“Pamiętaj, że jesteś nikim”. Co traumy dzieciństwa robią z nami w dorosłości?
Dla wielu dorosłych dzieciństwo nie było czasem beztroski, odkrywania świata i samych siebie, tylko doświadczeniem, do którego powraca się w najgorszych koszmarach. Gdzie strach, emocjonalne zaniedbanie i przemoc były narzędziami w “procesie wychowania”. Publikujemy fragment książki Ewy Kozy - “Dobrze wychowani. Jak wytresowano milenialsów”.
Ewa Koza: Od dziecka dużo mówiłaś, ale tylko do ludzi, którzy byli ci przyjaźni. Nie byli nimi twoi rodzice.
Karolina: Nie byli. Powiem coś, z czym borykałam się przez wiele lat: ja nie kocham moich rodziców. Nie kocham ich, bo ich nie znam. Nie miałam przestrzeni na zbudowanie z nimi bliskiej relacji, ponieważ moi rodzice byli wielkimi nieobecnymi. Krótko po tym jak mnie urodziła, mama zachorowała na nerki i przez pół roku była w szpitalu. Zajmowała się mną głównie babcia, dziadkowie mieszkali z drugiej strony tej samej kamienicy. Rodzice zawsze byli zajęci – jak nie pracą, to podróżami. Co prawda mama wzięła trzyletni urlop wychowawczy, ale kompletnie nie pamiętam wspólnego czasu z nią. Mam przebłyski tylko jednego wspomnienia: mam kilka lat, jestem w typowym dziecięcym łóżeczku ze szczebelkami i bardzo płaczę, ale nikt nie przychodzi. Ojciec żył w przekonaniu, że dziecka nie wolno przytulać, bo wychowa się mazgaja. “Samo zaczęło płakać, to i samo przestanie” – zabraniał matce mnie przytulać, babcia robiła to częściej, chociaż jej też nie pozwalano. Jak miałam trzy lata, ojciec zdecydował, że idzie na studia i praktycznie wyprowadził się do miasta oddalonego o sto kilometrów od domu. Nauka zajmowała mu sporo czasu i uwagi, a ja byłam elementem przeszkadzającym. Adekwatnie do wieku, biegałam po domu jak pędziwiatr, w związku z czym ojciec wypracował sobie swój rytm dobowy. Po powrocie z pracy jadł i kładł się spać, wstawał o 21.00 czy 22.00, gdy już spałam, i uczył się. Niby był, ale dla mnie go nie było. Na weekendy wyjeżdżał na zajęcia. Z tego powodu bardzo kocham piątki. Mama wracała sama z pracy, a ojciec jechał prosto na uczelnię. To były najpiękniejsze dni w moim życiu.
Dlaczego? Przecież będąc w domu, dla ciebie i tak był nieobecny.
Ponieważ służył – sam sobie nadał taką rolę – tylko do tego, żeby mnie strofować. Dla niego wszystko i zawsze było źle. Całe życie próbował mnie zastraszyć, a ponieważ jest bardzo wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną, również wyglądem podkreślał swoją siłę. Ma gruby, tubalny głos, jest sprawny komunikacyjnie. Całe życie się nade mną pastwił. Czegokolwiek się podjęłam, zawsze słyszałam, że mi to nie wyjdzie, bo jestem za głupia. Kiedyś powiedział, że mam chore ambicje, bo chcę być kimś, kim nigdy nie będę, i muszę sobie to uświadomić. Nie boję się powiedzieć, że mój ojciec ma problem ze zdrowiem psychicznym, ale nigdy nie poszedł po pomoc. Stosuje przemoc, jest człowiekiem dominującym, błyskawicznie podporządkował sobie całą rodzinę. Kompletnie nie radzi sobie z emocjami, nie umie nimi zarządzać, zawsze regulował je za pomocą alkoholu. W jego obecności mogłam się wszystkim bawić – mogłam wziąć pędzelek i pomalować farbkami pół mieszkania. Jemu to w ogóle nie przeszkadzało, bylebym tylko nie zaczęła płakać. Teraz, z perspektywy osoby dorosłej, wiem, że on nie wiedział, co się wtedy robi. Dostałam więc zakaz płakania, “bo to denerwuje tatę”. A co się dzieje, jak powiesz dziecku, że ma nie płakać? Pierwsze, co zrobi, to zacznie ryczeć. Jak tylko zaczynałam, on wrzeszczał, że mam przestać. Albo krzyczał na mnie, albo go nie było. Krótko po tym, jak skończył studia – miałam wtedy siedem czy osiem lat – rodzice kupili ziemię z lasem, takie miejsce do odpoczynku, dwieście kilometrów od domu. Od tego momentu w zasadzie zniknęli z mojego życia. Wyjeżdżali tam praktycznie co weekend, zostawiając mnie pod opieką dziadków, a gdy dziadek zmarł, zostawałam z samą babcią. Jeździli tam przez okrągły rok, nawet zimą. Zawsze znaleźli pretekst, żeby wyrwać się z domu. Praktycznie ich nie widywałam. Od poniedziałku do piątku funkcjonowali w trybie praca, na weekend znikali. Wcześniej, gdy miałam sześć lat, wyjechali na trzy tygodnie w podróż po Azji. Jak zawsze zostawili mnie z dziadkami. Pamiętam, że przyszedł do nich znajomy, popatrzył na mnie i powiedział: “Chyba musisz bardzo tęsknić za mamą i tatą”. Pomyślałam: “Nie, ja w ogóle za nimi nie tęsknię”.
