Uwierzyłam miłości

Uwierzyłam miłości
9 lat temu
S. Leonia Nastał / Wydawnictwo WAM

(Jezus do Leonii Nasta)

Przybliżanie człowiekowi tajemnic Bożej miłości jest zawsze aktualne, jednakże szczególnej wagi nabiera obecnie, w okresie przeżywania Wielkiego Jubileuszu 2000-lecia Wcielenia Syna Bożego. W Tajemnicy Wcielenia Jezusa Chrystusa ojcowska miłość Boga do ludzi objawiła się w sposób wyjątkowy i jedyny, bo: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3, 16).

Na przestrzeni dziejów Kościoła Bóg wybierał ludzi, którzy doświadczywszy w sposób szczególnie głęboki Jego miłości, świadczyli o niej wobec braci. Może się nimi poszczycić również nasz kraj w wieku kończącym drugie tysiąclecie chrześcijaństwa. Wymieńmy choćby przykładowo: św. Albert Chmielowski, św. Faustyna Kowalska, Służebnica Boża Rozalia Celakówna.

Na apostołkę swojej miłości Bóg wybrał także Służebnicę Bożą s. Leonię Marię Nastał ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Powiedział do niej między innymi: „Łaski Boże otrzymujesz nie dla siebie, ale dla drugich, dla dobra dusz przeze Mnie umiłowanych, którym przez ciebie chcę powiedzieć, że je kocham, że dla nich kryję w swoim Sercu łaski, które mogą odbierać w każdej chwili, byleby tylko z ufnością przychodziły czerpać ze zdrojów Zbawicielowych"; „Ja [...] sprawię, że będziesz apostołką mojej miłości" (Dz. I 15 i 42).

Zamyśleniem nad „odwieczną tajemnicą Boga, który »jest miłością^', dzielił się Ojciec Święty Jan Paweł II z rodakami podczas ostatniej, siódmej, pielgrzymki do Polski, wyrażając pragnienie, by orędzie Bożej miłości dotarło do wszystkich (por. Przemówienie powitalne, Gdańsk - lotnisko Rębiechowo, 5 VI 1999 r.).

Notatki duchowe s. Leonii, zwłaszcza pisany przez nią, na polecenie Jezusa, „Dziennik duchowy", a także listy, idą bardzo po linii nauczania Jana Pawła II dotyczącego poznania prawdy o Bogu Ojcu, odkrywania Go takim, jakiego objawia nam Chrystus: Boga „cierpliwej miłości i pokornej łagodności" (por. Tertio millennio adveniente, 35). Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej czuje się więc w obowiązku udostępnić je szerszemu kręgowi wierzących.

Oddając do rąk czytelnika wymienione teksty pism s. Leonii, życzymy, by ich treść dopomogła wszystkim poznać głębiej odwieczną Miłość Boga, zachwycić się Nią i na nowo w Nią uwierzyć; by się mogła Ona stać również dla każdego z nas zasadniczą treścią życia.

Stara Wieś, dnia 3 maja 2000 r.

W jubileuszowym roku 150-lecia Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej

m. Mariola Karaś przełożona generalna

Zeszyyt 1

Życie wespół z Panem Jezusem Życie według myśli Jezusowej

Oto jestem, aby pełnić Wolę Twoją, o Boże!

AMDG

1

O tym, że Bóg mnie kocha, mówiła mi matka kochana, która wracając z kościoła, składała na mych ustach matczyny pocałunek, mówiąc, że przyjmowała Komunię św., a Pan Jezus chce przez nią powiedzieć mi o tym, że mnie kocha.

