“Nie patrzyła, czym mnie bije. Tłukła, jak leci”. Wstrząsający reportaż o dzieciństwie milienialsów
Strach, emocjonalne zaniedbanie, przemoc psychiczna i fizyczna. Kiedy rodzic staje się największym oprawcą, świat dziecka zamienia się w piekło. Czy można przerwać łańcuch międzypokoleniowej przemocy? Publikujemy fragment książki Ewy Kozy, “Dobrze wychowani. Jak wytresowano milenialsów”
Ewa Koza: W jakim byłaś wieku, gdy matka najbardziej się nad tobą znęcała?
Martyna: Najbardziej przeżywałam to, co mi robiła, przed pierwszą komunią. To nie tylko bicie. Z pasją pastwiła się nade mną psychicznie, to było chyba jeszcze gorsze. Nie chcę powiedzieć, że razy mnie nie bolały, ale jeśli mogłabym wybierać, wolałabym “tylko” to. Biła mnie średnio raz w tygodniu, psychicznie znęcała się non stop. Przed komunią wmawiała mi, że jestem opętana przez diabła. Wyrzekała się mnie, mówiła, że nie powinnam była się urodzić, że nie jestem jej córką, że jestem tak zła, że nikt mnie nie kocha – nawet ciocia Zosia, czyli moja chrzestna, kraina łagodności, kobieta, która kocha wszystkich, nawet obcych. Więc dla mnie, kilkulatki, nie do zniesienia była świadomość, że ciocia Zosia kocha wszystkich, ale mnie nie. Matka często powtarzała, że umrze przeze mnie: “Doprowadzisz mnie do wyczerpania nerwowego!”. Wiesz, jak masz kilka lat i słuchasz tego wszystkiego, to trudno, żebyś nie myślała, że zasługujesz na bicie, szczucie, na karę, na to, co najgorsze.
Pamiętasz, co się w tobie działo zaraz po takim ataku?
Za każdym razem chciałam zniknąć, chciałam nie żyć. Gdyby nie książki, pewnie bym zwariowała. Byłam przerażona, myślałam, że może faktycznie mam tego diabła za skórą, może jestem opętana. Dochodzi jeszcze aspekt małomiasteczkowej religijności, matka była i jest zagorzałą katoliczką. Pod koniec podstawówki zapytałam ją, jak może chodzić do kościoła, siedzieć z różańcem i robić mi rzeczy, które stoją w sprzeczności z wiarą? Jak zawsze, wściekła się, że pyskuję. Często powtarzała, że będę całować ślady jej stóp, jak umrze. Lubiła mnie straszyć tym, że umrze. Pamiętam, jak ojciec z siostrą gdzieś wyjechali, ja chyba byłam za mała na taką wycieczkę, więc zostałam z matką. Ona nie uczestniczyła w życiu towarzyskim, ale lubiła robić teatr, lubiła grać pierwszoplanowe role. Byłyśmy same w domu, usiadła w fotelu i udawała, że nie żyje. Pamiętam tę scenę do dziś. Czerwony fotel, paprotkę, która nad nią wisiała, i pozycję, w której matka zastygła. Miałam pięć lat, byłam przerażona. Najpierw zaczęłam ją bić po twarzy, później wrzeszczeć: “Mamusiu, mamusiu, mamusiu” – niezależnie od tego, co mi robiła, nie wolno mi było inaczej się do niej zwracać – a potem zaczęłam szlochać. Zakończyła przedstawienie otwierając oczy i mówiąc: “A jednak mnie trochę kochasz”.
Byłaś krnąbrnym dzieckiem?
Tak, i dziś myślę, że to mogło być dla niej nie do zniesienia.
Eskalowała przemoc?
Tak, były takie momenty, w których mnie lała, a ja się śmiałam – szósta, siódma, ósma klasa podstawówki. To doprowadzało ją do szału, biła mnie wtedy z jeszcze większą zaciętością. Nie byłam rozbawiona, to był nerwowy śmiech. Śmiałam się do pewnego momentu, bo myślałam, że odpuści, ale nie, tłukła mnie jeszcze mocniej. Potem już nie byłam w stanie się śmiać.
W siódmej, ósmej klasie byłaś już duża, nie pomyślałaś, żeby ją odepchnąć?
Nie. Wtłoczono mi do głowy, że na matkę nie można podnieść ręki, niezależnie od tego, co mi zrobi. Jak tylko mogłam, jeszcze przed wyjazdem do liceum, pryskałam do babci albo gdziekolwiek, byle tylko nie być w domu. Matka biła mnie bez powodu, zresztą zawsze jakiś znalazła. Potrafiła mnie stłuc na przykład dlatego, że zapomniała kluczy, a wiedziała, że skończyłam lekcje o 12.00, więc dla niej oczywiste było, że powinnam być w domu i na nią czekać. Pytasz, czy eskalowała przemoc? Tak. Czarny pas z dziurami i dużą sprzączką był od zawsze, widzę go, jak tylko zamykam oczy. Nie patrzyła, czym mnie bije. Tłukła, jak leci. Niejednokrotnie sprzączką przecięła mi skórę. Ciągle miałam siniaki, krwiaki. Deską obrywałam, jak byłam już trochę większa, może od piątej klasy. Często rezygnowałam z wuefu, bo miałam ślady pobicia, głównie na nogach i plecach.
Nie pomyślałaś, żeby pójść do szkolnej higienistki, żeby to pokazać?
