Dlaczego nie umiem się wziąć za siebie i "przekroczyć" siebie?

Dlaczego nie umiem się wziąć za siebie i "przekroczyć" siebie?
(fot. wayhomestudio / shutterstock)
4 lata temu
Logo źródła: Życie Duchowe Stanisław Morgalla SJ

Ludzie wciąż ulegają urokowi "samorealizacji". Ale w życiu chodzi o coś innego. Trzeba człowiekowi przywrócić jego powołanie do realizacji siebie poprzez przekraczanie siebie. Jednak nie zawsze to takie proste.

Współczesny lęk
przed odpowiedzialnością
"to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety"
(Zbigniew Herbert, Dlaczego klasycy?)

Co po nas zostanie? Ważne pytanie i na dodatek trafia w sedno tytułowego problemu. Szkoda tylko, że nie spędza snu z powiek statystycznego Kowalskiego czy Nowakówny, lecz jest co najwyżej uprzywilejowanym zajęciem wszelkiej maści intelektualistów. Tym, co męczy przeciętnego dwudziesto- lub trzydziestolatka, są zrozumiałe skądinąd przyziemności w rodzaju: "Z czego zapłacę za studia?" lub "Skąd wziąć w tym roku fundusze na wakacje?". I choć w obu przypadkach siłą rzeczy idzie o tę samą przyszłość ludzkości, to jej wizje różnią się jak Wojna peloponeska Tukidydesa i Wojna polsko-ruska Doroty Masłowskiej: brzmią podobnie, ale dzielą je lata świetlne.

Owszem, można z elegancją i subtelnością Zbigniewa Herberta wystawiać na widok publiczny banalność czy konsumpcjonizm bohatera naszych czasów, by przywołać go do porządku poprzez konfrontację ze szlachetną postawą któregoś z klasycznych wzorów, ale to przecież zwyczajne moralizowanie. Poza tym - kto dziś czyta Tukidydesa? Dziś czyta się Masłowską, a "tematem sztuki" - co trafnie przepowiedział nasz poeta - jest "dzbanek rozbity, / mała rozbita dusza / z wielkim żalem nad sobą"*. I to jest signum temporis, od którego musimy zacząć.


Lęk przed dorosłością

Nie trzeba wcale sięgać po dziwaczną wojnę polsko-ruską, by doświadczyć dylematów młodych ludzi. Wystarczy krótka lektura co bardziej osobistych blogów lub wizyta na internetowych forach, a posmakujemy ponowoczesności w polskim wydaniu.

Oto tylko kilka wyrwanych myśli anonimowych autorów: "Boję się dorosnąć! I choć brzmi to bez sensu z perspektywy wieku, w który wkroczyłam, to miałam taką chwilę refleksji i doszłam do wniosku, że do prawdziwej dorosłości mam bardzo daleko. Wciąż mieszkam z rodzicami, bo boję się zamieszkać sama. Nie umiem też podejmować sama decyzji i wszystko konsultuję z innymi. Boję się, że kiedyś zabraknie moich najbliższych i nie wiem, jak sobie wtedy poradzę". Nie brak i głosów męskich: "Mam ten sam problem. Skończyłem studia i co dalej... Praca, staż, wynajem mieszkania, Boże drogi, ile tego na głowie... Powoli staram się jakoś zbierać do kupy".

Wypowiedzi można by mnożyć i cytować do woli w zależności od tezy, którą chce się udowodnić. Anonimowość Internetu sprawia, że ludzie obnażają się i wystawiają na zranienie. Nie chodzi jednak o to, by tanim kosztem ironizować czy ośmieszać dramaty ludzi zagubionych, wprost przeciwnie, spróbować je docenić i zrozumieć niejako od wewnątrz. To przecież dzięki takim szczerym do bólu narracjom mamy bezpośredni wgląd w coś, co można by określić strumieniem świadomości współczesnego człowieka. I na dodatek w czystej postaci, bez żadnej domieszki psychologii czy socjologii, które zawsze przy okazji próbują przemycić własne idee.

Dla współczesnej psychologii lęk przed odpowiedzialnością nie stanowi wielkiej tajemnicy. W sposób wyczerpujący został już opisany jako jednostka chorobowa o egzotycznie brzmiącej nazwie hypengyophobia. Można znaleźć wiele dobrych porad, jak z nią walczyć, i specjalistycznych środków zaradczych: od hipnozy zaczynając, poprzez grupy wsparcia i techniki relaksacyjne, a na lekach przeciwlękowych kończąc. Wizja ta jednak nie grzeszy głębią spojrzenia, bo zasadniczo skupia się na usuwaniu nieprzyjemnych objawów, a nie na odsłanianiu źródeł trudności. Badania socjologiczne też koncentrują się na opisywaniu zjawiska, a w ich świetle młodzi ludzie istotnie wypadają źle na tle poprzednich pokoleń.

