Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”

Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”
OBraz: Canva AI / ml

- W sieci łatwo jest pokazać wiarę od strony konkretnych informacji. Dużo trudniej jest próbować pokazywać wiarę od strony osobistego doświadczenia. Bo jakimi środkami wyrazu to zaprezentować? Postawić sobie kamerkę na czole i streamować nieustannie, jak się modlę, jak się odzywam do bliskich, jak traktuję współpracowników w pracy? - mówi Agata Rusek. - Są tacy twórcy, którzy “wpuszczają” obcych na swoją prywatną audiencję z Panem. Ja w tym widzę takie zagrożenie, że to spotkanie jest nie do końca otwarte i szczere. Odbieramy sobie w tym bycie autentycznym przed Panem - dodaje Magda Urbańska. Oto kolejny odcinek naszego piątkowego cyklu "Katoliczka w sieci". 

Magda Urbańska: Czuję Agato, że tym tematem wchodzimy na bardzo zaminowane pole. Bo temat niby jest oczywisty, ale tylko pozornie.

Agata Rusek: Z całą pewnością ten temat jest wielowymiarowy. Czy w ogóle da się pokazać wiarę jako taką? Bo wiesz, ja się ciągle nad tym zastanawiam: co, jak i w jakim celu pokazywać. Z jednej strony można dość łatwo prezentować wiarę przez pryzmat jakichś konkretnych informacji. I w tej perspektywie internet jest pełen kapitalnych treści przybliżających współczesnemu odbiorcy wiedzę teologiczną, życie Kościoła, cytaty z Pisma Św. czy z nauczania papieskiego albo choćby zrozumienie bogactwa liturgicznych symboli. Oczywiście, jest to obarczone jakimiś ograniczeniami i ryzykiem utracenia niuansów, nadmiernego uproszczenia. Ale myślę, że to jest ten rodzaj “pokazywania” wiary, który jest stosunkowo najprostszy, bo opiera się na faktach, na pewnej wiedzy. Pod tym kątem “robota katechetyczna”, którą robią osoby konsekrowane i kato-influencerzy, jest rewelacyjna, bardzo potrzebna i w rzeczywisty sposób pomagająca osobom wierzącym lub zainteresowanym wiarą poznawać jej teologiczne i liturgiczne meandry. Nic tylko brać.

Z drugiej strony dużo trudniej jest próbować pokazywać wiarę od strony osobistego doświadczenia. Bo czy da się dziś w wirtualnym okienku rzeczywiście pokazać to, jak wierzę? Jakimi środkami wyrazu to zaprezentować? Postawić sobie kamerkę na czole i streamować nieustannie, jak się modlę, jak się odzywam do bliskich, jak traktuję współpracowników w pracy? Jak wyznaczać granicę między tym, co jest moim dzieleniem duchowym przeżyciem, by nie zmanipulować odbiorcy, ale zainspirować go do własnego rozwoju? Jak tworzyć duchowy content, aby nie narazić innych osób (rodziny czy członków wspólnoty) na dyskomfort, że ujawnione zostaje coś, co miało zostać tylko w zaciszu ich osobistej modlitwy? 

DEON.PL POLECA



Pokazując wiarę, nie można odbierać prywatności ani sobie, ani innym

Magda Urbańska: Wiesz, kilka dni temu skończyłam rekolekcje ignacjańskie. Piękne, mocne, a jednocześnie bardzo osobiste doświadczenie. Gdy słyszę, co mówisz, bardzo to we mnie rezonuje. Czy mogę pokazać innym swoją wiarę? To doświadczenie z ostatnich rekolekcji: niby mogę, ale to nie będzie dla mnie dobre. Z drugiej strony to, o czym mówisz: że trzeba by zainstalować sobie na głowie kamerkę - niestety trochę się już dzieje. Są tacy twórcy, którzy “wpuszczają” obcych na swoją prywatną audiencję z Panem. Ja w tym widzę takie zagrożenie, że to spotkanie jest nie do końca otwarte i szczere, bo jednak mamy świadomość, że ktoś na nas patrzy i zasmarkanego nosa od płaczu nie wytrzemy w rękaw. Odbieramy sobie w tym bycie autentycznym przed Panem. Tak to niestety widzę. No i z drugiej strony: miałam kilka takich sytuacji na rekolekcjach, że coś zadziało się w jakimś konkretnym kontekście, który dotyczył np. osoby siedzącej obok mnie w kaplicy. Czy mam prawo o tym mówić? Nie, nie mam. Nie mam prawa naruszać jej prywatności.

