List do człowieka, który umie kochać wszystkich, tylko nie siebie
Jesteśmy dzień po Dniu Kobiet i chwilę przed Dniem Mężczyzn. Ten dziwny odcinek roku, kiedy internet przez dobę pamięta, że istnieją kwiaty, a potem z rozpędu wrzuca memy o facetach i "kiedy ich święto". I niby to są tylko daty w kalendarzu, a jednak one potrafią obnażyć coś prostego: jak łatwo jest widzieć innych, a jak trudno zobaczyć siebie. Jak łatwo jest komuś życzyć dobra, a jak trudno uwierzyć, że to dobro należy się również tobie.
Piszę do ciebie właśnie dziś, bo ty jesteś tym człowiekiem od "wszystkich". Umiesz kochać wszystkich. Umiesz pamiętać. Umiesz się zatroszczyć. Umiesz dopytać: "jak się czujesz?", umiesz zauważyć, że ktoś ma gorszy dzień, umiesz wysłać wiadomość w odpowiednim momencie, umiesz zostać dłużej, kiedy komuś się sypie. Masz w sobie ten odruch, który wielu nazywa dobrocią, a ty nazywasz normalnością. I może właśnie dlatego tak długo nie zauważałeś, że coś tu jest nie tak: bo dobroć potrafi być też sposobem na ucieczkę.
Zobacz, ty dla innych masz czułość, a dla siebie masz regulamin. Dla innych masz cierpliwość, a dla siebie masz miarkę. Dla innych masz usprawiedliwienia, a dla siebie masz wyrok. Dla innych potrafisz powiedzieć: "to nic, każdemu się zdarza", a do siebie mówisz: "jak mogłeś znowu?". Dla innych jesteś człowiekiem, a dla siebie jesteś projektem do poprawy.
Piszę to, bo mam wrażenie, że to jest jedna z najbardziej niedocenianych form zmęczenia: kochać wszystkich tak, jakbyś nie miał prawa kochać siebie. Dawać, aż zabraknie. Ratować, aż zaczniesz tonąć. Być zawsze "ogarniętym" w cudzym chaosie, a swojego nie dotykać nawet palcem.
Wiesz, jak to wygląda w praktyce? Wygląda jak człowiek, który jest niezastąpiony, dopóki nie upadnie. Wygląda jak ktoś, kto potrafi być oparciem, ale nie potrafi dać się zaopiekować. Jak ktoś, kto mówi: "nie trzeba, poradzę sobie", nawet kiedy w środku jest już pusto. Jak ktoś, kto w każdej relacji trochę zaniża swoje potrzeby, żeby przypadkiem nie wyjść na egoistę. Jak ktoś, kto bierze na siebie więcej, bo "tak trzeba", bo "ktoś musi", bo "będzie przykro".
I tu jest rzecz, której nie lubimy słyszeć, bo brzmi zbyt ostro, a jednak jest prawdziwa: czasem ta twoja "miłość do wszystkich" jest po prostu dobrze przebranym lękiem. Lękiem, że jeśli nie będziesz użyteczny, to przestaniesz być ważny. Lękiem, że jeśli postawisz granicę, ktoś się od ciebie odwróci. Lękiem, że jeśli przyznasz: "ja też potrzebuję", to okaże się, że nikt nie umie ci tego dać.
Dlatego wybierasz różne role: rolę silnego, rolę ogarniającego, rolę tego, który nie robi problemu. I to jest rola, która daje chwilowe poczucie bezpieczeństwa. Bo jak człowiek jest potrzebny, to czuje, że ma sens. Tylko że w dłuższej perspektywie to jest pułapka. Bo twoja wartość zaczyna zależeć od tego, ile uniesiesz.
A chrześcijaństwo, jeśli ma być żywe, nie jest o tym, ile uniesiesz. Jest o tym, czy pozwolisz się kochać. I czy uwierzysz, że nie musisz na miłość zasługiwać.
W Ewangelii jest moment, który zawsze mnie zatrzymuje: Jezus nie mówi do ludzi "weźcie się w garść". On mówi: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię" (Mt 11,28). To nie jest zaproszenie dla tych, którzy mają piękną formę duchową i świetny nastrój. To jest zaproszenie dla tych, którzy już są przeciążeni. Tylko że ty, kiedy słyszysz "wszyscy", odruchowo myślisz o innych. O tych, którym trzeba pomóc, o tych, których trzeba podnieść. I znowu ci umyka, że "wszyscy" obejmuje też ciebie.
Nie da się kochać dojrzale, jeśli się sobą gardzi. Da się być miłym, da się być pomocnym. Da się być dobrym człowiekiem w sensie społecznym. Ale dojrzała miłość rodzi się z miejsca, w którym ty sam jesteś przyjęty również przez siebie. Jeśli w środku masz ciągły bat, to prędzej czy później ten bat zacznie wychodzić w relacjach: w oczekiwaniu, w urazie, w cichym żalu, że "ja tyle daję, a nikt mnie nie widzi".