Że Bóg mnie kocha, mówiły mi bez słów stworzenia wszelkie, z którymi się zapoznawałam. Wschodzące czy gasnące zorze złociste; chmurne, pełne tajemnych mroków czy gwiaździste noce szeptały do duszy, że jestem kochana przez Boga, który dla mnie gasi i zapala słońce, a kiedy śpię, czuwa u mego wezgłowia i liczy tętna mojego serca. Lekki, kojący wietrzyk czy groźna zawierucha, pełna grzmotów i błyskawic mówiły mi zarówno o tym, że Bóg czuwa nade mną, że mnie kocha. O, ta mowa przyrody - barwnego kwiecia i rozśpiewanych ptasząt - to nie było tylko marzenie, to był głos, który pouczał, że tam, gdzie kończy się jej działanie, gdzie nawet myśl ludzka nie dosięgnie, ale jak strudzona ptaszyna zwraca ku dostępnym dla niej gniazdom - że tam żyje Bóg, który się nazywa Miłością.

Że Bóg mnie kocha, uczył mnie Kościół święty przez kapłanów, wysłanników nieba, uczyła lektura.

A o czym mówił Jezus, gdy w białej Hostii zstępował z ołtarza, biorąc me serce w posiadanie, napełniając je pokojem i szczęściem po brzegi?

Czyż to nie dosyć, mój Panie, by uwierzyć Miłości, by się Jej odwzajemnić, pełnić Jej rozkazanie? Poszłam za Jej głosem, oprzeć się nie mogłam. Bóg mnie kocha, nie pragnę miłości stworzeń, bo one nie zdołają zaspokoić bezdennych moich pragnień.

A jednak, nawet już po oddaniu się Miłości, spostrzegałam obawy, które niekiedy jak iskra maleńka, drzemiąca pod popiołem, to znów jak wulkan ognisty wybuchały, grożąc zniszczeniem wszelkich porywów, a nawet tej dziecięcej wiary w miłość Bożą. Ileż to razy tej maleńkiej kruszynie groził upadek i załamanie się na całej linii. Lecz Pan, który trzciny nadłamanej nie skruszył, lnu kurzącego się nie zagasił, litował się nad ubóstwem i nędzą samą, podnosił z upadku, dodawał otuchy, chęci, siły, obdarzał słodką pieszczotą, utrzymywał w ścisłej łączności z sobą, dając tysiące dowodów, że mnie kocha.

Zdawać by się jednak mogło, że dobroci Bożej wszystko [to] było za mało - posuwa się jeszcze dalej.

 

2

Każesz mi, Jezu, pisać o tym - bądź wola Twoja... Na wieki wyśpiewywać będę miłosierdzie Pańskie, a jeżeli już tu na ziemi rozkazujesz zacząć ów hymn niebiański, spraw, bym wskutek mej nędzy nie dołączyła ani jednego fałszywego akordu, bym Twoją jedynie wyśpiewywała chwałę, a jeżeli - jak to zapowiedziałeś -ma to przynieść korzyść duszom, dawaj im swoją łaskę, bo są godniejsze ode mnie i mogą Cię daleko więcej ukochać, skoro uwierzą w Miłość.

Kiedy sięgam myślą w najdawniejszą przeszłość, w chwile modlitwy, samotności, skupienia, zauważam, że nieraz otrzymywałam w duszy pouczenia, jak mam jakąś prawdę rozumieć. Było to żywe światło wewnętrzne, które sprawiało, że już o danej prawdzie nigdy wątpić nie mogłam. Niestety, nie umiałam z tego korzystać. Cieszyłam się rozkoszą poznania, ale kończyło się wszystko na uczuciu, co najwyżej na opowiedzeniu wszystkiego drugim w rozmowach duchowych. Marnowałam łaski Boże, bo łaską nazywam owe światła wewnętrzne, i Jezus udzielał mi ich coraz mniej - czułam, że się boi, że Go zdradzę. Miał Pan Jezus słuszność. Pogrążył mnie w ciemnościach, aż wreszcie sam się ulitował i podniósł moją duszę ponad nią samą przed swe oblicze. Zdaje mi się, że Pan Jezus przygotowywał moją duszę do usłyszenia głosu Miłości.

Raz po Komunii św. oczom duszy przedstawiło się Serce Boże otoczone wianuszkiem serc, które Go w tym dniu przyjęły sakramentalnie. Było tam i moje serce. Po chwili Serce Pana Jezusa wchłonęło w siebie te wszystkie serca, a razem z nimi zniknęło i moje serce w Sercu Bożym. Pan Jezus mnie kocha, skoro ukrywa mnie w swym Sercu.