Agata Rusek: Myślę, że coraz powszechniejsze dziś doświadczenie dyskomfortu, którego indywidualne odczucie wciąż jednak zależy od wielu czynników: wieku, temperamentu czy wykształcenia. Zobacz - są takie momenty w wierze, w których wiemy, że wszechobecność kamer w ludzkich rękach trzeba na wejściu ukrócić, bo rozprasza i blokuje. Umawiamy się jako rodzice, że na komunii dzieci jest tylko jeden fotograf, na ślubach często pojawia się taka prośba ze strony młodej pary, żeby goście skupili się na byciu tu i teraz, a nie na filmowaniu ich “tak”. Bardzo często taką prośbę można usłyszeć na uwielbieniach czy rekolekcjach, na większych i mniejszych chrześcijańskich imprezach. To dlatego, że organizatorzy z jednej strony wiedzą, że wymogi współczesnego marketingu są dziś bezwzględne i jeżeli chcesz docierać do nowych odbiorców, to musisz mieć na swoim feedzie mnóstwo atrakcyjnie zmontowanych kadrów, pokazujących emocje, głębokie przeżycia i piękno danego wydarzenia. Z drugiej strony równie dobrze wiedzą, że ludzie filmujący innych ludzi podczas modlitwy mogą ich całkowicie zblokować na doświadczenie spotkania z Panem Bogiem. Dlatego wynajmują profesjonalistów i jasno określają, kiedy i co będzie nagrywane. Ale ludzi nigdy w stu procentach nie zatrzymasz.

Myślę, że to jest ciekawa przestrzeń do autorefleksji: zastanawianie się, jak zachowuję się w Kościele czy podczas duchowych wydarzeń. Czy przypadkiem moje zachowanie z telefonem w ręku nie narusza czyjejś granicy prywatności? Bo jak się mam poczuć swobodnie przed Najświętszym Sakramentem, jeżeli towarzyszy mi obawa, że zaraz koleżanka ze wspólnoty wyciągnie telefon i zacznie mnie filmować, jak się rozklejam? W naszej wspólnocie mamy to wyraźnie ustalane i każdorazowo wiadomo, kiedy będzie robione zdjęcie na Facebooka, ale często dostaję od znajomych z chrześcijańskiej bańki takie relacje czy filmiki z chrześcijańskich wydarzeń, w których biorą udział i które chcą mi polecić. A na nich widać ogromne emocje, wzruszenia obcych im ludzi. Za każdym razem zastanawiam się, jak ten pan czy ta pani musieli się czuć, gdy zobaczyli komórkę w czyjejś ręce w momencie przeżywania czegoś bardzo osobistego. Pal licho, jeśli to jeszcze zostaje na pamiątkę na prywatnym dysku, ale jeśli ląduje w czyichś social mediach? Czy to już nie narusza czyjejś prywatności?

Jeszcze kilka lat temu nikt nie myślał o tym, jakie konsekwencje przynosi publikacja w sieci

Magda Urbańska: Tak, to jest nowe wyzwanie związane z technologią. Dlatego na rekolekcjach ignacjańskich jest całkowity zakaz korzystania z telefonów, na szczęście! Wchodząc w social media dziesięć lat temu sama nie miałam świadomości tego, jakie zagrożenia za tym idą… Jeszcze kilka lat temu nikt nie myślał o tym, że zdjęcie czy filmik z moim dzieckiem ktoś przerobi w AI i udostępni jako prawdziwy. Wchodząc w świat wirtualny kilkanaście lat temu nie mieliśmy zielonego pojęcia, w którą stronę to pójdzie. Dziś widzę, jak wiele autorefleksji trzeba, zanim klikniesz w przycisk “opublikuj”...

Agata Rusek: I to nie tylko o wizerunek chodzi. Ale też o to, czym się dzielisz i co ludzie z tym zrobią. Wiadomo, że nie masz wpływu na to, co inni o tobie mówią, myślą i co rozumieją z tego, co chcesz przekazać. Ale też za każdym razem, dzieląc się w realu przed szerokim gronem ludzi musisz mieć świadomość, że ktoś to może nagrać i nie zawsze twoja prośba o nienagrywanie wypowiedzi zostanie uszanowana.

