Komandosi z więzienia

Komandosi z więzienia
Dowódca podkreśla: - Może to slogan, ale jesteśmy tak silni, jak silne mamy nasze najsłabsze ogniwo (fot. kennymuz / flickr.com)
10 lat temu
Logo źródła: Dziennik Polski Piotr Subik / slo

Grupy Interwencyjne Służby Więziennej, których w Polsce powstało 15, mają przy okazji pomóc zwalczyć stereotyp funkcjonariusza SW. A ten stereotyp to: niskie wykształcenie, brzuszek, znęcanie się nad więźniami, wymuszanie posłuszeństwa pałką.

Major Bogusław Kawończyk, dyrektor Zakładu Karnego w Nowym Sączu, doskonale pamięta bunty, które przetoczyły się przez polskie więzienia w okresie transformacji ustrojowej. Pracował jako młody funkcjonariusz w Zakładzie Karnym w Goleniowie koło Szczecina, kiedy w grudniu 1989 r. zdesperowani więźniowie przejęli kontrolę nad kilkoma pawilonami. Powód? Zapowiadana amnestia, mimo obietnic składanych przez polityków, nie miała dotyczyć recydywistów.

Rozgoryczeni kryminaliści odebrali więc klawiszom klucze do cel, zabarykadowali się w nich, a kiedy próbowano odzyskać władzę nad więzieniem zaczęli palić, co się tylko dało, rzucać cegłami, dachówkami, śrubami, mutrami, itp. Doszło do walk i dopiero demonstracja siły MO spowodowała, że zbuntowani poddali się. Jednak skutki rozruchów były opłakane. Podczas samosądu zabito osadzonego, ranni zostali strażnicy, straty w mieniu szły w dziesiątki miliardów starych zł. A w Czarnem, też na Pomorzu Zachodnim, w tym samym czasie - i z tego samego powodu - podczas buntu zginęło sześciu osadzonych, rany odniosło ponad sto osób. Mjr Kawończyk ma na ten temat wyrobione zdanie: - Nie mówię, że gdyby wtedy istniały grupy interwencyjne, buntów by nie było. Jednak na pewno inna byłaby ich eskalacja.

Teraz tłumieniem rozruchów w więzieniach, jeśli nastąpią, bo od wielu lat, odpukać, w tej sprawie spokój, mają się zająć właśnie Grupy Interwencyjne Służby Więziennej (GISW). Powstały jako element reformy więziennictwa w połowie ub. roku decyzją ówczesnego dyrektora generalnego SW, pułkownika Kajetana Dubiela. W Małopolsce GISW działa przy sądeckim ZK. Nie bez powodu: nieetatowa grupa SW do zadań specjalnych istniała tam od 2008 r. To więzienie, w którym wyroki odsiadywała lub odsiaduje czołówka przestępczości zorganizowanej w Małopolsce, m.in. członkowie tzw. gangu Ala Capone. Chciano więc dmuchać na zimne.

Musi być impuls, jak np. w Goleniowie i Czarnem informacja zasłyszana przez więźniów w TV - o zasadach amnestii, i lawina toczy się samoistnie.

Są sposoby

Zbuntowani mają sposoby, by zwrócić na siebie uwagę. - Odmawiają jedzenia, barykadują się w celach, biorą zakładników spośród strażników albo swoich, następuje totalna demolka, dochodzi do regularnych bitew. To ludzie nieprzewidywalni, z marginesu społecznego, którym na niczym nie zależy. Bo jeśli odsiadują dożywocie albo nawet dwa - to już i tak nie mają nic do stracenia - tłumaczy mjr Bogusław Kawończyk.

Zaczyna się od negocjacji; problem próbują rozwiązać obecni na oddziale funkcjonariusze. Potem dyrekcja jednostki. Ale może to nie przynieść skutku. I wtedy muszą wkroczyć do akcji ludzie z GISW.

Grupy będą interweniować podczas niebezpiecznych zdarzeń, np. właśnie wystąpień zbiorowych. Różnych. Może dochodzić do buntów nie tylko w celach, a także na spacerniaku. Może się zdarzyć próba odbicia więźniów z zakładu karnego, aresztu lub z konwoju. Mogą się zdarzyć napady na funkcjonariuszy podczas służby. Może się zdarzyć wiele innych nieciekawych rzeczy. To od czasu do czasu, oczywiście. Ale i na co dzień członkowie GISW nie narzekają na brak pracy.