Odtąd nawiedzenia Boże wewnętrzne pomnażają się coraz więcej. W duszy wzrasta spokój, szczęście bez granic, podziw, miłość.

3

[20 V 1934 r.] Dzień Zielonych Świąt 1934 r. Niegdyś w tym dniu dał się słyszeć szum wichru, a w jego poszumie w postaci języków ognistych zstąpił Duch Święty. Ten właśnie dzień wybrał Bóg, by przemówić do mojej duszy w taki sposób, by już tego nigdy nie zapomnieć. Nie mówił Pan wśród grzmotów i błyskawic, jak na górze Synaj, ani wśród szumu wichrów, jak w dzień Zstąpienia Ducha Świętego na apostołów, ale wśród ciszy panującej zarówno w duszy, jak i wokoło, bo w klasztorku naszym wszyscy byli pogrążeni we śnie. Ja także spałam snem sprawiedliwego. Naraz budzi mnie głos, nie wiem skąd pochodzący, z głębi duszy czy z przestrzeni, wyraźny, choć bez dźwięku słów: Miłością wieczną umiłowałem cię. Serce zadrżało radośnie, dusza zerwała się jak ptak uskrzydlony ku Bogu, usta wyszeptały: Boże - ja Ciebie też kocham, ale jeżeli to Ty jesteś, pozwól mi zasnąć, bo mnie nie wolno o tej porze rozmawiać z Tobą, ja mam spać do oznaczonej godziny. I zasnęłam, pełna radosnego uniesienia i szczęścia. W takim usposobieniu, w głębokim skupieniu spędziłam dzień cały, bo uwierzyłam Miłości, czułam się Nią przeniknięta do głębi.

Miłość chciała, by w Nią uwierzyć głębiej, toteż ukazywała się duszy ukrzyżowana, ubiczowana, w cierniowej koronie - w człowieczeństwie Pana Jezusa. Tak, ale te rany zadawałam Panu przez moje grzechy, czy to zatem prawda, że mnie kocha? Tonęłam wśród łez obfitych, błagając Boga o przebaczenie i o łaskę nieobrażania Go więcej. Ja widziałam w sobie tylko nędzę i grzech, a dobroć Boża znów pochyliła się nade mną, pogrążając duszę w skupieniu i miłości.

4

Starałam się zapomnieć o sobie, myślałam o tym, jak Trójca Przenajświętsza jest nieskończenie szczęśliwa, pełna chwały. Było to 4 VI '34 r., w czasie Mszy św. Cichy, łagodny głos odezwał się w duszy: To jest córka moja, w której sobie upodobałem. Szczęście niebiańskie napełniło duszę, a równocześnie łzy żalu zalały mi serce. Marnotrawnym jestem dzieckiem, wyszeptałam. Ojcze, w czym możesz mieć upodobanie? Nie dosłyszałam już tego, co poprzednio głosu, dane mi jednak było zrozumieć, że Bóg ma we mnie upodobanie dlatego, bo we mnie żyje Pan Jezus, że Bóg widzi we mnie swój własny obraz i dlatego z upodobaniem na mnie spogląda.

Uwierzyłam Miłości, zresztą zdawało mi się, że to już nie wiara, ale pewność. Obecność bowiem Pana Jezusa wśród mojej duszy była mi tak żywa i odczuwalna, że wystarczyło mi przymknąć oczy na rzeczy zewnętrzne, byłam całkiem z Umiłowanym mej duszy, który tak często krył mnie w swoim Sercu, przenikał swoim promiennym wzrokiem; że się to powtarzało stale, sądziłam, że to naturalny stan duszy kochającej Boga. Pan Jezus z dobrocią prostował moje poglądy: To nie jest naturalny stan duszy, ale moc wychodząca ze Mnie, jak wówczas, przy uzdrowieniu Chananejki, za dotknięciem moich szaf. Każde nowe nawiedzenie duszy to dotknięcie Bóstwa, które ją umacnia i podnosi w życiu nadprzyrodzonym. Naturalnymi wysiłkami nie osiągnęłabyś tego. Umiej ocenić dar Boży.

