Patrzę w moje dziecko jak w obraz

Traktowanie dziecko jak idola powiększa tylko jego arogancję i sprawia, że staje się niczym nadęty balon. (fot. fikirbaz/flickr.com)
Osvaldo Poli / slo

Rodzice, którzy idealizują swoje dzieci, często stwierdzają: „Patrzę w nią / w niego jak w obraz!", zdradzając tymi słowami, bez wątpienia pełnymi miłości, działanie emocjonalnego wirusa. To prawda, że nie patrzą „normalnie" (patrzą z uwielbieniem), ponieważ postrzegają córkę czy syna jako kogoś, kim w rzeczywistości nie jest: Idola Absolutnie Doskonałego.

Komplementy na temat dzieci są zawsze trochę na wyrost, o ich zasługach i zdolnościach trąbi się bez umiaru i cienia skromności, a ich sukcesy podkreśla z nadmierną przesadą, nieco przykrą dla słuchaczy.

Tymczasem prawdziwe dobro nakazuje pomaganie dziecku w zaakceptowaniu zarówno jego cech pozytywnych, jak negatywnych. Traktowanie go jak idola powiększa tylko jego arogancję i sprawia, że staje się niczym nadęty balon. Domaga się nieustannie względów, zarezerwowanych wyłącznie dla niego.

Coraz częściej zdarzają się rodzice, którzy swoją rolę wychowawczą pojmują w kategoriach show-biznesu. Stawiają się w rzędzie „fanów" córki czy syna, otwarcie obierając siebie za przewodnika w swoim wyimaginowanym świecie. „Dzień dobry, jestem mamą Karoliny" - przedstawia się kobieta. „Muszę natychmiast coś powiedzieć: szaleję na punkcie mojej córki". To stwierdzenie nadaje jej wygląd kogoś, kto jest przekonany, że osiągnął najwyższy stopień rodzicielskiego wtajemniczenia. W celu pełniejszego wyrażenia swojego przywiązania dodaje: „Jestem fanką Karoliny. Mam legitymację numer jeden z jej fanklubu. Co prawda, liczy on jeszcze niewiele osób, bo sama idolka ma dopiero 9 lat". Podobne postawy przypominają stosunek między gwiazdą pop a publicznością, która ją uwielbia. Tymczasem dziecko pragnie zwyczajnych rodziców, a nie impresariów swojego sukcesu.

W tego typu przekonaniach kryje się metoda i program wychowawczy, którego skutki łatwo przewidzieć.

Oto ciekawe świadectwo syna, przez wiele lat traktowanego jak młodociany idol: "Moja mama zawsze mnie bardzo podziwiała. Zawsze traktowała mnie niczym wcielenie bóstwa na ziemi. Gdy rozmawiała z innymi, chwaliła się: on jest wspaniały, nigdy tego nie robi, nigdy mnie nie denerwuje... Uważała mnie za idola. Czułem, że muszę robić wszystko, by jej nie rozczarować. Musiałem zawsze dawać sobie radę, nie popełniać błędów, chciałem być pewien, że potrafię z czymś się uporać, zanim to zacznę. Bałem się, żeby nie pomyślała, że jestem niezdolny. Ta świadomość budziła we mnie niepokój. Sprawiała, że wszystko stawało się dramatem. Obecnie mam już dość bycia wzorem i robienia tego, czego się ode mnie oczekuje. Odkryłem, że to bardzo wyzwalające móc powiedzieć: każdy człowiek ma prawo zbłądzić. Teraz przyjmuję życie takim, jakie jest, mam ochotę zaryzykować, a jeśli popełnię pomyłkę, nie robię z tego tragedii. Umiem się nie przejmować, śmiać się także ze swoich błędów, traktuję życie z większą swobodą. Przyznaję, choć z niejakim trudem, że oboje z mamą popełniliśmy błąd. Wcześniej nigdy go nie dostrzegałem - była dla mnie doskonała, czciła mnie i ja czciłem ją. Wolę jednak osoby, które stawiają mnie w obliczu rzeczywistości i czynią to ze szczerością i odwagą."

Zadaniem rodzica nie jest wywyższać dziecko, ale pomoc mu w realistycznym ocenianiu siebie, bez negowania pozytywów czy przemilczania negatywów, zachęcając je do stawania się coraz lepszym. Lepszym - to znaczy wolnym od przypuszczalnych zalet i wymyślonych wad. Kto karmi dziecko iluzją doskonałości, zmuszony jest trzymać je z dala od prawdy, która obaliłaby tak bezpodstawny pogląd. Rodzic zamyka w ten sposób córkę czy syna w ochronnej kuli domniemanej wyjątkowości i łudzi ich nadmiernym pochlebstwem, zamiast postawić ich w obliczu sprzeczności i ograniczeń.

Pierwszą ofiarą poświęconą na ołtarzu kultu dziecka będzie więc po raz kolejny prawda, uznawana za niebezpieczną ze względu na powodzenie i szczęście, jakim darzy. Lęk przed nią zmusza również rodzica do stawania się sztucznym mało spontanicznym, bezwolnym w pozostawaniu sobą albo po prostu nieszczerym w stosunku do dziecka. Sam rodzic, fałszując rzeczywistość, czyni ją niebezpieczną, ponieważ grozi możliwością „zabicia" złudzeń idealizowanego potomstwa. Tylko domek z kart musi być chroniony przed każdym najmniejszym podmuchem wiatru.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Patrzę w moje dziecko jak w obraz
Komentarze (2)
Z
Zdziwko
14 lipca 2010, 06:54
Ciekawa jaka jesteś Ty?Pewnie kompletne przeciwieństwo i rodzice Cię nie rozpieszczali.Daczego wychodziłaś za mąż przecież wiedziałaś jaki jest Twój facet.Skoro  nie jest zakompleksiony,ma swój świat to co w tym z łego?Prawie wszystkie kobiety zaczynają narzekać po ślubie!Jeśli będą w miare pewne swoich wyborów,a nie bo wypada,bo się z nim przespałam to nie będą wtedy tak się dziwić po fakcie i obsmarowywać mężów w komentarzach.Prawdopodobnie tą iluzją i chorym ideałem między innymi byłaś Ty.Oczywiscie chciałbym się mylić i żeby było na odwrót -Bez obrazy.
S
Smutna
13 lipca 2010, 19:27
Ehh, jakie to prawdziwe... moj maz był w taki sposob wychowywany i strasznie boi sie prawdy. Jest mistrzem wypierania roznych rzeczy, a w szczegolnosci takich ktore obalilyby jego niektore chore przekonania... prawda podobno wyzwala - tylko ta prawde trzeba najpierw samemu w pelni przed soba uznac. Nawet jesli mialoby sie okazac, ze przez dlugi czas zylo sie iluzja, nierealistycznymi marzeniami, chorymi idealami... :(