Paradoks Instagrama. Nigdy nie byliśmy tak widoczni i tak oddaleni jednocześnie

Paradoks Instagrama. Nigdy nie byliśmy tak widoczni i tak oddaleni jednocześnie

Dzyń! – przychodzi wiadomość na messengerze. „Tak tylko chciałam zapytać, czy wszystko u ciebie ok, bo dawno nic nie publikowałaś” – czytam. To z jednej strony bardzo miłe, a z drugiej – pokazuje, jak daleko zaszliśmy już w tworzeniu relacji przez sieć.

Dziś brak publikacji potrafi być odbierany niemal jak zniknięcie. Większość ludzi w mediach społecznościowych (nawet te osoby, które same rzadko coś publikują) zakłada, że jeśli wydarzy się coś ważnego, na pewno to wrzucisz, pokażesz zdjęcie. Nie muszę cię pytać, jak się masz - bo spodziewam się, że sam to pokażesz w stories...To ironicznie zabawne, bo jako dzieci marzyliśmy o czapce niewidce. Teraz niewidzialność okazuje się trochę niepokojąca; jeśli przez długi czas nic nie wrzucasz, znajomi zaczynają trochę o tobie zapominać, jak o kimś, kto wyprowadził się do innego miasta i przestał się odzywać.

Groźne jest to, że coraz więcej osób w budowaniu relacji zaczyna polegać głównie na mediach społecznościowych. Często robią to nieświadomie, bo taki rodzaj więzi tworzy się bez wysiłku, wystarczy śledzić czyjeś konto, czytać wpisy, oglądać zdjęcia, żeby mieć wrażenie, że jest się na bieżąco. Pamiętam to dziwne uczucie, które mi towarzyszyło podczas niektórych rozmów ze znajomymi, gdy w czasach blogowego boomu prowadziłam bloga o byciu mamą i dzieliłam się na nim niektórymi historiami z życia.

- Co u ciebie? – pytał ktoś.
- Byłam ostatnio w zoo – zaczynałam i słyszałam:
- A tak, tak, czytałam twój wpis. A co tam jeszcze?
- Czytałam fajną książkę…
- A tak, tak, widziałam u ciebie okładkę.

Po kilku latach zamknęłam bloga. Presja na pokazywanie coraz większej części prywatnego życia wzrastała, a ja nie zamierzałam jej ulegać, bo swoją prywatność bardzo sobie cenię. Jeszcze przez chwilę byłam w społecznej pamięci – jak serial, który się polubiło, więc się o nim jeszcze pamięta - a potem stałam się niewidzialna. W moje miejsce weszły inne seriale. Trafnie podsumowuje to zjawisko Agata Rusek w rozmowie z Magdą Urbańską: tendencja jest taka, że jeśli chcesz budować wokół siebie społeczność, to musisz wpuszczać ludzi za kulisy i raz po raz uchylać rąbka prywatności. Jeśli nie uchylasz – twoje konto przestaje być atrakcyjne dla algorytmu. Treści pozbawione autentyczności lub choćby jej dobrze wyreżyserowanego złudzenia nie są tak więziotwórcze, jak chce platforma; celem jest przecież zatrzymanie ludzi jak najdłużej, a nie wypuszczanie ich z powrotem do realnego świata, na którym właściciel platformy bezpośrednio nie zarabia.

Właśnie dlatego jest, jak jest: mamy czasy wielkiej samotności, słabych relacji, przygnębienia i uzależnienia od internetowej dopaminy. Smartfony okazały się tak wciągającym światem, że nawet dzietność na świecie bardzo spadła po ich wprowadzeniu na szeroką skalę; mówią o tym publikowane niedawno badania. Media społecznościowe, które miały być ułatwieniem kontaktu, stały się obciążeniem; nagle łapiemy się na tym, że Instagram, który miał dawać okazję do bycia z ludźmi, daje głównie zmęczenie. Że mając dostęp do setek cudzych żyć jesteśmy cudzym życiem na maksa przebodźcowani. Że realne relacje bardzo na tym straciły; po co iść do knajpy, skoro można popisać na whatsaspp. Po co jechać do innego miasta, skoro można zdzwonić się na wideo… Po co umawiać się ze znajomymi na update swoich przygód, skoro można je opisać na fejsie i osiągnąć cel – żeby wiedzieli – dużo szybciej i prościej.