Dzień po Dniu Kobiet często widzę w komentarzach dwie skrajności: jedni piszą, że to "bzdura", inni wrzucają laurki, które trwają dobę. A prawda jest taka, że wiele kobiet i wielu mężczyzn żyje w podobnym schemacie, tylko inaczej go nazywa. Jedni wchodzą w tryb "ja muszę wszystko", drudzy w tryb "ja muszę być twardy". I obie wersje mają ten sam skutek: człowiek przestaje być dla siebie łagodny. W obu wersjach jest jakieś milczące przekonanie, że troska o siebie to egoizm, że odpoczynek to słabość, że proszenie o pomoc to porażka.
Bóg nie stworzył cię po to, żebyś był funkcją. Bóg nie patrzy na ciebie przez pryzmat twojej użyteczności. On nie mówi: "jesteś ważny, bo tyle robisz". On mówi: "jesteś mój". I to jest zupełnie inny fundament.
Może dlatego w Wielkim Poście tak mocno wraca temat jałmużny, postu i modlitwy, bo one mają nas leczyć z tej obsesji na punkcie "muszę". Post ma nauczyć, że nie wszystko, co natychmiast przynosi ulgę, jest dobre. Jałmużna ma nauczyć dawania bez budowania własnej wartości na tym, że jesteś zbawcą świata. Modlitwa ma nauczyć, że nie jesteś sam, nawet jeśli przez lata byłeś przyzwyczajony do samotnego dźwigania.
I wiesz, co jest paradoksalne? Możesz być bardzo religijny i jednocześnie dalej siebie nie znosić. Możesz chodzić na Mszę, możesz znać odpowiedzi, możesz mieć język wiary, a w środku dalej traktować siebie jak kogoś drugiej kategorii. To się zdarza częściej, niż nam się wydaje.
Odróżnij miłość od ratowania. Miłość to obecność, prawda, granice, szacunek. Ratowanie to poczucie, że jeśli ty nie naprawisz, to nikt nie naprawi. Ratowanie często robi z ciebie bohatera na chwilę i wraka na dłużej. Jeśli kochasz wszystkich, tylko nie siebie, to bardzo możliwe, że masz w sobie nawyk ratowania. I wtedy twoja dobroć staje się sposobem na to, żeby czuć się potrzebnym, a nie sposobem na to, żeby być wolnym.
Druga rzecz: przestań mylić pokorę z pomniejszaniem siebie. Pokora to prawda o sobie. Prawda obejmuje też to, że masz granice, że masz potrzeby, że nie musisz wszystkiego. Pomniejszanie siebie to udawanie, że nie masz prawa do odpoczynku, do błędu, do bycia zaopiekowanym. To nie jest pokora tylko przemoc.
I jeszcze jedno, pozwól komuś zrobić coś dla ciebie. Tak realnie. Nie na zasadzie "dzięki, już ogarnąłem". Tylko naprawdę. Jeśli ktoś pyta: "pomóc ci?", nie odpowiadaj automatycznie "nie trzeba". Spróbuj raz odpowiedzieć: "tak, możesz". To jest bardzo małe zdanie, ale ono wywołuje w człowieku bunt, bo od razu wychodzi wszystko: wstyd, lęk, kontrola. A jednak to zdanie uczy, że miłość jest dwustronna. Że jeśli chcesz kochać, musisz też umieć przyjąć miłość.
Dzień po Dniu Kobiet i przed Dniem Mężczyzn łatwo się spierać o to, kto ma gorzej, kto ma trudniej, kto ma jakie role. A ja bym wolała, żebyśmy w takich dniach przypominali sobie coś prostego: że każdy człowiek, kobieta i mężczyzna, nosi w sobie jakieś miejsce, które czuje się niewystarczające. I że chrześcijaństwo nie jest po to, żeby dorzucić ci jeszcze jedną listę "powinieneś". Ono jest po to, żebyś w końcu usłyszał: "Jesteś kochany". I żebyś przestał z tego zdania robić teorię.
Więc piszę do ciebie: nie odmawiaj sobie miłości w imię miłości do innych. Nie rób z siebie ceny, którą płacisz za bycie dobrym. Bóg nie chce twojego samounicestwienia. Bóg chce twojego życia.
A jeśli dziś masz tylko małą siłę, nie rób z tego problemu. Mała siła też jest siłą. Wystarczy na jedną rzecz: przestań mówić do siebie jak do wroga. Niech to zdanie będzie twoim początkiem modlitwy: Boże, naucz mnie kochać siebie tak, jak Ty mnie kochasz.

Skomentuj artykuł