Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci

Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
Canva AI / mł

- Jedyną rzeczą, która dziś cokolwiek mi utrudnia w sieci, jest hejt. Kiedyś bardzo brałam do siebie każdy atak, zastanawiałam się co jest ze mną nie tak, że jestem atakowana w taki sposób. Czym sobie zasłużyłam na to, że ktoś wprost życzy mi śmierci.  Dziś wiem, że aby działać w sieci, trzeba mieć nie tylko grubą skórę, ale również dużo rozsądku i głębszego rozeznania tego, co i ile pokazuję, na jakie współprace się zgadzam - mówi Magda Urbańska w rozmowie z Agatą Rusek. To druga rozmowa z cyklu "Katoliczka w sieci". 

Magda Urbańska: Co naprawdę piszą do katoliczek w sieci... Uśmiecham się do tego tematu, bo od prawie dziesięciu lat jestem aktywna w sieci. Otwarcie mówię o swojej wierze i trudnościach, jakie trafiam na drodze. Czy doświadczam hejtu? Tak, od lat. Dziś jednak podchodzę do niego zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy zaczynałam swoją przygodę z prowadzeniem moich kont. Kiedyś bardzo brałam do siebie każdy atak, zastanawiałam się co jest ze mną nie tak, że jestem atakowana w taki sposób. Czym sobie zasłużyłam na to, że ktoś wprost życzy mi śmierci. To było trudne doświadczenie, bardzo. Z drugiej strony same media działają tak, że liczy się “klikalność” i miałam taką sytuację, gdy wycięto fragmenty mojej wypowiedzi, zmontowano pod pomysł produkcji i poszło w świat - a to nie była moja historia, choć ktoś podpisał to moim nazwiskiem. Dziś wiem, że aby działać w sieci, trzeba mieć nie tylko grubą skórę, ale również dużo rozsądku i głębszego rozeznania tego, co i ile pokazuję, na jakie współprace się zgadzam, z kim i dlaczego współpracuję.

Agata Rusek: Tak, publiczna działalność w sieci dość szybko odziera z naiwnej wiary w ludzkość (śmiech przez łzy) i bardzo mocno uczy pokory. Pojawia się tu kilka wątków wartych uwagi: po pierwsze, jak bardzo poczucie anonimowości (złudne, dodajmy), wzmocniło w ludziach bezkarność w ocenianiu bliźniego. Granica wstydu też nam się mocno przesunęła; coraz rzadziej można się spotkać z mentalną barierą, że “czegoś nie wypada” publicznie pisać albo mówić.

DEON.PL POLECA



Bolą okrutne słowa ze strony niewierzących, ale bardziej niechęć ze strony "swoich" 

Po drugie: logika szybkości, natychmiastowości i klikalności, na której opiera się funkcjonowanie social mediów, zdewastowała nasz język. Nie tylko to, w jaki sposób komunikujemy się ze sobą, ale też to, jak powierzchownie formułujemy nasze myśli, wewnętrzne refleksje i potrzeby! Nie wiem, czy ktoś bada dziś “autohejt”, jaki pojawia się w człowieku, który nasiąka treściami z niebieskiego ekranu. Od lat jestem zdania, że w internecie nie da się prowadzić dialogu, ale z przykrością obserwuję, że postęp technologiczny coraz częściej wpływa również na sposób, w jaki formułujemy i wyrażamy nasze myśli w realu i to w stosunku do samych siebie. Ten problem będzie narastał.

I po trzecie: warto, by katoliczka w sieci uważała na to, by nie wpaść w koleiny starotestamentalnego "oko za oko" i nie zarazić się hejterskim bakcylem oraz nieufnością wobec bliźniego. Sama ciągle się dziwię tym, jak wiele nienawiści ludzie potrafią umieścić w internecie i z jaką łatwością kategoryzują ludzi. Widzę też, jak znieczula mnie obcowanie z takimi treściami: czasem sama siebie zaskakuję, gdy zauważam, że czyjaś niegrzeczność ani mnie nie zatrzymała, ani nie poruszyła, że przyjęłam ją za normę, a co gorsza - poświęciłam nieco czasu, by sformułować w głowie zjadliwą i zapiekłą replikę. Czy to jest dobre świadectwo dla katoliczki w sieci? Ale przyznam, że po tych kilku latach działania w sieci bolą mnie nie tyle wulgaryzmy czy bardzo okrutne słowa, które sporadycznie mnie dotykają ze strony niewierzących osób, ile pełne pogardy, oceny i niechęci komentarze i reakcje ze strony “swoich”, czyli ludzi, którzy jak ty czy ja piszą w sieci o Panu Jezusie, Kościele i wierze.

