Jak żyć po zmartwychwstaniu? Gdy już wyjdziesz ze swojego grobu, pamiętaj o trzech rzeczach
Wyjście ze swojego grobu to nie tylko symboliczne pokonanie trudów i cierpienia, ale przede wszystkim otwarcie się na życie, które Bóg chce nam dać. Pośród codziennych zmagań i bólu możemy odkryć Jego obecność w trzech kluczowych sposobach: w cudach, które potwierdzają Jego miłość, w natchnieniach, które inspirują i dodają sił, oraz w tęsknocie, która prowadzi nas ku Niemu. To właśnie w tych momentach, gdy serce otwiera się na Bożą komunikację, rodzą się wiara, nadzieja i miłość - prawdziwe owoce zmartwychwstania. Poniższe rozważania to fragment książki Pawła Kowalskiego SJ "Idź swoją drogą. Poradnik życia głębokiego", która ukazała się nakładem Wydawnictwa WAM.
"Czy to dzieje się dlatego, że ktoś mnie przeklął?"
Mimo że nieraz możemy mieć przeświadczenie, iż jesteśmy skazani na działanie śmierci, to ostatecznie jesteśmy powołani do życia. Czasem potrzeba wielkiej wiary w to wezwanie, bo grzech, nienawiść czy cierpienie będą ciążyć w naszym sercu, ciągnąc nas w stronę grobu. Pewnego dnia spotkałem kobietę, która doświadczyła wielu trudnych sytuacji. Opowiadała o rozwodzie, chorobie dziecka, utracie pracy. Wreszcie zapytała mnie drżącym głosem: "Czy to dzieje się dlatego, że ktoś mnie przeklął? Czy nad moim życiem ciąży jakieś fatum?". Pomyślałem wtedy, jak łatwo jest nam uwierzyć, że w życiu nie czeka nas już żaden dobry scenariusz i jesteśmy skazani na cierpienie. Takiemu myśleniu trzeba wydać wojnę, bo nie pochodzi ono od Boga.
Zmartwychwstanie dokonuje się w nas, gdy w swoim wnętrzu dostrzegamy wzrost wiary, nadziei i miłości, czyli predyspozycji do konkretnych cnót, nazywanych teologalnymi, które są owocem działania w nas Boga. Warto to podkreślić, bo czasami możemy mieć wrażenie, że sami jesteśmy w stanie je wypracować przez ćwiczenie charakteru. Tymczasem są one dziełem Ducha Świętego, który chce kierować naszym działaniem po naszym wyjściu z grobu.
Jak poznać, że Bóg się z nami komunikuje? Są na to trzy sposoby
Pamiętam, jak parę lat temu głosiłem płomienne kazanie o relacji człowieka z Bogiem. Po Mszy św. podszedł do mnie jeden ze starszych ministrantów i zapytał ze skwaszoną miną:
"Fajnie o tym kontakcie z Bogiem tu sobie opowiadamy… ale na czym on tak naprawdę polega?". I myślę, że to pytanie może się pojawiać często w nas, bo o Bogu, o relacji z Nim, można wiele i pięknie pisać oraz głosić, ale chodzi o to, żeby uchwycić to, co dla tego tematu jest fundamentalne. Tym bardziej że wiara, nadzieja i miłość rodzą się właśnie z naszego kontaktu z Bogiem. Skąd więc możemy wiedzieć, że On ma z nami łączność i że coś nam komunikuje?