Wiadomo ci, czy oni chcieli zostać rodzicami?
Mama chciała, ojciec nie. Dla matki dziecko było paszportem do lepszej przyszłości, uwiązaniem męża. Ona traktowała mężczyzn jak inwestycję. Uczyła mnie, że ładna miska jeść nie daje. Facet nie musi być przystojny, ważne, żeby miał pieniądze.
Mówisz, że ojciec regulował emocje za pomocą alkoholu. Jak odnajdywała się w tym matka?
Oboje są wysokofunkcjonującymi alkoholikami (osoby, które pomimo nadużywania alkoholu utrzymują pozory normalnego życia i skutecznie funkcjonują w społeczeństwie, realizując obowiązki zawodowe i osobiste – przyp. red.). Co ciekawe, mój ojciec po alkoholu jest najlepszym człowiekiem na świecie. Gdy pił, stawałam się jego ukochaną córeczką, najzdolniejszą i najwspanialszą. W ogóle wszyscy byli wtedy super. W przeciwieństwie do innych dzieci, w domach których też była przemoc i które bały się, że po alkoholu będzie kolejna awantura, ja, jak wiedziałam, że szykuje się impreza, byłam przeszczęśliwa.
Rodzice pili i do tej pory piją razem. Tyle że to zawsze były okoliczności imprezowe. Wychowywano mnie na nieustających balangach. Dlatego jestem nauczona spać w każdych warunkach. Hałas mi nie przeszkadza. Uwielbiałam imprezy w naszym domu, wtedy było wesoło, było radośnie. Miałam wrażenie, że wszyscy dobrze się bawimy.
Ojciec stosował przemoc tylko wobec ciebie?
Głównie wobec mnie, ale również wobec mojej matki. To była przemoc psychiczna. Nigdy nie podniósł na mnie ręki, ale doprowadził mnie do nerwicy. Całe liceum byłam na lekach. Wtedy mi powiedziano, że mam problemy z sercem. Dzisiaj, świadoma tego, jakie leki brałam, wiem, że to była nerwica, która manifestowała się zaburzeniami pracy serca. Ojciec o tym nawet nie wiedział, matka to przed nim ukrywała. Wychowywała mnie w przekonaniu, że tacie nie można zawracać głowy, on jest przepracowany, zmęczony, w ogóle jest królem, bo jest inżynierem. Jest epicentrum wszystkiego. I to, co tata powie, jest święte. On uważał, że kobiety nie nadają się do przedmiotów ścisłych, w związku z czym próbował mnie uczyć matematyki. To był koszmar. To były ciągnące się po pięć, sześć godzin monologi, w których notorycznie powtarzał, że jestem tępa. Bardzo często używał w odniesieniu do mnie dwóch słów: “tłuk” i “tłumok”. Mówił, że skończę co najwyżej piątą klasę podstawówki.
Lubił dawać mi kary. Sam bardzo brzydko pisze, ale mnie za brzydkie pismo kazał w nocy przepisywać zeszyt do polskiego albo napisać tysiąc razy: „Będę ładnie pisała”. To było wycieńczające. Zaczynałam płakać, co eskalowało napięcie, bo przecież ojciec nienawidził płaczu. Atmosfera robiła się nie do zniesienia. Nigdy nie pozwalał mi skończyć wcześniej, bo – jak powtarzał – trzeba być konsekwentnym i trzeba wytrwać. Do dziś tak działam. Jestem w stanie wytrzymać nawet w najbardziej niekomfortowych warunkach, nie porzucam projektów, które rozpoczęłam, zawsze doprowadzam je do końca. W tym wszystkim była moja milcząca matka. Ja ślęczałam nad zeszytem, ona – będąc w tym samym pomieszczeniu – nagle stawała się nieobecna. Zachowywała się tak, jakby nie chodziło o jej dziecko.