5

Innym razem w tym samym miesiącu czerwcu [1934 r.] szepnął tajemniczy głos: Jesteśmy sami, moje dziecię, tak dawno czekałem na tę chwilę, kiedy - wyzuta ze stworzeń - przyjdziesz do własnej swej duszy, by przestawać ze swoim Ojcem niebieskim, który wraz z Synem i Duchem Świętym obrał sobie mieszkanie w tobie. O, gdyby dusze umiały odrywać się od ziemi i od siebie samych, znalazłyby wewnątrz siebie niebo na ziemi. Czemuż nie przychodzą uwielbiać niebieskiego Gościa, czyż jestem dla nich tak obcy, że Mi nic nie mają do powiedzenia? Moja córko, żyję w wielu duszach zupełnie zapomniany, jak gdyby tym duszom na Mnie nie zależało. Uwielbiaj Mnie w nich tak, jak adorujesz Jezusa ukrytego w Eucharystii.

Raz wieczorem, myśląc o Komunii św. następnego dnia, mówiłam Panu Jezusowi: Mój Jezu, jutro nastąpi wymiana w oddaniu się. Oddam Ci moje serce, Ty mi dasz swoje. Oddam Ci moją duszę, Ty mi dasz swoją. Naraz przejęło mnie do głębi zagadnienie: A za Bóstwo - cóż Panu Jezusowi oddam? Nicość swoją - szepnął cichy głos.

Czułam się bezradna na myśl o tym, co inni czynią dla bliźnich, by im dopomóc, a ja nie mam do tego sposobności. Jezus mnie pocieszał: Oddałaś się za grzeszników na ofiarę... Cicha ofiara ma nieraz większe znaczenie wobec Boga niż rozgłośne, wielkie czyny, jeżeli nie są przepojone miłością Bożą. Jeden drobny akt zaparcia się siebie, uczyniony z miłości, więcej wart niż wylewanie się na zewnątrz, pozornie dla dobra bliźnich, w istocie - dla rozgłosu. Przyjmuję trudy i takich prac, bo w nich nie ma zamiarów wprost grzesznych, ale te dusze szkodzą sobie same. Postępują one z dobrami, jakie z prac apostolskich mogłyby osiągnąć, jak ci, co nie znając wartości banknotów, wymieniają je za bezcen.

6

Błagałam Boga, by mnie raczył przyjąć do nieba, gdzie mogłabym kochać Go już bez przerwy. A cierpienie? - szepnął głos. Zamilkłam zawstydzona, a otrzymawszy pozwolenie spowiednika, zaczęłam błagać Pana Jezusa, by mi udzielił łaski cierpienia. Ufam Miłości.

Oświadczałam Panu Jezusowi, że kocham Go ponad wszystko, a On z dobrocią odezwał się: Kochasz jeszcze siebie, nie umartwiasz się we wszystkim, jak tego żądam. Zaczęłam się usprawiedliwiać. Jezu, widzisz, jak słaba jestem, bądź moją mocą. Ja dopiero zaczynam życie ofiary, zresztą boję się odpowiedzialności za swoje zdrowie. - Jeżeli Ja żądam umartwienia, przed kim boisz się odpowiedzialności? Ja jestem Życiem, twoje życie też do Mnie należy. Ja nie zabijam, ale ożywiam. O, gdyby dusze znały cenę umartwienia, gdyby wiedziały, jaka [jest] ich cena, toby się ubijały o nie daleko więcej niż bogacz dobija się o zdobycie majątku. Małoduszność w poszukiwaniu umartwień jest tą zasłoną, którą boją się podnieść dusze z obawy, by nie przyjrzeć się z bliska własnej słabości dziecięcej. Nie chodzi Mi o umartwienia nadzwyczajne, do tych daję osobne powołanie komu chcę. Od wszystkich jednak dusz wymagam zaparcia się siebie w tym, co sprawia przyjemność, dozwoloną wprawdzie, ale z której można by złożyć ofiarę. To taka drobnostka. Żebrakowi czasem daje się na ofiarę tylko grosz, a Mnie i tego odmawiają dusze, niestety - nieraz dusze przeze Mnie ubogacane.