Pierwszy sposób, w jaki Bóg może się z nami komunikować, to cud. Dzieje się to na przykład wtedy, gdy modlisz się o coś, a potem to otrzymujesz. Czasami ludzie są przekonani, że uzyskają jakąś łaskę dopiero wtedy, gdy "zapłacą" Bogu odpowiednią ilością modlitwy albo gdy odnajdą jakąś skuteczną formułę modlitewną. Byłem kiedyś świadkiem, jak dwie osoby ze wspólnoty rozmawiały o swoich dzieciach. "Mój Karol jest niewierzący" - wyznała jedna. "A, to bardzo proste. Musisz mu zaszyć w bluzie cudowny medalik. Pamiętaj też, żeby do jedzenia dodawać sól egzorcyzmowaną". Oniemiałem, kiedy to usłyszałem. Zabrzmiało to, jakby wiara i relacja z Bogiem były efektem realizacji jakiegoś przepisu krawieckokucharskiego, a nie decyzji człowieka na współpracę z łaską. Warto zauważyć, że pierwszoplanowym celem modlitwy, czy to słownej, czy to z wykorzystaniem sakramentaliów, nie jest to, żeby coś dostać, ale aby podtrzymać kontakt z Bogiem. "Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie" (Mt 6,8). Bóg spełnia nasze prośby po to, aby przekonać nas o swojej miłości. Zatem modlitwa to nie próba namówienia szefa, aby dał mi awans, ale rozmowa z kochającym Ojcem. Cud to Boża odpowiedź.
Czym jednak jest tak naprawdę cud? Czy chodzi tylko o coś naukowo niewytłumaczalnego? Spotkałem wiele osób, które doświadczyły ewidentnego działania łaski, jednak potem traciły bardzo dużo czasu, zastanawiając się, czy było to wytłumaczalne czy nie. Tymczasem kluczowe pytanie nie dotyczy tego, czy jesteś w stanie wytłumaczyć przyczyny jakiegoś wydarzenia, ale co ono w tobie powoduje. "Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo" (Łk 6,44). Innymi słowy, powinniśmy raczej patrzeć, jakie są owoce danej sytuacji, niż zachodzić w głowę, czy da się ją naukowo wyjaśnić. Przedstawię to na przykładzie. Para modli się o potomstwo i jej prośba zostaje spełniona.
Niewytłumaczalne by było, gdyby wydarzyło się to bez współżycia albo pomimo fizycznej niepłodności. Może jednak być tak, że samo zajście w ciążę, które przebiegało w całkowicie naturalny sposób, będzie znaczące dla ich wiary, pociągnie ich serca do kochania Boga. Wtedy będzie to cud, bowiem owoce tego poczęcia będą kierować człowieka ku Stwórcy. Cudem jest to, o co się modliliśmy, a co pociąga nas do Niego. Niekoniecznie musi to być coś niewytłumaczalnego.
Drugi sposób Boga na zaszczepienie w nas Jego łaski to natchnienie. Jest to myśl, która wlewa w nas życie, inspiruje, uskrzydla i daje siły do pokonania trudności. Powtórzę: działanie Boga rozpoznajemy po owocach. Zatem nie chodzi o to, że wspomniana myśl musi być przyjemna, ale że pokazuje nową perspektywę w życiu. Może więc być tak, że w człowieku pojawi się jakaś inspiracja, która na duchowym poziomie przyniesie mu radość, da odpoczynek w codziennych zmaganiach. Jej efektem będzie zatem głębsza wiara i przylgnięcie do Jezusa. Kiedyś przychodziłem z Komunią św. do pewnej emerytki z naszej parafii. Zawsze ujmowała mnie jej radość i pogoda ducha, które z niej promieniowały mimo ogromnego cierpienia i nagromadzenia chorób. Mówiła: "Panie Jezu, jak dajesz krzyż, to daj jeszcze siłę, żeby go unieść". I ciężko było nie zauważyć, że ta zgarbiona staruszka duchowo była mocarzem. Myślę, że ta jej prosta, jednozdaniowa modlitwa była właśnie takim natchnieniem, które pochodziło od Zbawiciela. Ta myśl sprawiała, że miała siłę przekraczać ból i samotność, konfrontować się z rzeczywistością.