Absolutnie nie! Ja się tego wstydziłam. Naprawdę wierzyłam, że to, że ona mnie bije, to moja wina. Wierzyłam, że gdybym była grzeczna, to bym nie dostawała. Wierzyłam w to do końca podstawówki. Owszem, w ostatnich klasach się buntowałam, ale przyjęłam to, co mi wmawiała. Uznałam to za prawdę oczywistą. Matka była nauczycielką w szkole, do której chodziłam, więc wizyta u higienistki tym bardziej nie wchodziła w grę. Do tego skutecznie mnie szantażowała, zastraszała, że zamknie mnie w zakładzie psychiatrycznym, jak nie przestanę kłamać, a ojcem manipulowała tak, żeby nie wierzył w to, co ode mnie usłyszy. Do dziś pamiętam takie swoje nastoletnie myślenie, że może ja faktycznie powinnam była być w domu i czekać na nią, gdy zapomniała kluczy, że może powinnam była zrobić coś, czego nie zrobiłam. Nie wiem, jak często dostawałabym lanie, gdybym cały czas mieszkała z rodzicami i gdybym nie uciekała do babci. Ukrywałam się u niej, zostawałam na noc, w domu nigdy nie czułam się bezpiecznie. Pamiętam taką scenę: mam kilka lat, jestem u babci Stasi, siedzimy przy stole, jest z nami ciocia Zosia, jest nieprawdopodobny upał, a ja mam bluzkę z długimi rękawami. Obie namawiają mnie, żebym ją zdjęła, ale protestuję. W końcu babcia, ot tak, podnosi mi bluzeczkę i widzi rany na plecach. Pyta: “Co to jest!?”, odpowiadam, że nic. Widzę, że cioci ciurkiem płyną łzy, a babcia z miejsca chce iść do matki. Błagam ją, żeby tego nie robiła, bo dostanę jeszcze mocniej.
Dostałaś od matki cokolwiek poza biciem i poniżaniem?
Tak. Śpiewałyśmy razem, bardzo to lubiłam, śpiewałyśmy na głosy. Matka była bardzo uzdolniona muzycznie i bardzo cwana. Były momenty, w których zaczęłam się jej zwierzać. Wielokrotnie wykorzystała to później przeciwko mnie – albo się wyśmiewała, albo zdradzała moje sekrety. Pamiętam jej rytuał malowania się. Siedziała przy stole, przy którym jadłam śniadanie, paliła, piła kawę i szpilką rozdzielała sobie rzęsy, potrafiła malować się dwie godziny. Czasem chciałam podpatrzeć, jak to robi. Kiedyś zadrżała jej ręka, gdy rysowała kreskę, i zaczęła się na mnie drzeć: “Ty franco, mówiłam ci, żebyś się na mnie nie patrzyła!”. Musiałam szybko skończyć jeść i uciekać, bo wpadła w szał. Wyzywała mnie od bachorów, świętych krów i wszystkiego, co jej ślina na język przyniosła. Kiedyś ojciec ją zapytał, czy zna znaczenie słów, których używa. Jako nastolatka zaczęłam być bardziej świadoma, dlatego chciałam jej ograniczyć prawa rodzicielskie. Pamiętam, jak ojciec się rozpłakał, bo mu powiedziałam, że będę szukała swoich prawdziwych rodziców. Wmówiłam sobie, że jestem adoptowanym dzieckiem, bo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że rodzona matka może się tak nade mną znęcać. Nie składałam jej życzeń na Dzień Matki, bo nie uważałam jej za swoją, do dziś jest dla mnie matką mojej siostry. W siódmej czy ósmej klasie, kiedy, jak innym koleżankom, zaczęło mi bardziej zależeć na tym, jak wyglądam, na tym, w co mogę się ubrać, zreflektowałam się, że nie mam tego, co inne dzieci. Nie dlatego, że w domu jest bieda, ale dlatego, że matka mi tego nie kupi, bo woli kupić kolejną parę butów dla siebie. Zgromadziła pokaźną kolekcję. Chyba miałam dwanaście, może trzynaście lat, gdy jej powiedziałam, że powinna mi zapewnić byt na takim samym poziomie, na jakim ona żyje, bo tak stanowi Kodeks opiekuńczy. Jaki był finał? Najpierw wykrzyczała, że nie, bo ona pracuje, a ja nie, a potem dostałam lanie. Klasyka. Moja świadomość rosła, co doprowadzało ją do szewskiej pasji. W ostatnie wakacje w podstawówce zabrała mnie na wycieczkę do Wrocławia. Wzięłam parasolkę, ona stwierdziła, że parasolki nosić nie będzie. Zaczęło padać. Kazała mi oddać swoją, żeby jej fryzura nie zmokła, i miała totalnie w dupie, że byłam przemoczona do suchej nitki. Kiedyś zaczęła mi wypominać, że jak byłam chora, to się mną opiekowała i dawała mi lekarstwa.
Usłyszałaś, że nie powinnaś była się urodzić. To była jednorazowa akcja?
Nie, powtarzała to, lubiła to powtarzać. Bardzo często słyszałam te słowa. Matka dobrze gotowała, piekła i robiła desery, galaretki z owocami. Miała trzy szklane pucharki, o niespotykanym, musztardowym kolorze. Trzy galaretki były w nich i jedna w innej miseczce. Zawsze, ale naprawdę zawsze rozdawała te galaretki, wskazując, że inna jest dla mnie. Ojciec często oddawał mi swoją, żebym mogła zjeść w ładnym pucharku. A matka za każdym razem podkreślała, że nie chciała mieć drugiego dziecka, więc wszystko ma potrójne. Zawsze dostawałam coś na tak zwanej dostawce, mam wrażenie, że sprawiało jej to przyjemność. Z pasją przypominała, że jestem nieplanowanym i niechcianym dzieckiem.


Skomentuj artykuł