Statystyki mówią same za siebie. Życie na garnuszku u rodziców, zwlekanie z formalizowaniem związku, przesuwanie decyzji o potomstwie lub rezygnacja z niego nie wymagają specjalnego tłumaczenia. Chociaż przy odrobinie dobrych chęci można by je zbić innego rodzaju danymi, które informują o wysokim bezrobociu i galopujących cenach wynajmu mieszkania, o rosnącej liczbie rozwodów, o globalnym przeludnieniu itp. W ich kontekście postawy młodych można odczytać jako zupełnie racjonalne i zdroworozsądkowe. Spójrzmy jednak na sygnalizowany lęk przed odpowiedzialnością głębiej, nie uciekając w powierzchowne oceny, ale próbując zrozumieć ukryty za nim mechanizm.


Wszechogarniające zawstydzenie

Tym, co uderza w wypowiedziach młodych ludzi, nie jest brak ideałów czy celów w życiu. Te wciąż są obecne i w treści przypominają ideały deklarowane przez wcześniejsze pokolenia: ekonomiczne usamodzielnienie, znalezienie satysfakcjonującej pracy, stworzenie udanego związku małżeńskiego. Uderza przede wszystkim emocjonalna aura, w której młodzi się poruszają. Nie mogąc sprostać wyznaczonym ideałom, wydają bardzo surowe i negatywne sądy na swój temat, które wzbudzają w nich zawstydzenie. Warto chwilę zatrzymać się na tych osądach i rozbudzonej przez nie emocji, by zrozumieć logikę tworzącego się w ten sposób błędnego koła.

Zazwyczaj, gdy ktoś nie osiąga zamierzonego celu lub zdradza ideały, powinno zrodzić się w nim poczucie winy, a nie wstyd. To odruch naturalny i zdrowy, bo poczucie winy wskazuje na popełniony błąd i od razu sugeruje drogi wyjścia z sytuacji oraz naprawy stanu rzeczy. Tym samym staje się pozytywną siłą motywacyjną. Jeśli jednak w miejscu poczucia winy pojawia się wstyd, to osoba zamiast przeciwdziałać sytuacji przeciwnie -zastyga w bezruchu, pogrąża się w beznadziei i bezowocnym dręczeniu samej siebie. W ten sposób zamyka się na pozytywne możliwości przezwyciężenia kryzysu.

Przykładowo, po konkretnej porażce życiowej - niezdanym egzaminie, zwolnieniu z pracy, zerwaniu więzi z kimś bliskim - zamiast logicznego osądu w rodzaju "Zawaliłeś tę sprawę, dlatego następnym razem postaraj się bardziej" (poczucie winy) pojawia się bezlitosna samoocena typu: "Zawaliłeś, więc jesteś beznadziejny i do niczego się nie nadajesz" (wstyd). Gdy osoba przy każdej, nawet najdrobniejszej okazji, dokonuje takich generalizujących ocen samej siebie, to jest czymś oczywistym, że w końcu zatrzyma się w rozwoju, a jej kontakt z rzeczywistością będzie coraz bardziej utrudniony.

Warto jednocześnie od razu podkreślić, że identyczna logika dotyczy także pozytywnych emocji. Przy każdym, nawet drobnym sukcesie taka osoba zamiast proporcjonalnej do okoliczności dumy, doświadcza nieposkromionego zadowolenia z siebie czy wręcz pychy, która zamiast mobilizować do dalszego pozytywnego działania, zamyka ją w kokonie samouwielbienia.

Nietrudno w tak naszkicowanej osobowości dopatrzyć się rysów charakterystycznych dla narcystycznych zaburzeń osobowości. I choć może wydać się nadużyciem stosowanie tej diagnozy do całego pokolenia, to bez wątpienia jej ślady są wyraźnie obecne tak w kulturze masowej, jak w osobistych narracjach. Klasyczny mit pucybuta, który dzięki uczciwej pracy, hartowi ducha i wytrwałości zostaje milionerem, jest już przeszłością. Dziś obowiązuje mit idola, którym zostaje się w sposób magiczny dzięki urodzie, głosowi lub umiejętności kopania piłki itp. Jeśli nie jesteś w stanie zostać kimś takim, jesteś nikim. Dobrze oddaje to jedna z bohaterek przywoływanej wcześniej powieści Masłowskiej, której marzy się "robienie w sztuce, kulturze", dlatego chciałaby udzielić wywiadu jakiejś gazecie, gdzie "walnie się, że jestem zupełnie młoda, a już tak bardzo utalentowana"**. Gdy tak wybujały ekshibicjonizm nie znajduje pokrycia w rzeczywistości - a przecież zwykle tak bywa - to jego miejsce musi zająć wszechogarniający wstyd i pragnienie, by dosłownie zniknąć z powierzchni ziemi. Autodestrukcja w różnej postaci jest tylko nieuniknioną dalszą konsekwencją.

