Robimy wszystko, by o nich zapomnieć. Okazuje się, że wiele na tym tracimy. Czego mogą nas nauczyć porażki?

Robimy wszystko, by o nich zapomnieć. Okazuje się, że wiele na tym tracimy. Czego mogą nas nauczyć porażki?
Czego mogą nauczyć nas porażki?/ fot. DepositPhotos
Logo źródła: Mando Inside Jarek Łojewski

Nieudany projekt, plan którego nie udało się zrealizować, nietrafiona decyzja. O porażkach mówimy rzadko, najczęściej staramy się jak najszybciej o nich zapomnieć. Okazuje się, jednak, że taka taktyka szkodzi naszemu rozwojowi. Porażki mogą być, bowiem bardzo skuteczną motywacją do zmiany. Pisze o tym Jarek Łojewski w książce “Anatomia porażki”, której fragment publikujemy.

Gdy nie wygrywasz

Po złotym medalu na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie (1996), pierwszym dla Polski w żeglarstwie, oraz zdobyciu tytułów mistrza świata i Europy w 2000 roku, Mateusz Kusznierewicz jechał do Sydney jako wielki faworyt. Media stawiały go w gronie "pewniaków" do złota obok Korzeniowskiego czy Otylii Jędrzejczak. On sam czuł dużą przewagę nad rywalami i podjął decyzję, która, jak się później okazało, była błędem. Zamiast odpocząć i mądrze przygotować się do igrzysk, uznał, że musi trenować jeszcze więcej. Przez kolejne miesiące forsował organizm ponad miarę. Dodatkowe godziny na wodzie, siłownia, praca nad sprzętem. Skutek: przetrenowanie i przemęczenie. Do Sydney przyjechał wyczerpany, bez świeżości i naturalnej intuicji, która pozwalała mu "widzieć wiatr kolorami" i podejmować błyskawiczne decyzje na trasie. W regatach walczył dzielnie, ale zabrakło mu siły i błysku. Ostatecznie zajął czwarte miejsce, tracąc jeden punkt do brązu i dwa do srebra. Dla sportowca, który przyjechał po złoto, była to bolesna porażka. Zwłaszcza że wręczenie medali odbywało się w pięknej scenerii opery w Sydney, a on musiał oglądać je z boku. To doświadczenie mocno nim wstrząsnęło. Mówił, że przez dwa miesiące po igrzyskach nie mógł się pozbierać, miał poczucie zmarnowanych lat pracy, wyrzeczeń, pieniędzy i zaangażowania całego zespołu. Na szczęście nie podjął decyzji "na gorąco" – dał sobie czas, ochłonął i wrócił do żeglarstwa. Kiedy Mateusz siedział załamany po ostatnim wyścigu w Sydney, podchodzili do niego koledzy i próbowali go pocieszyć. Jeden z nich powiedział mu mniej więcej tak: "Mateusz, nie przesadzaj. Ja zająłem ósme miejsce. Chcesz się zamienić?". To uświadomiło polskiemu żeglarzowi, że czwarte miejsce wcale nie jest takie złe. Ale dla niego, jako mistrza olimpijskiego i faworyta do złota, była to bolesna porażka… Sam Kusznierewicz podkreśla, że to właśnie Sydney – nie sukcesy, a porażka – najbardziej go ukształtowało. Nauczyło go cierpliwości, rozsądku i szacunku do własnych granic. W jego ocenie ta lekcja była ważniejsza niż niejeden medal. Wnioski, jakie wyciągnął z Sydney, zapisał sobie wielkimi literami w zeszycie, żeby zawsze pamiętać: nie wolno się forsować ponad miarę i trzeba dawać organizmowi czas na regenerację. Mimo że doświadczenie z Australii mocno nim wstrząsnęło, to nie pozwolił, by zakończyło jego karierę. Wręcz przeciwnie – przeanalizował błędy, zrozumiał, że przetrenowanie i brak odpoczynku zrujnowały jego szanse, i postanowił wrócić mądrzejszy. Dzięki temu w kolejnych latach wielokrotnie stawał na podium. Zdobywał medale mistrzostw świata i Europy, a w 2024 roku w Atenach sięgnął po brąz olimpijski. W chwili gdy to piszę, w swojej 40-letniej karierze sportowej Mateusz zdobył 10 złotych medali mistrzostw świata i złoto olimpijskie. Później rozszerzył swoje możliwości, przenosząc się do klasy Star, w której również sięgnął po najbardziej prestiżowe tytuły. Sydney stało się więc nie końcem, ale punktem zwrotnym. To tam nauczył się, że nawet najlepszy talent i forma nie wystarczą, jeśli zabraknie równowagi i świeżości. Zrozumiał, że porażka potrafi boleć bardziej niż cokolwiek innego, ale jednocześnie buduje w człowieku siłę, której sukcesy nigdy by nie dały. Dlatego wszystkie późniejsze nagrody – olimpijski brąz, mistrzostwa świata i Europy czy wreszcie tytuł Super Championa za całokształt kariery – noszą w sobie także ślad Sydney. Być może właśnie dzięki tamtej przegranej stały się możliwe.

