“Dziewczyna z jeziora”. Thriller, w którym legenda staje się rzeczywistością
Mieli spędzić kilka dni nad jeziorem i dobrze się bawić. Nie wiedzieli jednak, że trafili w miejsce naznaczone tajemnicą. Najnowsza książka Joanny Parasiewicz to opowieść na pograniczu jawy i snu, pełna emocji, niedopowiedzeń i lokalnych legend. Publikujemy fragment.
Dziwnie było się szwendać tak po ciemku, nieswojo. Pomysł z szukaniem kwiatu paproci, może i w dechę przy kiełbaskach i ognisku, tu, w ciemnej gęstwinie, gdzie trudno było bez latarki dostrzec czubek własnego nosa, okazał się chybiony. Z początku nawet dowcipkowali, jak się podzielą tym bogactwem, co to go wraz z kwiatem znajdą. Śmiali się też z Pszczelarza, że turysta emeryt, że całkiem skapcaniał i w następne wakacje pewnie nie wstanie z leżaka. W miarę jak zapuszczali się w głąb, potykając się o korzenie, zaczepiając rękawami o gałęzie, aby w końcu wpaść wprost w plątaninę jeżyn, humor ich całkiem opuścił. Sylwek jakoś zmarkotniał, Paweł miał dość. Cieszył się, że przed wejściem do tego cholernego lasu przez przypadek zauważył niebieski szlak na jednym z drzew, poniżej jakieś przyczepione tasiemki. Starał się pilnować znaków, ale nie wiadomo było, czy
lepiej świecić sobie pod nogi, czy oświetlać to, co dookoła. W nikłej poświacie gałęzie wyginały się złowieszczo, a alkohol, który najpierw dodawał animuszu, teraz podkręcał wyobraźnię. Było kompletnie cicho, jakby las wstrzymał oddech, a Paweł czuł, jak
jego spocone plecy przemierza stado mrówek. Aż podskoczył, gdy pod stopą trzasnął suchy patyk i po raz setny pomyślał, jak bardzo był głupi, że nie został z Jankiem. Z każdą chwilą bardziej mu zazdrościł, że mógł sobie spokojnie grzać tyłek w śpiworze, a nie szwendać się w tej ciemnicy z narwanym bratem. Westchnął raz, potem drugi.
– Mnie starczy na dziś.
– Chodź, Paweł, i nie marudź, zaraz znajdziemy te bunkry.
– Świetnie, to może innym razem. Serio, ja pasuję – zatrzymał się. Znał brata jak własną kieszeń, wystarczyła byle szczelina i Sylwek od razu wyważał drzwi.
– No dobra, jak sobie chcesz, panienko, ja się jeszcze pokręcę.
Zza chmur pokazał się księżyc i zrobiło się jaśniej, raźniej.
– O, widzisz, nawet aura nam sprzyja.
– Stary! – Paweł kolejny raz potknął się o wystający korzeń i zaklął siarczyście. Nie chciał się rozdzielać, nie miał pojęcia, jak daleko byli od namiotów, ale miał już serdecznie dosyć wieczornej przechadzki.
– Chodź, zawijamy się, wpadniemy za dnia.
– Nie, sam sobie wracaj, jak chcesz, ja się napaliłem na te bunkry,w nocy może być tam mistrzowsko. Wiesz, jak stąd trafić?
– Raczej nie…
Sylwek westchnął głośno, ale się zatrzymał.
– Podprowadzę cię, dalej będziesz miał prosto.
Wracali w milczeniu.
– Dobra, to stąd idziesz, nigdzie nie zbaczasz i zaraz powinieneś być na miejscu.
– Podejdźmy jeszcze kawałek.
– Braciak, co ty taki cykor jesteś, Baby-Jagi się boisz?
Szli przed siebie w milczeniu. Wreszcie, gdy błysnęła srebrna tafla jeziora, Paweł odetchnął z ulgą.
– Dobra, już sobie poradzę.
– Tylko zostaw mi kilka kartofli.
Sylwek odwrócił się na pięcie i zniknął. Przyspieszył kroku, nawet starał się pogwizdywać. On im jeszcze pokaże i jutro opowie dziewczynom, jak to jest jechać z amatorami; jeden już chrapał w namiocie, a drugi mało na spacerze w portki nie narobił ze strachu. Minął jakieś mokradła, co poznał po wilgotnym zapachu ziemi i innych zaroślach, dobrze, że się tam nie wpakował. Jeszcze tego by brakowało do kompletu wrażeń. No i gdzie te bunkry? Rozglądał się uważnie, słabe światło latarki ślizgało się po pniach, ale bunkrów było, niebieskiego szlaku, o którym wspominał Paweł, też nie mógł znaleźć. Ruszył przed siebie, ale już mniej raźnym krokiem.