Trafność tej intuicji pośrednio potwierdza inny fenomen społeczny, a mianowicie zanik czy wręcz ucieczka od poczucia winy i grzechu. Kościół mówi o tym już od dłuższego czasu, ale coraz głośniej ten niepokojący temat podejmują także publikacje naukowe: "Żyjemy w społeczeństwie, w którym możemy powiedzieć, że się z kimś nie zgadzamy, ale już nie możemy mu zarzucić, że jest w błędzie, a tym bardziej, że jest złym człowiekiem. Poczynając od polityków, a kończąc na intelektualistach, wszyscy jesteśmy wspierani w tym, by unikać skruchy, wyrzutów sumienia, odpowiedzialności i potrzeby naprawienia krzywd"***. Ta sytuacja nie wzięła się znikąd. Jest konsekwencją szerzącego się relatywizmu moralnego i ogromnego chaosu w świecie wartości, za które odpowiedzialni są nie współcześni młodzi ludzie, ale właśnie odchodzące pokolenia.


Człowiek wśród zombie

Współczesny relatywizm moralny najlepiej wyraża popularna idea samorealizacji, która lansowana jest w społeczeństwach zachodnich od co najmniej kilkudziesięciu lat, a do nas dotarła wraz z odzyskaniem suwerenności. W jej myśl każdy człowiek ma prawo tak żyć, jak uważa za stosowne, byleby tylko był wierny sobie. Nikt nie ma prawa mu narzucać wartości, jakimi ma żyć, a wartości, które wyznaje, nie podlegają dyskusji. Ideologia ta stawia w centrum ludzkie "ja", wykluczając przy tym jakikolwiek inny szerszy kontekst czy zobowiązania społeczne, polityczne lub religijne.

Niedługo jednak trzeba czekać, by zobaczyć, że król jest nagi. Ideologia samorealizacji kompromituje się bowiem sama, ponieważ ludzkie "ja" pozbawione szerszych odniesień okazuje się puste i pozbawione treści. Jak trafnie zauważa jeden z amerykańskich psychologów, owo puste jestestwo (ang. empty self) to wspólny mianownik wielu społecznych patologii, takich jak zaniżone poczucie własnej wartości, nadużywanie różnego rodzaju substancji, zaburzenia pokarmowe, chroniczna i kompulsywna konsumpcja, utrata sensu życia, zamieszanie w świecie wartości, głód duchowości itp.****. Chcąc stworzyć idealnego człowieka, idea samorealizacji niechcący uwolniła drzemiącego w nim potwora.

Paradoksalnie więc przytaczany na wstępie obraz płaczących kochanków z wiersza Herberta może być apokaliptyczną wizją ocalałego człowieczeństwa, które zaszyło się gdzieś w brudnym hotelu w obawie przed grasującymi hordami wygłodniałych zombie, czyli "żywych trupów". Czyż obraz zombie nie jest doskonałym opisem wspomnianego narcyza, który potrzebuje innych ludzi tylko jako lustra odbijającego jego własną "doskonałość", a gdy tego nie robią, traktuje ich jak nic nieznaczące śmieci? Bez autentycznych relacji, bez głębszych uczuć i zasad moralnych, bez odpowiedzialności za drugiego po trupach dąży do jakiegoś absurdalnego celu. Co najciekawsze - wciąż potrzebuje więcej i więcej. I to nie ze strony podobnych do siebie narcyzów, ale tych właśnie, którzy zdolni są jeszcze do autentycznych uczuć i relacji.

Tak eksploatowany dziś w popkulturze scenariusz, w którym grupa osób ucieka przed plagą postapokaliptycznych zombie, może być i jest wyrazem naszego zbiorowego lęku przed przyszłością, profetycznym sygnałem ostrzegawczym naszej wspólnej nieświadomości. Oczywiście podawany w formie zawoalowanej - pod postacią atrakcyjnej gry komputerowej (na przykład Resident Evil, która stała się podstawą serii filmów o tym samym tytule) lub zabawnej komedii (na przykład Zombieland w reżyserii Rubena Fleischera) - łagodzi nieświadomy lęk i oswaja z przerażającą rzeczywistością.

Czy to nie przed taką "kulturą śmierci" przestrzegał nas Jan Paweł II, gdy tłumaczył, że "szerzy się ona wskutek oddziaływania silnych tendencji kulturowych, gospodarczych i politycznych, wyrażających określoną koncepcję społeczeństwa, w której najważniejszym kryterium jest sukces"? Czyż nie żyjemy właśnie w takim społeczeństwie? Ile takich scenariuszy już rozegrało się i rozgrywa na naszych oczach, tyle tylko że nie rozpoznajemy ich znaczenia, bo media skutecznie pomieszały rzeczywistość z fikcją. Poza tym każdy zapatrzony jest w swój mały, prywatny świat i każdego bez wyjątku można łatwo zawstydzić - zamknąć mu usta i sprawić, że sam będzie pragnął zniknąć z oczu... Nie chodzi jednak o to, by zamykać oczy, ale by szeroko je otworzyć.


Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie

Wobec tak zarysowanego kontekstu rodzi się proste pytanie. Skoro tak łatwo zdemaskować idee samorealizacji, dlaczego współcześni wciąż ulegają jej urokowi czy presji? Odpowiedź także jest stosunkowo prosta, choć zwykle bywa przeoczona, zwłaszcza przez zaciekłych przeciwników samorealizacji, którzy utożsamiając ją z egoizmem, hedonizmem czy laksyzmem moralnym, nie dostrzegają jej zasadniczej siły. W sposób bardzo przekonujący mówi o tym kanadyjski filozof Charles Taylor w książce The Ethics of Authenticity ("Etyka autentyczności"). Jego zdaniem idea samorealizacji kryje w sobie ideał moralny, który pozostaje wciąż aktualny, nawet jeśli próby jego realizacji tak go kompromitują. Przez ideał moralny Taylor rozumie system lepszego i bardziej wzniosłego życia, gdzie - i to jest punkt zasadniczy - lepsze czy wzniosłe nie oznacza tego, co pragniemy czy potrzebujemy, ale czego powinniśmy pragnąć.

Owo dążenie do bardziej wzniosłego życia jest motorem działania człowieka, natomiast treścią są jego pragnienia. Jednak nie te przyziemne i skupiające go na sobie, ale te autotranscendentne, które zmuszają go do przekraczania siebie, do ciągłego szukania innego. Stąd już łatwo wysnuć trafne wnioski. Gdy człowiek zdolny do tego, by sięgać po gwiazdy, sam chce zostać gwiazdą, cały ten misterny mechanizm zostaje wypaczony i człowiek zamyka się w pułapce bezpłodnego szukania samego siebie. Narcyzm w czystej postaci, z całą perwersyjną gamą możliwych wcieleń.

Aby przerwać ten zaklęty krąg, trzeba człowiekowi przywrócić jego powołanie do realizacji siebie poprzez przekraczanie siebie, a w tym istotną rolę odgrywa przezwyciężenie relatywizmu moralnego. Problem ten wykracza poza ramy naszych rozważań, ale spróbujmy chociaż go naszkicować, wykorzystując tak zwaną małą etykę Paula Ricoeura zawartą w książce Onself as Another ("O sobie samym jako innym"). Jego zdaniem dojrzewanie moralne człowieka dokonuje się w rytmie trójstopniowego dialogu z otaczającą rzeczywistością. Stając wobec problemu, najpierw opisujemy go, następnie odnosimy go do narracji, które wyrażają sens życia i nasze miejsce w nim, a następnie dajemy jakąś moralną odpowiedź.

Ta bardzo przez nas uproszczona formuła może dać cenne wskazówki młodym ludziom, których wypowiedzi cytowaliśmy na wstępie. Zwykle w swoich opisach zatrzymują się na pierwszym etapie - umiejętnie opisują swoje dylematy moralne, ale nie idą dalej. Nie odnoszą ich do już istniejących i dostępnych narracji (choćby tak cenionych przez Herberta klasyków), które mieszczą się w odziedziczonej w spadku tradycji. Powody tego są oczywiście różne i bardzo złożone, ale nie bez winy pozostaje współczesna popkultura, która wspiera młodych w odrzucaniu en bloc tradycji i w kompromitowaniu wszelkich autorytetów. Tym samym odpowiedzi moralne młodych, których mimo wszystko muszą udzielać w konkretnych sprawach, są raczej naśladowaniem zachowań obowiązujących wśród rówieśników aniżeli owocem własnego, racjonalnego wysiłku.

Oczywiście, młodzi ludzie w każdym pokoleniu postępowali podobnie, ale też zwykle z upływem czasu odkrywali, doceniali i kontynuowali odziedziczoną spuściznę. Nie możemy jednak powiedzieć, że tak będzie i tym razem, tym bardziej gdy wprost uprawiana jest polityka odcinania się od korzeni judeochrześcijańskich.

Empatia zamiast narcyzmu

Gdyby nie udało nam się namówić nikogo, by powrócił do rodzimej tradycji, niech nam będzie wolno przynajmniej przedstawić jedną, prostą i bardzo pragmatyczną radę, która pomoże przy codziennych mniej lub bardziej ważnych wyborach. Otóż jeśli czytelnik zdecyduje się na kierowanie w sferze jakąś zasadą moralną, nieważne - egoistyczną, hedonistyczną czy altruistyczną - niech ją najpierw podda tak zwanej próbie uniwersalizacji, czyli zapyta siebie, czy chciałby, aby taką samą zasadą kierowali się wszyscy inni ludzie na ziemi.