DEON.PL POLECA



Skala i ciężar porażki

Porażka to "poważne niepowodzenie". To wyjaśnienie słowa "porażka" sugeruje, że niepowodzenie, które tak nazwiemy, jest wielkie, znaczące, ma doniosłe skutki, odbija się na wielu osobach itd., itp. Kiedy przed laty prowadziłem spotkania FuckUp Nights [globalny ruch i seria spotkań, podczas których przedsiębiorcy, menedżerowie i twórcy otwarcie opowiadają o swoich zawodowych niepowodzeniach i błędach - przyp. red.], w przerwach między wystąpieniami naszych prelegentek i prelegentów rozmawiałem z uczestnikami o ich wrażeniach z przedstawionych historii. Wiele razy zdarzało się, że moi rozmówcy mieli diametralnie różne podejście. Dla jednych niepowodzenie, o którym ktoś opowiadał, było "czymś niesamowicie poważnym, czego należy za wszelką cenę unikać". A inna osoba o tej samej historii mówiła: "To żadna porażka. U mnie w pracy takie rzeczy dzieją się na co dzień i są po prostu elementem naszego działania!". Co decyduje o "powadze" niepowodzenia? Kiedy porażka jest "duża" albo "mała"? Znacząca lub nieznacząca? Prowadząc warsztaty ze studentami lub pracownikami różnego rodzaju firm, często daję im zadanie polegające na wymyśleniu wzoru na siłę/wielkość/wagę porażki. Jest to dobra zabawa, a poza tym okazja do zastanowienia się, co wpływa na nasz odbiór porażki. Jakie elementy składowe pojawiają się w takim wzorze? Najczęściej siła emocji, skala wyzwania, utracone zasoby czy… czas od poniesienia porażki. Propozycje wzorów na siłę porażki zakładają najczęściej, że im więcej niemiłych emocji pojawi się po niepowodzeniu, im więcej zasobów (pieniędzy, czasu, materiałów) utracimy i im trudniejsze było wyzwanie, tym mocniej odczujemy daną porażkę i bardziej prawdopodobne jest, że określimy ją jako "większą". Porażkę "powiększa" także liczba osób przez nią dotknięta oraz liczba osób, które dowiedzą się o naszym niepowodzeniu… Ten ostatni parametr jest w niektórych środowiskach bardzo istotny – do tego stopnia, że porażki są ukrywane, czy to przez osoby, czy przez organizacje, aby "nie rzucały niedobrego światła na nasze działania". Bardzo istotnym czynnikiem jest też to, w jaki sposób i jak wielu ludzi taka porażka dotknęła. Jeśli w jej wyniku wydarzyła się tragedia, na przykład jedna lub więcej osób utraciły zdrowie lub zginęły, to jest to "straszna porażka". Jeśli zaś w wyniku niebezpiecznej katastrofy drogowej wynikłej z czyjegoś błędu czy brawury nikt nie ucierpiał, to jest to "mniejsza porażka". Siłę porażki zmniejsza też czas. Im więcej go minęło od nieprzyjemnego zdarzenia, tym słabsze są emocje z nim związane. Niepowodzenie, które kiedyś skutkowało pojawieniem się całej masy nieprzyjemnych czy bolesnych emocji, z czasem zamienia się w historię z przeszłości, którą opowiadamy dzieciom, wnukom czy na konferencyjnej scenie jako coś, co w jakiś sposób wpłynęło na nasze decyzje lub sposób myślenia. Być może pamiętacie ze szkoły średniej czy ze studiów nauczycieli i wykładowców, którzy wówczas byli dla was "tragicznymi ludźmi", wyprowadzali was z równowagi i generalnie można ich było określić jako "porażki". Po latach zazwyczaj wspominamy ich jako elementy folkloru naszych młodzieńczych czasów. Czasami nawet z sentymentem przywołujemy historie, które wówczas bardzo nas złościły czy denerwowały, a dzisiaj są ciekawostkami opowiadanymi podczas wspominkowych spotkań. Prawdą jest, że czas leczy rany, wygładza kanty, tępi ostre krawędzie. Po części dzięki temu, że zatarciu ulegają nieprzyjemne emocje, które nam wtedy towarzyszyły. Patrzymy na te zdarzenia z dystansem, jaki dają nam nabyte od tego czasu doświadczenia. Czasami pojawia się zrozumienie, dlaczego nauczyciel podchodził do swoich uczniów w sposób, który postrzegaliśmy jako niemiły. Może nawet sami łapiemy się na podobnym postępowaniu, co umniejsza dawne przeżycia. Warto mieć świadomość tego, że dzisiejsze "wielkie" porażki jutro zaczną stawać się wspomnieniem przeszłości, a kiedyś będą może mało znaczące. Zaskakująco często we wspomnianym przeze mnie ćwiczeniu o wzorze na siłę porażki pojawia się opinia, że znacząco zmniejsza ją wsparcie, jakie możemy dostać od naszego otoczenia. Jeśli w środowisku, w którym funkcjonujemy, błędy i niepowodzenia są powodem wstydu czy ostracyzmu, to siła porażki rośnie. Jeśli jednak możemy w takiej sytuacji liczyć na wsparcie ze strony rodziny, przyjaciół, koleżanek i kolegów z pracy lub chociażby terapeuty, to zdecydowanie zmniejsza to siłę porażki. I nie chodzi nawet o to, żeby zaraz po niepowodzeniu ktoś nas przytulił czy powiedział dobre słowo (co oczywiście bardzo pomoże); dużo daje przede wszystkim świadomość, że nikt nas nie wyśmieje, nie ukarze (co nie znaczy, że nie poniesiemy jakichś konsekwencji) czy też publicznie nas nie zawstydzi. To powoduje, że spokojniej podchodzimy nawet do "większych" niepowodzeń.
Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, która pojawia się w dyskusjach o sile porażki. Otóż… im więcej porażek przeżyjemy, tym lepiej będziemy przeżywać kolejne. Mając doświadczenie z radzeniem sobie ze skutkami wcześniejszych niepowodzeń – czy to emocjonalnymi, czy materialnymi – spokojniej podchodzimy do kolejnych fuckupów. W firmach, w których prowadzone są centra telefoniczne (call center), na przykład zajmujących się sprzedażą, serwisem czy obsługą reklamacji klientów, pracownicy narażeni są często na bardzo… dosadne reakcje klientów. Na porządku dziennym jest to, że klienci wpadają w złość, jeśli załatwienie sprawy nie idzie po ich myśli lub jeżeli na przykład czują się oszukani. Te emocje często mają źródło w zaburzeniu poczucia bezpieczeństwa ("przez was straciłem pieniądze") lub niezaspokojeniu istotnych potrzeb ("od miesiąca co chwilę mam problem z połączeniem internetowym") i materializują się niekiedy w postaci przekleństw kierowanych w stronę pracowników call center. Pracowników wielu takich centrów telefonicznych poza wysyłaniem ich na szkolenia poświęcone temu, jak prawidłowo obsługiwać klientów, często uczy się również tego, jak reagować na sytuacje, w których klient przez telefon używa wulgarnych słów, obrażając pracownika i jego rodzinę. Jak się domyślacie, takie zachowanie budzi wiele emocji, a w szczególności pobudza nasze neurony lustrzane do odpowiedzenia rozmówcom pięknym za nadobne… Budzi się “gadzia część” naszego mózgu, który z trzech możliwych zachowań (walka, ucieczka, zamrożenie) wybiera intuicyjnie to, co jest dla danej osoby najbardziej charakterystyczne. Zamrożenie (nieodzywanie się do klienta) i ucieczka (zakończenie połączenia z klientem) nie są może najlepsze w takiej sytuacji, ale walka, polegająca na używaniu słów podobnych do tych usłyszanych od klienta, jest dużo gorsza z profesjonalnego punktu widzenia. Używanie brzydkich słów nie jest profesjonalnym zachowaniem, którego oczekujemy od pracowników call center, dlatego w ramach szkoleń uczestnicy są (w dużym uproszczeniu) obrzucani obelgami – takimi najbardziej brzydkimi, na które stać trenerów (czasami są to zawodowi aktorzy albo… standuperzy). Przede wszystkim chodzi o to, aby pracownik odkrył i zrozumiał, jak jego umysł i ciało zachowują się w opisywanej sytuacji. Żeby po usłyszeniu obelg poczuł, co dzieje się w jego głowie, brzuchu, ramionach. Gdzie pojawia się zdenerwowanie i czym się charakteryzuje. Jakie są pierwsze objawy tego, że zaraz wybuchnie i zacznie rzucać inwektywami w rozmówcę (walka), zakończy połączenie (ucieczka) lub zamilknie, nie wiedząc, co powiedzieć (zamrożenie). Po co pracownik powinien to wiedzieć? Przede wszystkim po to, aby umieć świadomie zareagować w takiej sytuacji. Walka, ucieczka czy zamrożenie w momencie skrajnych trudności to naturalne reakcje organizmu, których nauczyły nas lata ewolucji. Podobne trudne emocje pojawiają się w sposób naturalny u każdego z nas w momencie, kiedy popełnimy błąd czy poniesiemy porażkę. Jeśli przydarzył nam się duży fuckup, to nasz umysł reaguje podobnie jak u obrzucanego inwektywami pracownika call center.

 

DEON.PL POLECA


Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Jarek Łojewski

Porażka zdarza się każdemu – ale co dalej?

Nieudany projekt, zła decyzja, plan, który się posypał. Większość z nas próbuje zapomnieć o tym jak najszybciej. A gdyby zamiast tego zatrzymać się i przyjrzeć się porażce...

Skomentuj artykuł

Robimy wszystko, by o nich zapomnieć. Okazuje się, że wiele na tym tracimy. Czego mogą nas nauczyć porażki?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.