Trafił na rozwidlenie ścieżki – i gdzie dalej? Wybrał tę z prawej, po czym zmienił zdanie, przecież kierowała na zachód, a te bunkry, przynajmniej według mapy, którą studiował przed wyjazdem, powinny być bardziej na południe, czyli tam, gdzie wyższe drzewa. No i na mapie nie było żadnych bagien w ich okolicy… Zawrócił, ale rozwidlenia ścieżek jakoś nie było, może jeszcze kawałek? Ale przecież aż tak daleko nie mógł się zapędzić… Cholera jasna, trzeba było wracać z Pawłem. Potknął się o zielsko i przewrócił jak długi. Leżał w jakiejś dziurze, rozcierał bolącą kostkę.
– Cholera by to wzięła – zaklął, a własny głos w głuszy zabrzmiał mu obco. Zerknął na zegarek, dochodziła północ. Niemożliwe, aż tyle czasu ganiał po tym lesie? Starał się wstać, ale kostka paliła żywym ogniem. Trudno, myślał gorączkowo, jakoś tu przebieduję do świtu, w końcu to nie dżungla amazońska, przynajmniej nic mnie nie zeżre, a jak tylko zrobi się jasno, dokuśtykam do namiotu.
Zamarł, kiedy usłyszał szelest. Starał się nie oddychać. Nie, nie zdawało mu się, coś wyraźnie zbliżało się w jego stronę. Może Paweł z Jankiem wybrali się jednak za nim? Nie, to niemożliwe, więc co? Łoś, dzik, może kłusownik? Skulił się w sobie, poczuł, jak włosy na głowie stają mu dęba, a krew tężeje w żyłach.
– Pan się zgubił?
Podskoczył, gdy usłyszał głos za swoimi plecami. Ale jak to możliwe, przecież mógłby przysiąc, że szelest słyszał z drugiej strony, wyraźnie przed sobą…
Aż mu szczęka opadła. Stała na wzniesieniu w świetle księżyca w długiej jasnej sukience i się do niego uśmiechała. Poczuł taką ulgę, że miał ochotę tę dziewczynę wyściskać.
– Eeee… na to wygląda… Zapędziłem się za kwiatem paproci.
Zaśmiała się cicho, tak lekko, przyjaźnie.
– A teraz, rozumiem, chwila odpoczynku?
– A teraz to chyba skręciłem kostkę.
– Niedobrze, mogę zerknąć?
– Proszę. – Była przy nim, zanim skończył mówić. Spróbował włączyć latarkę, ale naraz przestała działać. Przesuwał suwakiem w górę i w dół, baterie chyba się całkiem wyczerpały.
Chciał coś powiedzieć, ale rzekła z uśmiechem:
– Nie trzeba.
Uklękła przy nim i drobną chłodną dłonią dotknęła bolącego miejsca. W świetle księżyca widział, że jest piękna, miała jasne złociste oczy i długie perłowe włosy, które opadły wprost na ziemię, tuż obok jej kolan.
– Zdaje się, że mam coś przy sobie, co przyniesie panu ulgę.
Sięgnęła do lnianej torby, którą zsunęła z ramienia, i odkręciła malutki słoiczek.
– Tu, w okolicy, jest sporo takich niespodzianek, to leje po bombach, pamiątki po wojnie. Sylwester patrzył na nią i milczał. On, który nigdy nie tracił rezonu, umiał zagadać każdą, naraz nie wiedział, co powiedzieć, i nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Dotykała pulsującej kostki chłodnymi palcami, a on nie potrafił od niej oderwać oczu. Odchrząknął.
– Przepraszam, ale co pani robi sama o tej porze w lesie?
Zatopiła w nim złociste oczy i już wiedział, że nie widział piękniejszych.
– Zbieram zioła.
– Tak po nocy?
– Tak, bo są takie, które trzeba zrywać właśnie przy pełni.
– Przy pełni?
– Owszem, mają wówczas największą moc. A pan?
– Co ja?
Znów się uśmiechnęła, a on zapragnął, aby nigdy nie przestawała się do niego tak uśmiechać.
– Co pan tu robi?
– Przyjmijmy, że to taka nieudana wycieczka. A w ogóle to jestem Sylwek, Sylwester Piorun.
– Sylwester?
– Tak, fantazja rodziców na pamiątkę upojnej nocy.
Zerknęła na niego zaciekawiona. Zrugał się w duchu, Boże, co ja przy niej plotę?
– Gotowe. – Wsunęła z powrotem słoiczek do torby. – Z nogą powinno być już lepiej.
– Jest lepiej. – Poruszał stopą w lewo i prawo. – Wcale nie boli… niesamowite…
– To dobrze. Może pan wstać?
– Bez problemu. – Podniósł się lekko.
Sięgała mu do ramienia, drobna, szczupła, ze złocistymi oczami niemal na pół twarzy, od których nie chciał oderwać wzroku. Krągłe piersi rysowały się pod cienkim materiałem sukni, która zwężała się w jej wąskiej talii… Chryste, jak ten anioł znalazł go w tej głuszy?
Odgarnęła włosy.