Być może taki test nie rozwiąże wszystkich problemów, ale na pewno uruchomi naszą zdolność racjonalnego myślenia, a co znacznie ważniejsze - przyczyni się do rozwinięcia w nas empatii. Zdolność empatii to podstawa każdego harmonijnego współżycia międzyludzkiego i zwykle jeden z najważniejszych kroków, koniecznych do pozytywnego rozwiązywania konfliktów międzyludzkich, zdolności przebaczenia doznanych krzywd i pojednania. Dzięki tym dwóm zdolnościom - racjonalnego myślenia i empatycznego współodczuwania - z pewnością znacznie zahamujemy, a może nawet powstrzymamy pandemię współczesnego narcyzmu. Narcyz bowiem cierpi na patologiczny brak empatii wobec innych ludzi.

Kto wie, może te kolejne próby uniwersalizacji własnych zasad moralnych skłonią kogoś do szukania odpowiedzi w tradycji oraz do odkrycia jej głębi i bogactwa. W tej sferze nie trzeba bowiem odkrywać Ameryki -została już dawno odkryta, a mimo to do dziś zadziwia i zastanawia współczesnych. Jak choćby ta zasada: Miłujcie waszych nieprzyjaciół... Tylko kto to powiedział?

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Grażyna Jagielska
24,43 zł
34,90 zł

Reportaż wojenny z wnętrza kobiecego świata

On był ciągle w drodze, w centrum krwawych wydarzeń. Spotykał się z wojskowymi dowódcami, mordercami i lokalnymi watażkami. Kolekcjonował pamiątki od nich, a po powrocie do kraju otrzymywał dziennikarskie...