A gdy już wsiąkniemy w ten wyprodukowany dla nas socialmediowy schemacik: chcesz, żeby ludzie cię nie zapomnieli, wrzucaj posty i zdjęcia, chcesz, żeby twoje konto twórcy było bardziej widoczne, stosuj się do zasad, które teraz podpowiada algorytm - nagle okazuje się, że to, co miało nam ułatwić dzielenie się naszym własnym, unikalnym życiem, stało się kolejnym wciskaniem w formatkę, nowym owczym pędem. Bo algorytm nie chce tego, co wyjątkowe; premiuje to, co ma przewidywalny format, powtarza trend, jest autentyczne, ale w wyznaczonych ramkach.

By mieć głos, tracimy głos. Bo tak się to kończy. Tak, że ludzie zaczynają mówić, wyglądać, nagrywać i pisać podobnie, żeby nie wpaść w zasadzkę niewidzialności; żeby ktoś jeszcze zobaczył, co u nich, czym żyją, co chcą światu powiedzieć. By mieć głos, tracimy głos, zaczynamy mówić „po cudzemu”: oto paradoks rozhulanej sieci społecznościowej. Niby stary jak świat, bo najbardziej lubimy to, co już znamy i co widzieliśmy, ale gdy to hasło przestaje być wytyczną dla producentów rozrywki, a zaczyna być zasadą naszego prawdziwego życia, którym chcemy się dzielić – robi się słabo i źle. Bo zaczynamy wątpić w swoją wyjątkowość, jaką każdy z nas ma tylko dlatego, że jest sobą.

Przestajemy zauważać swoją unikalną wartość, swoje wyróżniające cechy, swój niepowtarzalny zestaw talentów. Oceniamy swoją wartość pod kątem użyteczności w sieci: co z nas się kliknie, a czego algorytm nie polubi. W efekcie pokazujemy to, na co jest popyt, tworząc swoje zasięgowe alter ego – i z taką wersją nas związują się ludzie, którzy nas w mediach społecznościowych obserwują. I gdy nie ma czasu ani przestrzeni na prawdziwe, realne spotkanie, podczas którego możemy być sobą i mówić  o tym, co jest prawdziwe, a nie nośne – nasze ludzkie relacje zamieniają się w relacje awatarów. I tylko czasem ktoś mniej pochłonięty przez cyfrowy świat zatrzyma się i zapyta: a co naprawdę u ciebie? Co słychać w twoim życiu, którego nie widać w sieci? Chodź na kawę, pogadamy.

---
To mój głos w dyskusji, którą na naszych łamach prowadzą Agata Rusek i Magdalena Urbańska. Pokazują, jak wygląda obecność wierzących kobiet w sieci, odsłaniają kulisy mediów społecznościowych, mówią szczerze o tym, czego doświadczamy, mając konta w mediach społecznościowych, co to robi z naszymi relacjami i mózgiem. Serię zobaczysz tutaj

DEON.PL POLECA



 

 

DEON.PL POLECA


Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Marta Łysek

Zło jest bliżej niż ci się wydaje…

Sokółka, mała urokliwa miejscowość na Podlasiu. Spokojne życie mieszkańców przerywa zagadkowe zaginięcie proboszcza. Strach i napięcie potęguje wiadomość, że w okolicy doszło do brutalnej zbrodni.

Grzegorz Sobal, kiedyś...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Paradoks Instagrama. Nigdy nie byliśmy tak widoczni i tak oddaleni jednocześnie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.