Konwojują osadzonych między więzieniami, do szpitali, urzędów, itp. Prowadzą kontrole w aresztach i więzieniach w dwóch województwach - w Małopolsce i Świętokrzyskim, bo taki zasięg działania ma Okręgowy Inspektorat SW w Krakowie. A GISW podlegają bezpośrednio dyrektorom okręgowym; to oni decydują, co, jak, gdzie i kiedy.

Czego szukają podczas kontroli? Wszystkiego, co niedozwolone za kratami. - Można mieć w celi ubranie, książki, dokumenty, i właściwie tyle. Nie można - telefonów komórkowych, środków odurzających, narkotyków. Jednak osadzeni miewają rzeczy, o których nam się nawet nie śniło. Bo jaki problem zapiec w przekazanym w paczce cieście brzeszczot od piły? To prawda, że nikt już nie piłuje krat, nie robi podkopów, by uciec z więzienia, ale...

Trzeba być na wszystko przygotowanym

Po kolei przetrzepują szafki, łóżka, pościele; zaglądają pod podłogę, w wentylację, w niemal każdy załomek muru. Ustawiają osadzonych pod ścianą, sprawdzają wykrywaczami metali, telefonów komórkowych. Znajdują amfetaminę i marihuanę, czasem kokainę i heroinę. Na środki odurzające i alkohol zwraca się szczególną uwagę. - Czterdziestu odurzonych mężczyzn na placu spacerowym? Skończyłoby się to ofiarami śmiertelnymi - nie ma wątpliwości dowódca GISW z Nowego Sącza (ze względu na specyfikę służby nie ujawnia swego imienia i nazwiska).

Zdarza się, że nikt nie przyznaje się do przemyconych do cel przedmiotów. A te bywają piętnastoosobowe, trudno więc ustalić ich właściciela. Z powodu liczebności osadzonych trudno też czasem dojść z nimi do ładu; zdarza się więc użyć siły, by wymusić posłuszeństwo. Są na to przygotowani, interwencja nie kończy się trzydziestodniowym zwolnieniem lekarskim. Dowódca GISW tłumaczy: - Idealny funkcjonariusz policji to 180 cm wzrostu i 80 kilogramów wagi. Idealny członek GISW - to 110 kilogramów wagi przy podobnym wzroście. Bo większość osób, wobec których interweniujemy, to żyjący w panującym w więzieniu kulcie siły. Są bardzo dobrze zbudowani, mają duże gabaryty, a my rzadko działamy z bronią palną. Mamy obezwładnić człowieka, a nie wyeliminować go.

Broni na oddziałach nie noszą też zwykli strażnicy: żeby nie kusić losu, by nagle zagrożenie nie wzrosło w dwójnasób, gdyby któremuś z osadzonych udało się ją im wyrwać. Broń mają tylko strażnicy na wieżyczkach; mają ją też podczas konwojów funkcjonariusze GISW. Bo wtedy łatwo podjąć próbę odbicia konwojowanego; wystarczy zajechać więźniarce drogę... Będą ją też mieli członkowie GISW, gdy dojdzie do sytuacji kryzysowej.

To funkcjonariusze nieprzypadkowi. Wprawieni w strzelectwie, specjaliści sztuk walki (karate, combat 56, krav maga). Tacy, którzy marzyli o służbie w policji, albo mieli w życiu epizod w komandosach, zaliczyli misje wojskowe.

 

Przede wszystkim sprawność fizyczna,

Wymogi stawia się im takie, jak kandydatom do pododdziałów antyterrorystycznych w policji. Trzeba przejść badania psychologiczne, lekarskie; mieć nienaganną opinię służbową. Grupa Interwencyjna to ma być elita SW.

Na początku, gdy istniała grupa nieetatowa, było ich ośmiu. Sami zapaleńcy, bo jak tu nie być zapaleńcem skoro za wszystko płaci się z własnych kieszeni. A tylko podczas weekendowego treningu strzeleckiego wystrzeliwali 600 sztuk amunicji na głowę, a prawo nie pozwalało dyrektorowi więzienia dać im na to ani złotówki. - To budziło uśmiech naszych kolegów. Bo po pracy, zamiast do domu szliśmy na salę gimnastyczną. I nie dość, że nie mieliśmy za to dodatkowych profitów, obciążało nas to finansowo - mówi dowódca GISW.