Skomentuj artykuł

Dlaczego nie umiem się wziąć za siebie i "przekroczyć" siebie?
Komentarze (25)
A
ara
26 lutego 2014, 13:18
Bardzo dobry tekst-------lęki młodych to lęki tylko zwielokrotnione starych,wychowywanie pod kloszem dla siebie nie dla świata i ludzi.To chorzy rodzice mówiacy nie,nie, nie, bo, brak jakiegokolwiek rozumu w wychowywaniu młodych.Wszystko się nalezy,błądzić nie wolno bo wstyd dla rodziny,nie wybaczę Ci .Pwena młoda matka boi się muchy,jej dzieci też--------Babcia straszyła własna córke; bo ugryzie cie mucha jak nie będziesz sluchać.itd,młoda matka panicznie boi sie zostac w domu sama jej dzieci też---babcia zostawiała samą 3 letnią córkę w domu a sama szła na rynek .Błędy starego pokolenia są straszne to że potrafili płodzić dzieci nie znaczy że umieli wychowywać,małżeństwa były trwalsze ale odbywało sie to kosztem poświęcenia z jednej strony zwykle kobiety.
O
Olo
26 lutego 2014, 12:01
Pani Paulino,  albo kieruje Panią zła wola, albo czytać ze zrozumieniem Pani nie potrafi... Tekst jest dobry i inteligentny, i nie ma tam elementów, które Pani mu zarzuca.
PS
Paulina Strąk
26 lutego 2014, 11:27
Po zajawce człowiek spodziewa się konkretnego tekstu o tym, czego młodzi się boją, dlaczego tak jest i jak sobie z tym poradzić. A tu zwyczajowe "o dupie Maryni" rozprawianie. Współczuję autorowi, który spycha na bok rzeczywistość, żeby pokazać, że młodymi nie kieruje troska o swoje i bliskich jutro, a... no właśnie co? Tekst jest przeintelektualizowany i naszpikowany za dużą ilością dywagacji i gdybań natury mickiewiczowskiej, a należy zauważyć, że Konrad Wallenrod też nie założył rodziny, a uważał siebie za bohatera narodowego bo utyskiwał na okupanta, jak go nikt nie słyszał. Tekst napisał jezuita - i nie dziwi mnie, że tak spłycił dzień powszedni człowieka świeckiego - łatwo jest prawić morały tym, którzy muszą sami troszczyć się o swoje utrzymanie [albo i rodziny], mając zapewniony dach nad głową i codzienne wyżywienie bez specjalnego wysiłku.
MR
Maciej Roszkowski
26 lutego 2014, 11:09
To się nazywa ZESPÓŁ WYUCZONEJ NIEZDARNOŚCI. Jeśli niezdarność jest nagradzana współczuciem otoczenia, pomocą w różnej postaci, "tolerancją", empatią , zrozumieniem, erozpowszechnianiem opinii o ogólnej niemożności, to nie ma żadnego powodu by wyjść z tego zaklętego kręgu.
K
k
26 lutego 2014, 10:11
Czasem w życiu nie pozotaje nic innego niż palnąć sobie w łeb, skoczyć pod pędzący pociąg, albo podciąć sobie żyły. To niestety prawda, smutna, ale prawda. Świat pełen jest życiowych niedojd, pokrak, ułomków. Kiedyś w czasach pierwotnych dobór naturalny eliminował takie słabe osobniki, które umierały z glodu, albo padały ofiarą drapieżników itp. Niestey dziś żyjemy we względnie bezpiecznych społeczeństwach, gdzie zdolność przetrwania zapewniona jest wszystkim słabym osobnikom. Autor artykułu się myli w ocenie rzeczywistośći, zakładając najwyraźniej że wszyscy mają prawo do życia. Prawo do życia? Nikt nie ma żadnych praw. Życie to żywioł, przeżywają tylko najlepsi, najsilniejsi, a reszcie - na pohybel. Nie potrafisz założyć rodziny? To zdychaj, świat się obędzie bez ciebie. Bzdury Waćpan gadasz.
K
kieiwix
26 lutego 2014, 00:54
a ja ciągle czuje że zmarnowałam sobie zycie..... w tym roku bede konczyc 23 lata, teoretycznie powinnam konczyc juz studia, zacząć własne zycie , jak większosc moich znajomych, co to juz rodziny pozakładali....a ja niedosc ze mieszkam z rodzicami to 2 razy rezygnowałam ze studiów, za drugim razem na drugim roku... ciągle czegosc szukam, sprawdzam w czym jestem dobra, niby fajnie ze próbuje różnych rzeczy, ale przeciez w nieskonczonosć tak sie nieda, w koncu trzeba zacząć zyc, ale najgorsze że niby mam jakies plany ( chce teraz znów isc na studia, do trzech razy sztuka, jak sie nie uda koniec ze wszelkimi studiami) ale czuje wstyd przed innymi ze w ogóle sie nie rozwijam tylko stoje w miejscu, nie wiem jak poradzic sobie z tymi myslami, niby jestem młoda, ale czuje ze wszystko stracone, ze te cztery lata od skonczenia liceum poszły na marne...moze ktos cos doradzi pomoże :) prosze o jakies wskazówki. ...Mam identycznie, choć lat mam już ponad 25 :) Więc na początek sobie pomyśl: ktoś ma ode mnie gorzej :D
M
mmmm
25 lutego 2014, 20:13