 

7

Przez szereg dni Pan Jezus milczał. Oschłość bardzo boleśnie odczuwana towarzyszyła mi ustawicznie. Za to, więcej niż kiedykolwiek indziej, czułam się złączona z moją Matką Niepokalaną. Matka Najświętsza nauczyła mnie dziękować Panu Jezusowi za oschłości, cieszyć się Jego szczęściem bez względu na to, że się nie przeżywa tego uczuciowo. Ponieważ Pan Jezus milczał, a ja nie wiedziałam, czy to jest wolą Bożą, bym prosiła Pana Jezusa o pewną łaskę, zrobiłam wobec Matki Najświętszej zakład. Jeżeli jutro w czasie modlitwy nastąpi nadprzyrodzone skupienie, to uznam to za wolę Bożą. Po chwili, sądząc, że o takie rzeczy prosić nie można, prosiłam - jako o znak woli Bożej - o pogodę, bo już bardzo dawno panowała słota. Wstydziłam się, że żądam takich znaków, ale nie odstąpiłam już od tego ostatniego. Na uwielbienie dobroci Jezusa wyznam, że Jezus spełnił obydwa warunki - w modlitwie mogłam znów ukryć się całkiem w Panu Jezusie, pogoda była piękna, deszcz nie padał.

8

Uwierzyłam Miłości.

Wieczorny zmrok. W kaplicy cisza. Uklękłam, by u stóp Matuchny Najświętszej wylać swoją duszę. Tajemniczy głos wewnętrzny odezwał się w duszy: Z czym przychodzisz, moja nicości? Pragnę Ci złożyć hołd miłości i stać się podnóżkiem Twoim. Jezus spełnił moje pragnienia. Pogrążył moją duszę w niemej adoracji, podczas której czułam się pyłkiem drobnym, rzuconym pod stopy Jezusa.

Oczom duszy ukazał się Jezus rozpięty na krzyżu. Twarz śmiertelnie blada, oczy zalane krwią. Dreszcz przeszedł po moich członkach. Jezu - zawołałam w głębi duszy - pozwól mi wznieść się tak wysoko, bym mogła obetrzeć Jego Oblicze. Zdawało mi się, że Jezus powiedział, że raczej powinnam się uniżyć tak głęboko, aż pod stopy krzyża, bo jestem grzesznicą. Głosu Jego wtenczas nie słyszałam, a jednak zdawało mi się, że od krzyża spływały do duszy takie myśli.

Prawie przez dwa miesiące Jezus milczy. Miałam wrażenie, że się Jezus kryje przede mną. O, jak pragnęłam odnaleźć Jego kryjówkę i ukryć się z Nim razem, ale niestety, ciemność wokoło. Moje grzechy otoczyły mnie zewsząd, ból okropny szarpał mą duszą, rwał ją - zdawało mi się - na strzępy, chwile modlitwy stawały mi się wiekiem. Do duszy zakradła się obawa, czy to Jezus przemawiał, czy do wszystkich moich grzechów nie dodaję jeszcze obłudy. Każda modlitwa stała mi się obecnie jękiem duszy. Ulgę przynosiły mi tylko myśli o Ojcu niebieskim, w którego obecności tak się dobrze dawniej czułam. Raz, nawet wśród tego opuszczenia, szepnął do duszy: Jestem w twojej duszy - nie bój się. A innym razem - kiedy się lękałam, czy moje ofiary nie są narzucaniem się tylko - szepnął: Z mojej strony nie masz się czego obawiać. Nie wpłynęło to jednak na zmianę stanu duszy.