Jedyną rzeczą, która dziś cokolwiek mi utrudnia w sieci, jest hejt

Magda: Tak! Jedyną rzeczą, która dziś cokolwiek mi utrudnia w sieci, jest hejt. Szczególnie ze strony innych katolickich twórców, od których oczekiwałabym innej postawy… Nie przywiązuję się do statystyk i liczby obserwujących moje profile, więc one mnie tak nie do końca dotyczą, choć wiem, że przez takie podejście moje treści docierają do mniejszego grona odbiorców. To jest jednak świadoma decyzja. Bolą mnie jednak takie sytuacje, w których myślisz, że razem z kimś gracie do jednej bramki, działacie na podobnym polu, a ktoś z zazdrości np. kradnie twoje pomysły albo rozsyła o tobie nieprawdziwe informacje w środowisku, żeby podkopać twój autorytet. Myślę, że to jest główna rzecz, która utrudnia mi działania w sieci, zabiera radość z tworzenia i sprawia, że mam ochotę schować się przed światem.

Agata: Dla mnie szczególnie trudne są sytuacje, gdy dostaję jakieś konkretne prośby powiązane z treściami duchowymi, ale takie właśnie doprawione posypką z hejtu wobec innych - na przykład o modlitwę, by szlag trafił sąsiada, o nawrócenie kapłana, którego sama cenię albo o udostępnienie informacji o duchowej akcji, która jest nakierowana nie na dobro, tylko na to, by kogoś zmieść z powierzchni ziemi. Staram się te osoby i ich “intencje” zanosić Panu Jezusowi na adorację, trochę w myśl: "Nie wiem, co z tym zrobić, weźże, Jezu, się tym zajmij tak, żeby to utonęło w Twojej Miłości”. Zdarza się, że jeżeli nie spełnię tego typu próśb i zareaguję na nie odmową, to dana osoba pozwala sobie wyrazić wiele nieprzychylnych ocen i opinii na mój temat. Takie komentarze czy wiadomości nie są oczywiście w stanie złamać mojego poczucia własnej wartości, natomiast nie jest tak, że spływają jak po kaczce. I to bardzo mocno chcę podkreślić: hejt po prostu boli i nie jest tak, że nic a nic człowieka nie rusza.

Magda: Jak to? Nie jesteś “ponad to”? [śmiech?]

Agata: Mogę czuć się córką Króla, ale to nie znaczy, że noszę głowę tak wysoko, by nie słyszeć ani nie czuć jak mnie opluwają. Wiesz, jeśli idzie o hejt, to na swoim koncie mam do tej pory jedno takie szczególnie trudne doświadczenie. To był jedyny jak do tej pory felieton dla deon.pl, po którym podjęłam decyzję o zdjęciu zajawki tekstu z mojego feedu na instagramowym koncie - bo skala napastliwych tekstów mnie po prostu przerosła. Wiedziałam, że te słowa, które pojawiały się w komentarzach czy w prywatnych wiadomościach nie były o mnie, a świadczyły o osobach, które je napisały, ale jak ktoś obrzuca drugiego człowieka błotem, to to błoto jednak oblepia. Tamto doświadczenie zostawiło we mnie taki obraz, że z błota zaczęła robić się skorupa, a w środku tej skorupy było moje wrażliwe serce. I ono w wyniku tego hejtu zaczęło się karmić lękiem, frustracją i poczuciem krzywdy. To nic, że zignorowałam obelgi, nie dyskutowałam z kłamstwami, nie wnikałam w przyczyny, dla których komuś chciało się coś tak do mnie napisać. Poraniło mnie ostrze cudzych ocen, krzywdzących opinii i pełnych pogardy obelg. Zostało echem w myślach. I smutkiem, że cywilizowani ludzie nie mają żadnych zahamowań, by pisać podłe rzeczy bliźniemu. Zdecydowałam się wtedy zdjąć z mojego instagrama tekst nie dlatego, że przestałam wierzyć w to, co napisałam, tylko dlatego, żeby siebie chronić. Swoją drogą, Magda, jaką ty masz “politykę” wobec hejterskich komentarzy?

Hejterskie komentarze kasuję, a ich autorów blokuję

Magda: Bardzo prostą. Hejterskie komentarze kasuję, a ich autorów blokuję. Kiedyś miałam z tym problem - bo "każdemu trzeba dać szansę". Nie, trzeba chronić samego siebie i “resztę” moich odbiorców, którzy też te komentarze widzą.