Od razu przypomina mi się taka anegdotka z naszej posługi w Spotkaniach Małżeńskich. Byliśmy z mężem na rekolekcjach dla narzeczonych, gdzie przypadła nam radość opowiadania o intymności małżeńskiej. Bardzo lubię o tej przestrzeni życia codziennego opowiadać narzeczonym, ale mój małżonek już niekoniecznie czuje się w tym temacie swobodnie. Zawsze jednak pociesza się tym, że jeżeli już dzielimy się naszym świadectwem, to tylko na spotkaniach “na żywo”, kameralnych, gdzie osoba dająca świadectwo może patrzeć w twarz swoim odbiorcom i czuje się przez to bezpieczniejsza. A przynajmniej on się tak czuje. No i jesteśmy na tych rekolekcjach, dajemy z mężem świadectwo, jak pielęgnujemy naszą intymną relację, widzimy, że to, o czym mówimy trafia do tych młodych ludzi, po skończonym spotkaniu kilka par podchodzi, by jeszcze z nami oko w oko porozmawiać. Na końcu podbiega dziewczyna i z uśmiechem mówi do nas: “jejku, super to było, mojego narzeczonego dziś ze mną tu nie ma, ale to nic nie szkodzi - wszystko nagrałam na dyktafon i sobie odsłucha w wolnej chwili”. Chciałabyś widzieć minę mojego męża! (śmiech)

Pomyśl pięć razy, zanim podzielisz się czymś, co uznajesz za swoją prywatną sprawę

I ktoś może powiedzieć, że przecież ta dziewczyna puściła to tylko swojemu narzeczonemu. Daj Boże, by tak było. Ale jeśli nie? A jeśli posłała nasze świadectwo, w którym dzielimy się bardzo prywatnymi rzeczami, do swoich koleżanek? A jeśli postanowiła sobie z tego zrobić transkrypcję i wrzuciła do sztucznej inteligencji, przy okazji ją trenując i upowszechniając nasze ludzkie doświadczenie, na co nie wyraziliśmy zgody? Warto dziś pięć razy pomyśleć, zanim podzielisz się czymś, co uznajesz za swoją prywatną sprawę, nie tylko jeśli jesteś twórcą internetowym. Jako odbiorca takich treści miej też w sobie refleksję, że szacunek do prywatności, zwłaszcza jeśli idzie o takie przestrzenie jak czyjeś świadectwo czy dzielenie się życiem, wymaga taktu i pozostawienia tego dla siebie. Jest tu jeszcze inny wątek: dużo nam trudniej naprawdę zanurzyć się w bycie “tu i teraz” i w pełni wysłuchać czyjegoś dzielenia właśnie przez telefon w ręku i złudę, że wszystko możemy uchwycić w kamerze aparatu lub dyktafonu. 

Magda Urbańska: Pisząc o wierze zawsze warto być autentycznym, ale trzeba ciągle stawiać sobie pytanie o granicę. Na ile odsłonić siebie, by nie był to duchowy ekshibicjonizm? Wiara z założenia jest czymś bardzo intymnym, relacyjnym. Łatwo ją uprościć. Zagłuszyć w sobie sacrum. Z drugiej strony bez bycia świadkiem można głosić teorię, ale czy to o to chodzi w wierze i dzieleniu się nią? Niekoniecznie.

Są w wierze rzeczy, których nie da się pokazać innym 

Agata Rusek: “Zagłuszyć w sobie sacrum” - świetnie ujęłaś to ryzyko! Od razu mi to przypomina fragment mojej rozmowy z Martą Łysek sprzed kilku miesięcy, gdy rozmawiałyśmy o katolickich małżeństwach. W pewnym momencie Marta zapytała mnie o kanał na Youtube, który prowadzimy z mężem. Wrzucamy tam nagrania pieśni uwielbienia, które nam osobiście pomagają się modlić. I chociaż ta muzyka i te pieśni są zapisem naszych autentycznych modlitw, to jednocześnie są każdorazowo wspólnie uzgodnionym rejestrowaniem jakiegoś momentu. I prawda jest taka, że muzyką modlimy się w pełni swobodnie tylko wtedy, gdy tej kamery nie ma. Wtedy jest to pełne sacrum, a to, co widać na naszym kanale, jest naszym kompromisem. Modlitwa z mężem to w ogóle jest dobry temat, gdy rozmawiamy o prywatności. Ileż ja miewam pytań na “dobrej wnuczce” [koncie Agaty na Instagramie - przyp.red.] o to, jak się modlić z mężem! Dzielę się chętnie jakimś naszym doświadczeniem, ale to nie oznacza, że zapraszam na live z tego momentu. Jeżeli ja i mój mąż modlimy się w naszej sypialni, nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, w której ustawiam tam kamerę i robię stream. To sacrum, o którym wspominasz, zawsze będzie doświadczeniem bez widzów. Tylko ty, lub ty i mąż, i Pan Bóg. Wydaje mi się, że nie tylko nie warto, ale też po prostu nie da się tego “pokazać” innym.