Wreszcie zabłysła chwila radosna, krótka jak jeden uścisk miłości Bożej - Jezus powiedział: Pójdź w moje objęcia, czekam na ciebie. Byłam onieśmielona wobec Pana Jezusa, czułam się bardzo upokorzona, ale szczęśliwa. Ojciec niebieski nazwał mnie swoją iskierką. Moja iskierko - mówił - myśl o tobie nie powstała we Mnie w czasie, ona była wieczna, jak wieczny jestem sam. Pomimo twej małości nie zginiesz we Mnie bez śladu, choć jestem ogniem wszystko pochłaniającym, ale błyszczeć będziesz przez wieczność całą, choć moim blaskiem, ale jako coś odrębnego. W tej chwili czułam się naprawdę maleńką iskierką, przytwierdzoną do łona Bożego tak silnie, że nic nie było zdolne oderwać mnie od Boga.

Błagałam Jezusa, by mi dał poznać jakimś sposobem, że to On działa w mej duszy. Pan Jezus odpowiedział z dobrocią: Niech ci będzie dowodem spokój i szczęście duszy, jakiego zażywasz.

9

Nie wystarczyło mi to - rozterka duszy już raz odnalazła drogę i nie tak łatwo ją było pokonać. Pan Jezus robił mi wymówki: Moje dziecię, czyż Ja nie zasługuję na to, byś Mi ufała, czyż cię zawiodłem kiedy? - Słuchaj spowiednika, Ja będę z tobą. Jęk boleści wyrwał się z duszy - mam słuchać spowiednika, który mi zakazał słuchać wewnętrznego głosu, że to są iluzje. Jezu, mam słuchać spowiednika, a może odejść od niego, iść gdzie indziej, szukać innego spowiednika? Nie, moje dziecię - pozostań.

Przez tego spowiednika, już przy następnej spowiedzi, 29 IX [1934 r.], udzielił mi [Jezus] jednej z największych łask – uleczył z wewnętrznej rozterki, która od szeregu lat nurtowała w duszy. Przez niego napełnił mnie spokojem i szczęściem tak wielkim, że dotąd nie zmąciła go żadna przeszkoda. Jezus milczał, lecz ja byłam szczęśliwa, bo w Jego imieniu mówił ten, który w oczach Jezusa jest posłańcem Bożym.

Zdaje mi się, że od tego czasu moje trwanie w Bogu stało się więcej duchowe. Ponad wzloty i uniesienia przenosiłam chwile pokornego trwania u stóp Jezusowych. Łzy żalu, wdzięczności i miłości stały się moją ucztą najrozkoszniejszą, wzrosła w mej duszy miłość Matki Niepokalanej, a przede wszystkim najukochańszego Ojca niebieskiego. Wzrosła ufność, że kiedyś, gdy skończy się wygnanie, ujrzę oblicze Boże, bo uwierzyłam Miłości. Niebo - co mi w nim dać możesz jeszcze o Boże, kiedy już tu na ziemi dałeś spokój niebiański i sam istotnie i osobiście zamieszkałeś w mej duszy?

Jezus słucha spowiednika odnośnie do kierownictwa duszy, jak słuchał na ziemi  swej Matki Niepokalanej. Spowiednik zakazuje umartwień, Jezus nie pozwoli nawet na doręczenie mi narzędzi pokutnych; zakazał słuchać głosu wewnętrznego, Jezus milczy. Ja milczeć nie mogłam. Otwierałam Panu Jezusowi swoje serce, opowiadałam Mu jak dziecię, z czego życie się składa. Mógł mnie Pan Jezus poznać z tych rozmów tak dobrze, że chociażby nie był Bogiem i nie znał mnie Sam przez się, poznałby mnie z tych zwierzeń dziecięcych.

Raz, wśród wynurzeń mej miłości, Pan Jezus odezwał się: Otwierasz przede Mną swe serce, bo ci potrzeba Serca, które by cię rozumiało. A czy pomyślałaś o tym, że i Ja mam Serce i chciałbym je otworzyć przed moimi przyjaciółmi? Proś spowiednika, by ci pozwolił słuchać mego głosu. Otrzymasz wiele łask, byś mogła spełnić swoje posłannictwo na ziemi. Przez ciebie chcę uczyć dusze maleńkie dziecięcej ufności i wiary w Miłość. Chcę ci powierzyć tajemnice najdroższe memu Sercu. Proś spowiednika, by ci pozwolił swobodnie ze Mną rozmawiać, inaczej nie mógłbym przyjść.