Agata: I ta praktyka dobrze ilustruje, jak bardzo w nosie masz zasięgi [śmiech]. Bo przecież im więcej “ognia w komentarzach”, tym algorytmy chętniej pokazują nasze treści innym ludziom. Sama zresztą mam bardzo podobną praktykę. Wychodzę z założenia, że moje konto na Instagramie to “mój kawałek” internetu, więc jestem za niego i za osoby, które na nim goszczą, w jakiś sposób odpowiedzialna. Magda, a co ciebie wspiera w byciu autentyczną w sieci? Jak sobie radzisz z niechęcią innych wobec twojego dzielenia wiarą?

Magda: To, co mnie pomaga, to decyzja, którą podjęłam kilka lat temu: że moje profile podpisane są nazwiskiem. Nie bez powodu, bo zdecydowałam, że dzielę się albo prawdziwie, z serca, albo wcale.  To mi przyniosło wolność - w tworzeniu, w tym, co i jak pokazuję. Ale tu też wjeżdża pewne zagrożenie, którego muszę być cały czas świadoma jako katolicki twórca: że moje treści nie mają na celu pokazać, jaka ja jestem fajna, ale to, że życie z Bogiem to niesamowita i wspaniała przygoda. Na ile mi się to udaje, nie wiem… Mam jednak przed oczami ten cel i często do niego wracam - by ludzie, którzy czytają moje treści, nie żyli moimi emocjami, ale by spotkali się ze swoim sercem, stawiali pytania o swoje życie i codzienność. Łatwo jest popaść w pychę i samozachwyt. Wracam więc często do myśli o tym, jaki jest cel mojej twórczości.

Agata: To ta autorefleksja, o której mówiłaś ostatnio - ona naprawdę jest bardzo potrzebna, jeśli chcesz być świadomie katoliczką w sieci. Mnie z kolei bardzo pomaga coś, co nazywam “uziemianiem”. Po pierwsze, staram się bardzo świadomie dbać o to, by moja duchowość nie karmiła się tylko treściami wirtualnymi, ale by budować ją w rzeczywistości - na sakramentach, na faktycznym (fizycznym) byciu z Panem Jezusem na modlitwie, na czytaniu Jego Słowa, a nie (tylko) komentarzy o Nim. To mnie naprawdę ładuje, to mnie odżywia, buduje i tylko wtedy, gdy On ma faktyczny priorytet w moim życiu, mam czym się dzielić z innymi i mam siły, by żyć pełnią życia.

Mam przy sobie ludzi, którzy nie pozwalają mi latać. I to bardzo dobrze

Po drugie, mam przy sobie ludzi, którzy nie pozwalają mi latać i to jest bardzo, bardzo dobre. Chodzi mi o to, że będąc w sieci, bardzo łatwo jest stracić z pola widzenia to, jak wygląda prawdziwe życie, prawdziwe duchowe potrzeby, nadzieje i wyzwania. Mój mąż, dzieciaki, rodzina, wspólnoty, w których wzrastam to ludzie, którzy trzymają mnie przy ziemi, a nie przy jakichś wyobrażeniach (marzeniach, lękach, wizjach) oderwanych od życia tu i teraz. Mogę więc doświadczać hejterskich komentarzy - ale mam blisko przy sobie ludzi, którzy nieustannie dbają o to, bym słyszała: kochamy cię, jesteś dla nas ważna, to, co mówisz ma sens. Mogę nasłuchać się najgłębszych rozważań o transsubstancjacji, ale siadając z nimi przy stole, szybko weryfikuję, co jest ważne dla naszej miłości, dla naszego rozwoju, dla naszego zbudowania w konkrecie mojej rzeczywistości. Mogę podglądać, jak cudownie funkcjonują jakieś supermamy albo superewangelizatorki w sieci, ale potem wracam do mojego otoczenia i doświadczam bardzo przyziemnych trudów (niezrozumienia, rozczarowania, braku finansów, kompetencji, cnót). I właśnie to trudne doświadczenie pozwala mi żyć prawdą, a nie złudzeniem. To mnie bardzo wspiera i pomaga się nie pogubić w wirtualnej sieci.