DEON.PL POLECA


A co z mówieniem o wierze swoich dzieci? 

Magda Urbańska: Z drugiej strony kołysze się też we mnie inna myśl. Czy pisząc o wierze, powinnam poruszać temat wiary moich dzieci? Skoro jestem mamą, to czy pokazywać chwile ważne również dla nich? Wspominam niedawną Pierwszą Komunię młodszego syna. Bardzo uważnie dobierałam słowa, świadomie nie wrzucałam zdjęć z twarzą mojego dziecka. Widziałam jednocześnie odwrotny “trend” na Facebooku. I pojawia się we mnie pytanie: gdzie postawić granicę? Dla mnie grubym przekroczeniem jest wrzucanie zdjęć dzieci, które właśnie się spowiadają. To jest według mnie niedopuszczalne, by w ogóle robić takie zdjęcia, dokładnie w tym momencie. I czuję się w tym patrzeniu mocno osamotniona… Gdzie stawiamy granice? Czy w ogóle myślimy o tym, że odzieramy nasze dzieci z ich prywatności, że nasze wpisy mogą czytać ich koledzy z ławki i po prostu zacząć się z nich śmiać, szydzić, wytykać palcami? Czy warto za kilka lajków pod postem? Chyba nie…

Agata Rusek: Wiesz, myślę, że w czasach, gdy zalewa nas ocean treści, zachowań i opinii, bardzo łatwo gubimy w sobie wewnętrzny kompas (moralny? kulturalny?), co wypada, a co nie. Wszechobecne skupienie na “ja, moje, moim zdaniem” sprawia, że nie ma tej autorefleksji. Obstawiam, że bardzo wielu osobom po prostu nie przyjdzie do głowy, że robienie dziecku zdjęcia w momencie, gdy przystępuje do pierwszej spowiedzi, jest nadużyciem (choćby wobec tego dziecka czy innych dzieci przeżywających ten moment). I uważam, że tutaj jest kapitalna rola dla kapłanów, osób konsekrowanych, ale też dla nas, katolików, by uwrażliwiać, tłumaczyć, pokazywać, że każdy sakrament to sacrum, która nie potrzebuje “trzeciego oka” kamery.

Czy jestem gotowa na zderzenie z murem, gdy piszę o tym, co jest moją ogromną radością?

Magda Urbańska: Jakiś czas temu pojawiła się we mnie również pewna refleksja, której się po samej sobie nie spodziewałam… Zawsze staram się pisać bardzo jasno, wprost, bez niedomówień. Tak, by osoba, która czyta o moim doświadczeniu, mogła spotkać się z własnym, trochę się przejrzeć jak w lustrze. Z drugiej strony widzę - i to jest to odkrycie - że niekoniecznie ktoś odczytuje mój przekaz i intencje głębiej i po prostu muszę się z tym liczyć. Z tym, że pisząc o czymś dla mnie ważnym, w jakimś stopniu wpuszczam do mojego intymnego świata, do moich doświadczeń - a ktoś rzuca komentarzem, który może boli, może pokazuje, jak inne doświadczenia ma ta druga strona. Pokazuje mi to, że możemy się po prostu w naszym spojrzeniu bardzo rozminąć. Stawiam więc sobie za każdym razem na nowo pytania o to, co i ile pokazać. Jaki ma to cel? Czy jestem gotowa na zderzenie z murem, gdy piszę o tym, co jest moją ogromną radością? Czy czyjś komentarz nie zgasi we mnie dobrego doświadczenia? A jeśli tak - czy na pewno chcę opublikować ten wpis? Czy cena nie jest zbyt wysoka? Czujesz, co mam na myśli, Agatko?

Agata Rusek: Oj czuję, czuję i myślę, że kolejny odcinek poświęcimy “mamom - katoliczkom w sieci”, bo to, co sygnalizujesz, dobrze widać w przypadku dzielenia się życiem rodzinnym w sieci.

Magda Urbańska: Zapraszamy już za tydzień!

Zobacz poprzednie odcinki serii:

1. „Autentyczność się nie niesie”. Katoliczki o presji i sile social mediów

2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci

3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom

4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki

 

 

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.