza, lecz dla sakramentu, bo wierzymy, że jest w nim Chrystus, jednak zapytam: po co mam chodzić do kościoła, jeśli czuję się w nim obco?

Kard. Grzegorz Ryś: Gdybym chciał odpowiedzieć bardzo przewrotnie, powiedziałbym: po to, żeby zmienić go w dom. Dlaczego tylko ja mam być za to odpowiedzialny?

Wie ksiądz kardynał, jak wielu by chciało jakoś go umeblować…

- […] Przez wieki wydarzyło się wiele rzeczy, które nie „pracują” dziś na to, żeby nasze relacje były bezpośrednie i bliskie – poczynając od tego, że diecezje są naprawdę ogromne. Nie wiem, czy łatwo odnaleźć się w rodzinie, która liczy milion osiemset tysięcy ludzi. Były i lepsze momenty. Kiedy podjęto reformę struktury kościelnej w Polsce, kiedy powstawały nowe diecezje, towarzyszyła temu idea, żeby biskup stał się bliższy ludziom – diecezje miały być na tyle mniejsze, by te relacje mogły być konkretne. Trzeba jednak realistycznie powiedzieć, że nie udało się tego osiągnąć; one ciągle są za duże. Pytanie, jak dalece można je dzielić. […]

DEON.PL POLECA

Mówi ksiądz kardynał o kartografii, a mnie chodzi o spotkanie. Bo kiedy się biskupa spotyka? Podczas bierzmowania, sakramentu, który – jak głosi frazes – cementuje stan bycia w Kościele jakby z rozpędu albo nawet jest uroczystym z nim rozstaniem.

- […] Niezależnie od tego, jaki jest Kościół w Polsce, a jaki w innych miejscach świata, na synodzie o synodalności – wciąż trwającym, bo jesteśmy na etapie jego implementacji – wszyscy mówiliśmy, że Kościół potrzebuje przeżyć coś, co nazwano nawróceniem relacyjnym. To znaczy, że to chyba nie jest temat tylko polskiego Kościoła, ale Kościoła powszechnego: czy relacje nie zostały jakoś zaniedbane i czy nie potrzebujemy się na nie nawrócić? A jeśli tak, to znaczy, że jest tu gdzieś i nasza wina. Mnie to bardzo przekonuje. W jaki sposób to nawrócenie mogłoby się dokonywać? Chyba tylko w taki, że robimy wszystko, by w Kościele powstawały – jak mówił ksiądz Franciszek Blachnicki – braterskie wspólnoty wiernych. […] W braterskiej wspólnocie relacje rzeczywiście są prawdziwe, bliskie i właściwie niemal rodzinne. Blachnicki kładł na to wielki nacisk; mówił, że tam, gdzie nie ma takich wspólnot, Kościół się nie urzeczywistnia – i myślę, że miał rację. Współczesny dramat Kościoła w Polsce polega na tym, że nasze prezbiteria – dziś w większości składające się z księży, którzy przeżyli oazy (ze mną włącznie) – niekoniecznie uwierzyły Blachnickiemu na słowo. Ciągle tworzymy Kościół, w którym braterskie wspólnoty są opcjonalne. Jak są, to dobrze, jak ich nie ma – też dobrze. A to ma się nijak do tego, co kardynał Wojtyła mówił tu, w Krakowie, do księży: podkreślał on, że wakacyjne oazy są takim samym obowiązkiem księdza jak głoszenie kazań, prowadzenie kancelarii czy siedzenie w konfesjonale – że to nie jest coś dodatkowego, na co porywają się najgorliwsi. Tworzenie małych, braterskich wspólnot wynika z samej definicji Kościoła. Blachnicki odwoływał się do definicji soborowej: „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. A sakrament to widzialny znak niewidzialnej łaski; niewidzialna łaska zaś to owo zjednoczenie z Bogiem i jedność rodzaju ludzkiego. Co więc jest jej znakiem widzialnym, potrzebnym do tego, by Kościół rzeczywiście był sakramentem? Znakiem tym jest braterska wspólnota. Jeśli jej nie ma, Kościół się – z definicji – nie realizuje.

Wydaje się to teologicznie świetnie uzasadnione, ale w praktyce sprowadza się do kwestii działania parafii. Podejrzewam, że dla większości ochrzczonych jest to miejsce raczej niewidzialne.

- To przejście od refleksji na temat wspólnotowości do funkcjonowania parafii nie jest wcale proste. Łatwo użyć wytrychu „parafia to wspólnota”, żeby zwolnić się ze wszelkiej odpowiedzialności. Mam w pamięci spotkanie polskich biskupów z papieżem Franciszkiem na Wawelu, pierwszego dnia jego wizyty podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku. Papież dostał wtedy cztery pytania […] i jedno z nich brzmiało: „Parafia czy wspólnoty?”. Franciszek powiedział prosto: „Parafia”. A potem dodał: „… która jednak nie jest biurem”. Nie powiedział: „Parafia, która jest wspólnotą”, ale: „która nie jest biurem” – pokazywał takie minimum minimorum, żeby opisać właściwe relacje w parafii.