a ja ciągle czuje że zmarnowałam sobie zycie..... w tym roku bede konczyc 23 lata, teoretycznie powinnam konczyc juz studia, zacząć własne zycie , jak większosc moich znajomych, co to juz rodziny pozakładali....a ja niedosc ze mieszkam z rodzicami to 2 razy rezygnowałam ze studiów, za drugim razem na drugim roku... ciągle czegosc szukam, sprawdzam w czym jestem dobra, niby fajnie ze próbuje różnych rzeczy, ale przeciez w nieskonczonosć tak sie nieda, w koncu trzeba zacząć zyc, ale najgorsze że niby mam jakies plany ( chce teraz znów isc na studia, do trzech razy sztuka, jak sie nie uda koniec ze wszelkimi studiami) ale czuje wstyd przed innymi ze w ogóle sie nie rozwijam tylko stoje w miejscu, nie wiem jak poradzic sobie z tymi myslami, niby jestem młoda, ale czuje ze wszystko stracone, ze te cztery lata od skonczenia liceum poszły na marne...moze ktos cos doradzi pomoże :) prosze o jakies wskazówki.
S
Słaba
17 kwietnia 2012, 22:05
@ANIA1986 Rzeczywiście ciężka sprawa, jak twój mąż cię nie słucha... Ale może, jeśli ktoś z rodziny męża znów zacznie ci coś takiego mówić, to zapytaj go, dlaczego zwraca się do ciebie, a nie do twojego męża, skoro ty nie masz wpływu na tę sytuację. Poproś ich, żeby powiedzieli te zarzuty jemu osobiście, a nie tobie.
AP
Adrian Podsiadło
16 kwietnia 2012, 22:31
Aniu, macie dwójkę dzieci, jesteście małżeństwiem więc chyba musisz coś wiedzieć o swoim mężu. Choćby to czy jest leniwy. Lenistwo trudno ukryć. W życiu zdarzają sie różne sytuację więc ja osobiście daleki jestem od nazywania "garnuszek u rodziców to wstyd". Pamiętaj jednak, że największym błędem jaki możecie popełnić to przyzwyczajenie się do takiej sytuacji i traktowanie jej jako normy. Waszym zadaniem oprócz wychowywania dzieci czyli potencjalnych dawców składek na przyszłe emerytury ;-) jest także szukanie pomysłów i rozwiązań wyjścia z takiej sytuacji. p.s. jeżeli wyszło, że się wymądrzam to przepraszam :-)
16 kwietnia 2012, 22:21
a ja opowiem Wam ma historie. ja,wraz ze swoim mezem,dwojka dzieci jestesmy na garnuszku swoich rodzicow,tak,wstyd. Ostatnio slysze od bliskich osob ze strony meza(jego rodziny),ze moj maz to nie pomaga nic dla swego ojca,ze ponabieral kredytow,ze pije,pali,nie dba o rodzine,nie ma odpowiedzialnosci,jest leniwy i wiele innych rzeczy..jak ja sie tego wszystkiego naslucham,stwierdzam,ze jest to niestety prawda i sama nie wiem co robic,czy wykrzyczec sie na meza...co i tak nic nie da,czy porozmawiac jak z doroslym chlopem,co tez nic nie da...to jaki jest zloty srodek na tego,mego typa? rozwod? poowolna eliminacja czlonkow rodziny(nie zabijanie,NIE)..odsowanie sie od rodziny meza,czy moze puszczenie tego w niepamiec? jesli jest ktos madry,kto posiada madrosc wrodzona lub nabyta niechaj mi dopomoze,bo juz nie dam rady dzwigac tego..mala rada. co robic gdy moj maz mnie nie slucha i nic do niego nie dociera? Zaproponuj mu codzienną wspólną modlitwę, a jeśli odmówi, to módl się za niego sama. Rozwiązanie zostanie Ci podsunięte, trzeba tylko trochę cierpliwości.
A
ANIA1986
16 kwietnia 2012, 22:03
a ja opowiem Wam ma historie. ja,wraz ze swoim mezem,dwojka dzieci jestesmy na garnuszku swoich rodzicow,tak,wstyd. Ostatnio slysze od bliskich osob ze strony meza(jego rodziny),ze moj maz to nie pomaga nic dla swego ojca,ze ponabieral kredytow,ze pije,pali,nie dba o rodzine,nie ma odpowiedzialnosci,jest leniwy i wiele innych rzeczy..jak ja sie tego wszystkiego naslucham,stwierdzam,ze jest to niestety prawda i sama nie wiem co robic,czy wykrzyczec sie na meza...co i tak nic nie da,czy porozmawiac jak z doroslym chlopem,co tez nic nie da...to jaki jest zloty srodek na tego,mego typa? rozwod? poowolna eliminacja czlonkow rodziny(nie zabijanie,NIE)..odsowanie sie od rodziny meza,czy moze puszczenie tego w niepamiec? jesli jest ktos madry,kto posiada madrosc wrodzona lub nabyta niechaj mi dopomoze,bo juz nie dam rady dzwigac tego..mala rada. co robic gdy moj maz mnie nie slucha i nic do niego nie dociera? 
MR
Maciej Roszkowski
14 kwietnia 2012, 20:15
No jakże by inaczej? ".. jakoś nie bardzo się przejada..."czyli poszukiwanie łatwizny i .."ci co zostaja lubią zamęczać siebie" czyli masochizm. Gratuluję empatii i psychologicznej dociekliwości.
NN
nic nie pojmujemy
14 kwietnia 2012, 17:54
Myślałem, że to art. o młodych, którzy mają problemy z odpowiedzialnością, ale z komentarzy wynika coś odwrotnego, bo na panelu dyskusyjnym pojawił się starszy już było nie było autor artykułu i jego zakonną przynależność. czyżby rzeczywiście zakon odbierał ludziom wolność i odpowiedzialność? Może by się ktoś z szanownych confratrów wypowiedział?
Ó
ó
14 kwietnia 2012, 13:33
 a jest trudno? bardzo trudno? no to może ci co zostają lubią zamęczać siebie? są takie sytuacja czasami: masochizm czy jak to się nazywa...
O
o
14 kwietnia 2012, 11:15
 jakoś nie zabardzo się przejada, skoro tyle jest tych zakonników i piszą tyle słów czyli mają dużo jedzenia bo mają dużo energii do plecenia kwadrartury koła Tendecyjność tego wpisu kłuje w oczy. Sądzisz, że w zakonach łatwo? Ilu z nowicjuszy zostaje tam na całe życie? Polecam tekst: http://www.psychoblog.com.pl/477/