Etatowa GISW liczy 16 ludzi. Gdyby nie naszywki na ramieniu z napisem "Służba Więzienna", tylko oko znawcy odróżniłoby ich od policjantów z AT. Czarne kombinezony i czarne hełmy z kevlaru, gogle, kamizelki kuloodporne, buty taktyczne, nałokietniki, nakolanniki, itp. Ewentualnie broń krótka - walter P99, długa - kbk AKMS; środki przymusu bezpośredniego: kajdanki, pałki tonfa, miotacze gazu. Naprawdę robią wrażenie. Nieraz wystarczy tylko, że się pokażą, by za kratami wrócił porządek. Mjr Kawończyk: - Inne podejście ma skazany do funkcjonariusza nikłej postury, a inne do takiego, który wygląda jak Andrzej Gołota.

Grupy Interwencyjne Służby Więziennej, których w Polsce powstało 15, mają przy okazji pomóc zwalczyć stereotyp funkcjonariusza SW. A ten stereotyp to: niskie wykształcenie, brzuszek, znęcanie się nad więźniami, wymuszanie posłuszeństwa pałką, itp. Bo tak w SW, jeśli w ogóle, było bardzo dawno temu.

Oczywiście, powołanie do życia grup wzbudziło kontrowersje wśród pracowników więziennictwa. Bo etatów nie przybyło, należało je wygospodarować z etatów jednostek penitencjarnych. Tym większym nie robiło to różnicy, mniejsze straciły ludzi.

Niektórzy z zazdrością patrzą

Niektórzy patrzą z zazdrością na członków GISW, którzy osiem godzin pracy spędzają w sali gimnastycznej. I co chwilę szkolą się: a to z policją, a to ze Strażą Graniczną. Ale mjr Kawończyk nie ukrywa podziwu dla tych funkcjonariuszy: - Oni w razie niebezpieczeństwa idą na pierwszy ogień. A wtedy łatwo można stracić i zdrowie, i życie. Przestępca jest zwykle zdeterminowany.

Są do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Mundury, sprzęt mają zawsze pod ręką, zwykle w bagażnikach prywatnych samochodów - bo nie ma czasu na zwłokę. Telefon - i muszą stawić się w zakładzie karnym. W pół godziny. Muszą być też zgrani, w razie niebezpieczeństwa nie będzie czasu na zastanawianie. Kiedy rośnie adrenalina, zawęża się pole widzenia, wszystko dzieje się w ułamkach sekund - wiele wtedy zależy od pamięci mięśniowej. Ale, gdy mówi się o nich "komandosi z SW" twierdzą, że to określenie mocno na wyrost. Przed nimi sporo pracy...

Co pół roku mają przechodzić sprawdziany przydatności do służby. Ale to tak hermetyczna grupa, że gdyby któryś opuścił się w szkoleniu, sami natychmiast go wykluczą. Dowódca podkreśla: - Może to slogan, ale jesteśmy tak silni, jak silne mamy nasze najsłabsze ogniwo.

Podczas akcji zakładają na twarze kominiarki. Praca pracą, ale poza kratami mają rodziny. Osadzeni nie mogą wiedzieć, z kim mają do czynienia. Przecież część z nich kiedyś wyjdzie na wolność.

Na razie wciąż nie wiadomo, jakie umundurowanie będą nosić GISW; wzór nie został określony. Na wyposażenie specjalne i uzbrojenie wyznaczono termin do końca 2012 r., do końca marca 2013 r. GISW mają dostać środki transportu. Ale mimo to strażnicy z GISW - i to w całym kraju - robią to, co do nich należy, jak tylko potrafią najlepiej. Z ogromną nadzieją, że na górze nikomu się nie odwidzi. Bo wciąż słychać głosy, że bunty w więzieniach to przeszłość. Ale przecież zawsze mogą się zdarzyć... Dowódca GISW z Nowego Sącza mówi tak: - Czasem człowiek szkoli się kilkanaście lat, żeby nabyte umiejętności móc wykorzystać w dziesięć sekund. Bo te dziesięć sekund może decydować o czyimś życiu. Niech więc ktoś spróbuje ocenić, czy warto poświęcać temu czas, czy nie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Komandosi z więzienia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.