– Pomogę panu się stąd wydostać.
– Nie, nie, dam radę, naprawdę nic mnie już nie boli. – Dwoma susami pokonał dół. – Pierwszy raz w życiu się zgubiłem.
– Dlatego właśnie chciałam panu wskazać drogę.
Czuł się przy niej jak mały chłopczyk i… całkiem mu się to podobało.
– Zapędziłem się w lesie, bo byłem pewien, że trafię bez pudła…
– Do bunkrów?
– Tak, wspominałem o tym?
– Domyśliłam się. O tej porze, jeśli ktoś tutaj nie zbiera grzybów, zwykle szuka właśnie bunkrów. Ale szedł pan w przeciwnym kierunku.
– Pani za to musi świetnie orientować się w tej okolicy, prawda?
– Tak… Proszę teraz iść za mną.
Szedł posłusznie za fosforyzującą w mroku sukienką. Ona musiała znać tu każdą piędź ziemi, bo kroczyła pewnie i ani przez chwilę się nie zawahała, ani razu o nic nie potknęła, nie zaczepiła, szła, jakby chodziła po własnym domu…
– Wychowywała się tu pani?
– Tak. O, tu jest rozwidlenie, które pan minął.
– Skąd…
– Musiał pan je widzieć wcześniej, inaczej gdyby skręcił pan w lewo, trafiłby pan raczej tam, gdzie zamierzał. Dalej ma pan ochotę zwiedzać bunkry?
– Nie, tak, nie…
Nie chciał się z nią rozstawać, obejrzała się przez ramię.
– Myślę, że po takich wrażeniach dobrze będzie jednak wypocząć…
Niechętnie przyznał jej w duchu rację.
– Rozbiliśmy się nad Tęsknym.
Skinęła głową.
– Piękne miejsce.
– Tak, prowadzimy tam badania podwodne. – Poczuł się naraz dumny. Teraz on mógł wreszcie czymś zaimponować dziewczynie, która prowadząc go przez środek lasu, poruszała się w ciemnościach zwinnie niczym kot.
– Bardzo ciekawe.
– Owszem. Nurkujemy razem z bratem i naszym przyjacielem, no i jak się okazało, że ten nasz przyjaciel ma badać tutejsze dno jako pierwszy z ramienia zakładu archeologii uczelni, przyjechaliśmy razem z nim.
– Ciekawe, i co planujecie znaleźć?
– Jak to co? Skarby – zachichotał. – Różne opowieści krążą przecież o tym miejscu.
– Naprawdę? – Aż przystanęła z wrażenia. – Jakie opowieści?
– Na przykład takie, że Szwaby, zwiewając przed Ruskimi, potopiły w tym jeziorze całe wagony ze złotem.
– Całe wagony w jednym jeziorze?
– Tak przynajmniej mówią, ale ja tam nie wiem, o szczegóły trzeba byłoby pewnie Janka pytać. On ma wszystkie dokumenty i strasznie się tym ekscytuje. Doszli na skraj lasu, w oddali w zimnej stali jeziora odbijał się księżyc.
– Tu pana zostawię.
– A czy możemy się jeszcze raz spotkać?
– A chciałby pan?
– Bardzo – wymsknęło mu się szybciej, niż chciał.
Uśmiechnęła się.
– Skoro tak… umówmy się jutro o tej samej porze na rozwidleniu dróg, trafi pan?
– Jasne, będę na pewno.
I nim się obejrzał, dziewczyny o perłowych włosach już nie było. Przez chwilę myślał, że wszystko mu się zdawało, ale nie, dotknął palcami kostki, skóra nad skarpetką lepiła się od ziołowej mazi.
Chrapiącego w najlepsze Pawła przekręcił na brzuch, a potem, już w śpiworze, przewracał się z boku na bok. Sen uparcie nie nadchodził, a on nie mógł przestać myśleć o dziewczynie z lasu. Stary jesteś, Piorun, a głupi. Lasek znasz na pęczki, a przez tę jedną musiało ci rozum odjąć, śmiał się z siebie, ale za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział wpatrzone w siebie złote źrenice, czuł kojący chłód jej dłoni na pulsującej skórze. Chciał jej dotykać, patrzeć, jak się śmieje, zatopić twarz w jasnych włosach, znaleźć się znów obok niej. Nigdy wcześniej tak się nie czuł przy żadnej dziewczynie i pierwszy raz nie mógł zasnąć z powodu kobiety. Dziewczyna z lasu wydawała się nierealna, trochę jak ze snu, kompletnie inna niż choćby Anka. O Boże, Anka, jęknął w duchu, jeszcze jej tu potrzeba do kompletu… Zasnął, gdy zrobiło się całkiem jasno, w półśnie słyszał, jak Pszczelarz rozsuwa namiot, pewnie poszedł za potrzebą. A ona? Co teraz robiła? Gdzie była dziewczyna o perłowych włosach?


Skomentuj artykuł