DEON.PL POLECA


Czasem mi wstyd za katolickich twórców

Magda: Myślę też o czymś głębiej, wiesz? Czasem mi wstyd za katolickich twórców. Tych, którzy pokazują swoją codzienność zbyt głęboko i wystawiają na publiczny widok momenty, które powinny zostać w rodzinie. I z jednej strony odsłaniają najintymniejsze momenty swojego życia, a z drugiej często to, co wciskają odbiorcom, jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Czasem trzeba coś sprawdzić, zweryfikować. A oni tego nie robią… Ludzie, którzy im zaufali, wchodzą w to jak w masło i są po prostu wprowadzeni w błąd. Dostają błędną “naukę” albo jej wykrzywioną interpretację i wierzą, że to prawda. Często twórca zastępuje osobiste rozeznanie, niestety… Jest też ta druga strona, czyli strona odbiorców. Bardzo często dostaję wiadomości od moich odbiorców z prośbami o radę czy pomoc. Jeśli ktoś pyta o to, jaką książkę polecę, spoko. Ale często jest tak, że ludzie opisują mi bardzo intymne szczegóły swojego życia, swoich trosk. Obcej babie w internecie opowiadają rzeczy, które wstydzą się powiedzieć w konfesjonale. To może mieć opłakane skutki, ale pokazuje też ogromną ludzką samotność, zagubienie… Odpowiadam wtedy często, że mogę się za tę osobę pomodlić, ale nic więcej, że nie udzielam rad przez messengera… Nie mam cudownej recepty; a to są często tematy na terapię czy kierownictwo duchowe. Katolicki twórca powinien bardzo uważać na to, by tych rad nie udzielać, bo  może komuś zrobić ogromną krzywdę. Trzeba tu dużo delikatności, ale też myślę, że pokory… Szacunku do czyjejś trudnej historii.

Agata: Rozmawiamy dziś o tym, co naprawdę ludzie piszą do katoliczek w sieci. I dobrze, żeby to wybrzmiało: że do katoliczek w sieci ludzie nie piszą tylko hejtu. Często piszą też bardzo trudne rzeczy, nie bezpośrednio nas dotykające, ale pokazujące ogromną samotność w różnych problemach. I to jest coś, o czym warto rozmawiać w naszych środowiskach, bo pokazuje ogromną przestrzeń dla osób wierzących i niesłychane zadanie dla duszpasterzy.

Zaczęłyśmy zresztą naszą rozmowę od refleksji, że granica wstydu, tego, co wypada, a co nie wypada, bardzo się przesuwa. Ale z drugiej strony jak na dłoni widać, że ludzkość, choć tak technologicznie rozwinięta, nosi w sobie bardzo żywą, w swej istocie bardzo Bożą tęsknotę za relacją. Nie za relacją terapeutyczną, mentorską czy couchingową, tylko za relacją wspólnotową. Taką, w której siadasz z kimś i twoim darem dla niego jest po prostu towarzyszenie, usłyszenie jego trosk i zauważenie jego problemu. Bycie: fizyczne bycie razem. Tylko tyle i aż tyle. Kto wie, może stoimy przed wielkim renesansem Kościoła z tego powodu? Może to tylko chwilowo treści dotyczące wiary, dobra, nadziei i prawdy “się nie niosą” w sieci?

Magda: Nie niosą? Hmmm… Myślę, że to dobry temat na kolejny odcinek! [śmiech]

---

To druga rozmowa z cyklu "Katoliczka w sieci". - To potrzebne, żeby zacząć te rzeczy nazywać: że mamy takie problemy, że w sieci nas, katoliczek jest dużo i przeżywamy to podobnie. Potrzebujemy tego, żeby usłyszeć, że to, co się z nami dzieje z powodu mediów społecznościowych czy wpływu sztucznej inteligencji na rzeczywistość, jest normalne - mówią nasze publicystki. 

Jesteś wierząca i dzielisz się swoją wiarą w sieci? Podziel się z nami swoimi spostrzeżeniami. Pisz do nas na redakcja@deon.pl

Katoliczka w sieci. Kobieta, która coraz częściej idzie przez życie z czatem AI jako duchowym towarzyszem, szuka wspierających treści na Instagramie albo sama zaczyna dzielić się swoją codziennością i relacją z Bogiem. Doświadcza osamotnienia, erozji relacji, czasem hejtu z powodu wiary. Szuka sensu w setkach rolek pełnych cudzych emocji, bywa przebodźcowana i rozproszona, ale poza siecią trudno jej żyć. Co z naszym mózgiem i duchowością robią media społecznościowe i sztuczna inteligencja? Z czym mierzy się katoliczka w sieci? O tym w naszym nowym cyklu "Katoliczka w sieci" rozmawiają Agata Rusek i Magdalena Urbańska. Na kolejne odcinki zapraszamy w piątki. 

 

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.