Pozwolenie otrzymałam... Ale ja znów zawahałam się czy się nie łudzę, czy znów nie rozpoczynam jakiegoś kroku fałszywego, czy ja naprawdę jestem tak bliska Panu Jezusowi. Jezus rozproszył moje obawy. Jesteś Mi bliska, bardzo bliska, tak dalece, że ustawicznie z tobą przebywam. Ale jak tobie chodzi o to, by być kochaną przeze Mnie, tak Mnie chodzi o to, byś Mnie kochała. Tak dalece będziesz Mi bliską, jak Ja będę bliskim ciebie. Ile Mi się oddasz, tyle Ja oddam się tobie. Oddasz Mi się całkowicie, Ja oddam się całkowicie tobie.


Stań się maleńką, by jak niegdyś Dziecię Jezus, tak teraz ciebie mogła wziąć na swe ręce moja Matka Niepokalana, by cię zaofiarować Trójcy Przenajświętszej. Ofiara złożona przez ręce Maryi jest najmilsza Bogu.

10

Powiedz wszystkim władzom twej duszy: Którego ja pocałuję, imajcie Go. Ja pragnę być pojmany przez wszystkie władze twej duszy. Oddam ci się dobrowolnie, jak oddałem się kiedyś w Ogrójcu w ręce oprawców. Jeżeli Mnie szukasz, oto jestem. Pozwól odejść wszystkim stworzeniom, wszystkim myślom obcym, nie zatrzymuj żadnej, bo w chwili, gdy bez względu na Mnie zajmiesz się czymś innym, Ja odejdę. Każdy akt miłości jest pocałunkiem, który koi rany mej miłości. Powiedz twym życiem otoczeniu swemu: Którego ja pocałuję, imajcie Go. Powiedz duszom bojaźliwym i chwiejnym, że Jezusa łatwo pojmać, bo stał się więźniem miłości. Niech jednak dusze traktują Mnie nie jako więźnia, lecz jako króla swego, bo Ja jestem istotnie Król[em]. Niech Mi pozwolą urządzić się w duszach po królewsku. Pragnę, by każda dusza była moim osobnym królestwem, ono Mi się należy jako dziedzictwo oddane Mi przez Ojca przedwiecznego, jako dziedzictwo zdobyte Męką i Krwią. Dusze, które Mnie wypędzają od siebie, przygotowują w sercach tron dla szatana, niestety wpuszczają do swego wnętrza tyrana, który ich będzie gnębić i tu na ziemi, i kiedyś w wieczności. Dusze natomiast, które uznają Mnie za swego króla, będą kiedyś wespół ze Mną królować.


Jesteś moim kwiatem, chętnie kryję się w jego kielichu, by pić miłość tak starannie dla Mnie przechowywaną. Na mocy twego oddania się memu Bożemu Sercu na ofiarę możesz zbawiać dusze każdym, nawet najmniejszym, aktem zaparcia się siebie. Korzystaj z tego przywileju, ratuj dusze, które gubią same siebie.


Smutno Mi czasem wśród was. Radość, jaką Mi sprawiacie, muszę nieraz okupić długim czekaniem. Zrozumiałam, że Pan Jezus mówił o moich siostrach. Przez ciebie - dodał Pan Jezus - chcę odnowić gorliwość miłości, przez ciebie chcę w specjalny sposób zamieszkać w zgromadzeniu.

S. Leonia Nastał, Uwierzyłam miłości. Dziennik duchowy i wybór listów, Wydawnictwo WAM 2010

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Uwierzyłam miłości
Komentarze (2)
:
:)
10 lutego 2012, 21:17
Ech! Aż budzi się tęsknota za głębokim życiem duchowym..
M
manuela
30 sierpnia 2010, 11:43
Ech! Aż budzi się tęsknota za głębokim życiem duchowym..

Skomentuj artykuł

Uwierzyłam miłości
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.