Jeśli myślimy o tej podstawowej wspólnocie w Kościele, to gromadzi się ona wokół ołtarza – i to jest ten widzialny znak. Ale zastanowiło mnie to, co ksiądz kardynał mówił o czynieniu z parafii biura, ponieważ dość powszechne wydaje się podejście, w którym i sama msza staje się elementem działalności tego biura. Proboszcz zakłada, że wszystko gra, bo nadal ktoś na tę mszę przychodzi – i koniec pracy. Można wtedy odnieść wrażenie, że nie traktuje poważnie wiernych, jest biurokratą.

- Parafia nie może być przestrzenią, gdzie działa ksiądz-urzędnik z anonimowym podejściem do każdego. Myślę, że papież Franciszek trafiał w sedno. Niemniej mówił też, że bardzo łatwo pójść po linii: „Parafia się nie sprawdza, kazania słabe, ksiądz się nie zmienia – to zbudujmy sobie małą wspólnotę”, i wtedy zostawić to miejsce, które przecież jest ciągle dla ludzi pierwszym miejscem doświadczenia Kościoła, poczynając od chrztu.

[…] Liturgia doskonale pokazuje, ilu ludzi w danej parafii chciałoby poczuć się za nią współodpowiedzialnymi. Albo msza stanowi teatr jednego aktora, albo jest to liturgia parafii, która otwiera przestrzeń zaangażowania wielu osobom. Dotykamy tu dwóch zjawisk, których nie tłumaczy samo życie kościelne. Po pierwsze, myślę, że dzisiaj żyjemy w świecie, który z premedytacją wybiera pewien rodzaj samotności. Ludzie wcale nie szukają wspólnoty – choć bynajmniej nie jest im z tym dobrze. Skazują się na samotność, a potem pojawia się nuta pretensji, że ktoś jest sam, choć wyjść z tego kokonu za bardzo nie chce. Może po prostu z czasem człowiek traci do tego zdolność? Ale to pytanie raczej do psychologa czy socjologa niż do mnie. Na synodzie kardynał Timothy Radcliffe użył pojęcia „tsunami samotności”; żyjemy w świecie, w którym ono szaleje. To jest ewidentne.

Niedawno usłyszałem od pewnej mądrej osoby, że dziś jakąkolwiek wizję, która ośmiela się podważać paradygmat „wszyscy oprócz moich najbliższych znajomych są źli”, uznaje się za rewolucyjną. Chyba to poczucie samotności również ma z tym związek.

- Możliwe – choć to poniekąd osobny temat: co myślimy o innych. Przychodzi mi do głowy pewne doświadczenie, które dało mi wiele do myślenia, i to jest druga sprawa, którą chciałem poruszyć. Co roku jeżdżę z młodymi do Taizé. Któregoś razu w mojej grupie był chłopak, który od razu zgłosił się, że przez cały tydzień będzie czyścił ubikacje. Na większym spotkaniu zapytałem go publicznie, czemu to zrobił. Odparł: „Bo chciałem”. Pytam: „A czy w swojej parafii choć raz w życiu poszedłbyś posprzątać w ubikacji, gdyby cię o to poproszono? Powiedz mi, na czym polega różnica”. On na to: „Bo tu mam poczucie bycia u siebie”. Czyli znalazł miejsce, z którym się utożsamia, a ponieważ się utożsamia, chce wziąć za nie odpowiedzialność – nawet w takim wymiarze, wyczuwając, że nikt inny tego nie zrobi, a on się chętnie podejmie. Na pewno ta tygodniowa służba przy toaletach niemało go kosztowała.

Co konkretnie ma zrobić człowiek, który czuje się w Kościele samotny? Gdzie zacząć, kiedy nie zna się nikogo i nie ma się siły szukać wspólnoty?

- Kościół powinien szukać tych samotników tam, gdzie są. Przede wszystkim być świadomym tematu i nie marnować okazji do spotkania, kiedy się zdarzają. Warto uświadamiać tym, którzy są w Kościele, że mogą mieć obok siebie kogoś zostawionego samemu sobie – w swojej klatce w bloku, w pracy. Otwartość na drugiego to chyba po prostu kwestia jakiejś elementarnej wrażliwości i prawdę powiedziawszy, nie dotyczy nawet samego Kościoła, tylko całości życia społecznego. Samotność jest powszechna.

Fragment książki „Nie tracę nadziei”.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Kard. Grzegorz Ryś: żyjemy w świecie, który z premedytacją wybiera pewien rodzaj samotności
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.