DA
do autora
14 kwietnia 2012, 09:44
 jakoś nie zabardzo się przejada, skoro tyle jest tych zakonników i piszą tyle słów czyli mają dużo jedzenia bo mają dużo energii do plecenia kwadrartury koła
Z
zakonnik
14 kwietnia 2012, 09:33
 a zakon to nie jest taka wielka matka? No to zapraszam, by spróbować u tej matki trochę pożyć na garnuszku :) szybko się przeje
M1
Mt 19,12
14 kwietnia 2012, 09:23
z niejasnych powodów, sobie tylko wiadomych, a czasem i nieuświadomionych, nie nadają się do samodzielnego życia ani do związków, a próba rozrywania ich więzi z rodzicami może przynieść najwyżej dużo bólu, jak przy źle zrosniętym złamaniu. Moim zdaniem lepiej nie ruszać takiego bluszcza i omijać go z daleka, bo inaczej będzie bardzo krzyczał i obwiniał cały świat, a zwłaszcza te złe co do jednej kobiety, o swoje problemy i zranienia. Chrystus bardzo wyraźnie zaznacza: “Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili, a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni” (Mt 19,12)
JT
jak to
14 kwietnia 2012, 08:33
mniejsza o samochód, ale szukałeś żony, nie mając pracy? w ogóle żadnej?
C
Czarek
14 kwietnia 2012, 08:21
Ja jestem mężatką i uważam, że była to najlepsza decyzja mego życia. Skrzydeł dostałam gdy zaczełam żyć ba własną rękę. Urodziłam Córeczkę, znalazłam dobrą pracę. Dostałam wszystko co ponoć jest niezbędne do tego aby założyć rodzinę, wtedy właśnie gdy ją założyłam. Zachęcam, zachęcam, naprawdę wart :) Myślę, że to postawa człowieka wiary, który zaufał Bogu. Wydaje mi się, że myślenie o tym, że najpierw trzeba przygotować się do małżeństwa w sferze ekonomicznej ?(dobra praca, własne mieszkanie...) skutkuje frustracją i lękiem przed założeniem rodziny. Ale ileż to razy słyszałem na I (i zarazem ostatnim spotkaniu - z mojej woli) pytanie o pracę i samochód. Jeżeli człowiek ma zaufanie do Boga na wzór Św. Rodziny to nie zawiedzie się.
NM
niektórzy mężczyźni
14 kwietnia 2012, 01:11
z niejasnych powodów, sobie tylko wiadomych, a czasem i nieuświadomionych, nie nadają się do samodzielnego życia ani do związków, a próba rozrywania ich więzi z rodzicami może przynieść najwyżej dużo bólu, jak przy źle zrosniętym złamaniu. Moim zdaniem lepiej nie ruszać takiego bluszcza i omijać go z daleka, bo inaczej będzie bardzo krzyczał i obwiniał cały świat, a zwłaszcza te złe co do jednej kobiety, o swoje problemy i zranienia.
ŻI
Żona i mama
13 kwietnia 2012, 23:05
Naprawdę nie wierze, że te pokolenie jest w trudniejszej sytuacji niż ich rodzice czy dziadkowie. Świat w którym można brać ile się chce został otwarty na oścież. Ja jestem mężatką i uważam, że była to najlepsza decyzja mego życia. Skrzydeł dostałam gdy zaczełam żyć ba własną rękę. Urodziłam Córeczkę, znalazłam dobrą pracę. Dostałam wszystko co ponoć jest niezbędne do tego aby założyć rodzinę, wtedy właśnie gdy ją założyłam. Zachęcam, zachęcam, naprawdę wart :)
M
Marcel
13 kwietnia 2012, 19:02
Każdy jest inny. I jeśli ktoś czego sam nie poczuje to niezrouzmie, nie uda się. A teksty może coś pomogą, ale nie sądzę aby wiele zminiły w życiu czytającego.
C
Czarek
13 kwietnia 2012, 18:28
Czy boje się odpowiedzialności? Nie. Ale nie jest łatwo znaleźć miłość. Mam ideały i nie chcę wiązać się z kimś tylko dlatego, aby założyć rodzinę. To rodzina jest "rezultatem" miłości. Młodzi ludzie coraz trudniej wchodzą w samodzielność (jest wiele powodów ekonomicznych i społecznych). Z moich obserwacji wynika jednak, że problem z wejściem z samodzielność mają młodzi ludzie, którzy nie mogą liczyć na wsparcie najbliższej rodziny, która jednocześnie daje wolność do usamodzielnienia się. Wszyscy moi znajomi, którzy mogli liczyć na miłość i bezinteresowne wsparcie najbliższych usamodzielnili się (inni, niestety nie). Może więc zamiast apelować do młodych ludzi, zaapelujmy do pokolenia rodziców i dziadków, by otoczyli, przynajmniej uczuciem i wsparciem psycholigicznym, modlitewnym swoje dzieci i wnuki, a na pewno uda się im ułożyć życie. Polskie rodziny są niestety zatomizowane i często egoistyczne pokoleniowo (widać to na przykładzie reformy emerytalnej, które wchodzi z kilkunastoletnim opóźnieniem). Pokolenie rodziców jest często roszczeniowe i myśli, że to państwo (jak ich pokoleniu) "da" mieszkanie, pracę, umożliwi rozpoczęcie samodzielnego życia, a współczesna rzeczywistość, mimo szans, jakie mu daje, jest bardzo opresyjna wobec młodego człowieka.
DA
do autora
13 kwietnia 2012, 18:08
 a zakon to nie jest taka wielka matka?

Skomentuj artykuł

Dlaczego nie umiem się wziąć za siebie i "przekroczyć" siebie?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.