Trzeci sposób przychodzenia Boga to tęsknota. Czasami jest tak, że człowiek nie wie, czy wierzy w Boga, czy nie. Jest jednak pewien, że za Nim tęskni: "Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni do przedsieni Pańskich. Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego" (Ps 84,2-3). Tęsknota to echo Jego głosu, który rozbrzmiewa wewnątrz twojego serca. Tęsknisz, bo Bóg zawołał cię po imieniu, a to wołanie dociera do ciebie pod postacią doświadczenia pragnienia. Nie raz jest to niezbyt przyjemne, tak że nawet można chcieć od tej tęsknoty uciec. Warto podkreślić, że różni się ona od poczucia braku. Tęsknisz dlatego, że Bóg do ciebie mówi, a nie dlatego, że jesteś "poza Bożą miłością". Żołnierz, który tęskni za domem, w sercu odczuwa duchową łączność z żoną i dziećmi. To pragnienie jest zatem miłością, jej źródło stanowi więź z ukochanymi. Tak samo można powiedzieć o tęsknocie za Bogiem: jej źródłem jest wewnętrzna nierozerwalna więź ze Zbawicielem. Skoro tak, to doświadczenie pragnienia może stać się również naszą modlitwą. W jaki sposób? Najpierw trzeba zauważyć w sobie tęsknotę. W tym celu konieczne jest uruchomienie świadomości siebie i zyskanie łączności ze swoim wnętrzem. Następnie trzeba pozwolić, żeby ta tęsknota wypełniła wszystko, co jest w nas, aby całe nasze serce stało się jednym wielkim pragnieniem. Wtedy będziemy w kontakcie z Nim, a ten rodzi w nas wiarę, nadzieję i miłość. Mój ulubiony psalm mówi: "Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody" (Ps 63,2). Tak modli się serce, które widzi, że tęsknota jest jego łącznością z Bogiem.
Spotkanie z kochającym Ojcem
Wiele lat temu uczestniczyłem w wydarzeniu ewangelizacyjnym organizowanym przy okazji wielkiego festiwalu muzycznego. Był upalny lipcowy dzień, a ja stałem z dwoma dziewczynami przy jednej z dróg niedaleko głównej sceny. W rękach miałem kawałek kartonu z hasłem: "Darmowa modlitwa". Przewalały się tam tłumy ludzi. W pewnym momencie zwróciła na nas uwagę młoda dziewczyna. "Jesteś wierząca?" - zapytałem. "Nie wiem. Trudno mi potwierdzić, ale też trudno mi zaprzeczyć" - odpowiedziała, zwieszając głowę. "A byłaś kiedyś wierząca?". "Oj tak, po bierzmowaniu, wtedy jedyny raz poczułam się naprawdę kochana. Bardzo tęsknię za tam tym doświadczeniem" - odpowiedziała wyraźnie wzruszona.
"A zdajesz sobie sprawę, że ta twoja tęsknota nie wynika z tego, że masz w sobie jakąś dziurę, którą trzeba zapełnić? To On sprawia, że tęsknisz, to On cię woła" - skomentowałem nieco od niechcenia, zupełnie nie przewidując rezultatów. Nie zdążyłem skończyć zdania, a dziewczyna wybuchła płaczem. Wyściskała nas, wycałowała i szczęśliwa ruszyła dalej. Spojrzeliśmy po sobie, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Czyżby faktycznie droga tęsknoty doprowadziła ją na spotkanie z kochającym Ojcem?
Wrócę do pytania, które po moim kazaniu zadał mi starszy ministrant: "Skąd mam wiedzieć, że Bóg ma ze mną kontakt?". Myślę, że Jego głosu można szukać na przykład w wielkich i małych cudach, które wzmacniają naszą relację z Nim. Wierzę, że jest on słyszalny także w różnych natchnieniach, pomysłach, myślach, które sprawiają, że czujemy się kochani. Jest też obecny w tęsknocie, za pomocą której On mówi do naszej głębi.
Fragment książki Pawła Kowalskiego SJ "Idź swoją drogą. Poradnik życia głębokiego".


Skomentuj artykuł