A jeśli była babcia albo dziadek?
Oni starali się odezwać. Zawsze się o mnie upominali, ale ojciec szybko to ucinał, mówił: “To nie wasze dziecko”, i wyrzucał ich z domu. Nie pamiętam, co zrobiłam, ale raz usłyszałam, że dostanę pasem. To było dziwne, bo ojciec nigdy mnie nie uderzył. Wiem, że byłam już wtedy dziewczynką, która zaczynała mieć świadomość własnej seksualności. To ważne, bo ojciec powiedział, że mam zdjąć majtki i wypiąć tyłek. Nie chciałam tego zrobić, nie dlatego, że bałam się razów, ale dlatego, że wstydziłam się rozebrać przed facetem. Stał nade mną kilka godzin, trzy, może cztery, a ja ryczałam. W końcu musiałam zdjąć te majtki, wtedy powiedział: “To wszystko, teraz się ubierz”. Później z dumą opowiadał o tym w towarzystwie. Powtarzał, że żeby wychować dziecko, trzeba je poniżyć. Mówił, że właśnie w tym celu wymyślił tę karę, bo dziecka nie boli bicie – to nie jest wychowawcze – dziecko boli poniżenie. I to, że każe mu się zdjąć majtki, jest najlepszym środkiem wychowawczym, ponieważ tak poniżone dziecko będzie robiło wszystko, co mu się każe. Mój ojciec był przeciwnikiem bicia dzieci. Uważał, że robią to tylko słabi ludzie.
Matka nie próbowała go hamować?
Przy mnie nigdy się nie odezwała. Czasem słyszałam, jak kłócili się o mnie w nocy. Próbowała stanąć po mojej stronie, ale ojciec jest bardzo sprawny retorycznie. Tak tragiczne, że aż zabawne jest to, że winę za wszelkie problemy wychowawcze zrzucał na matkę. Notorycznie krzyczał: “Zobacz, jak ją wychowujesz. To ty jesteś matką!”. To, że jego zdaniem byłam tępa, było jej winą. “Bo pozwalasz, żeby dziadkowie odrabiali z nią lekcje, i rośnie ci taki tłumok, a ty się nawet nie wstydzisz!”. Próbowała się bronić, ale ostatecznie zawsze ustępowała. Matka czuła się od niego zależna, choć całe życie pracowała zawodowo. Ojciec nigdy mnie nie przeprosił i nie zmienił swojego zachowania w stosunku do mnie. Miałam trzydzieści lat, gdy powiedział: “Pamiętaj, że jesteś nikim, a twoja praca jest kompletnie bezwartościowa. To dobrze, że dobrze na niej zarabiasz, dobrze, że ludzie są tak głupi, że ci za to płacą, ale ty nie jesteś nikomu potrzebna”. Kiedy obroniłam doktorat – rodzice nie wiedzieli, że go robię – wzięłam oprawioną pracę i pojechałam do nich, żeby ją pokazać. Mama mi pogratulowała, widziałam, że była dumna. Prawie się popłakała z radości. Ojciec powiedział tylko: “No, jestem zaskoczony”. Słowo “gratuluję” nie przeszło mu przez gardło. Kilka godzin później, gdy wróciłam do siebie, zadzwoniła mama – mocno wstawiona, wiadomo, trzeba było opić sukces córki – i powtórzyła, że jest dumna, że mi gratuluje. Wiem, że ona jest stłamszona przez ojca, całe życie dbała, żeby w domu był spokój. Zawsze powtarzała, że chce mieć spokojną rodzinę, i nieustannie pytała: „Po co ty się tak z tym ojcem kłócisz? Nie możesz się zgadzać na to, co on mówi? Byłby spokój”. Więc do tego, że on się nade mną pastwił, ona dokładała swoje: “Pastwi się nad tobą, bo na to zasługujesz, bo go prowokujesz”. To wpojone w dzieciństwie poczucie winy za cudze emocje towarzyszy mi do dziś. Muszę je za każdym razem świadomie od siebie odseparować, żeby nie nieść na plecach ciężaru całego świata. Zdaniem moich rodziców winę za ich zły stan psychiczny ponoszę ja, poprzez swoje nieudane życie.

Skomentuj artykuł