Człowiek nie jest maszyną. I to wcale nie jest jego słabość
Nie sądzę, żebyśmy nagle odłożyli wszystkie narzędzia i wrócili do świata sprzed kilku dekad. To ani możliwe, ani dobre. Ale coraz mocniej czuję, że potrzebujemy odzyskać coś znacznie ważniejszego niż kontrolę nad technologią.
"A co to za problem przygotować dziś taki zestaw wpisów na instagram"? - zapytał mnie pewien człowiek, gdy w rozmowie wyszło, że pracuję w tzw. social mediach. "Proszę pani, jak się ma dziś «ejaje» na wyciągnięcie ręki, to można dziennie publikować nawet 500 wpisów. Pani sobie zobaczy, wrzuci pani jeden raport do czata, klik i już ma pani wygenerowane treści na tydzień do przodu" - skwapliwie doradził. Rzeczywiście, jedno polecenie, jedno kliknięcie i możesz dziś mieć podane na tacy wszystko: gotowe sformułowania, uporządkowaną strukturę, błyskotliwe przykłady. Tekst właściwie "pisze się sam". Nie przekonałam jednak mojego interlokutora, że pisane przez "ejaje" teksty w ilości przekraczającej ludzkie możliwości przyswojenia, w wielu przypadkach "czuć" technologią na kilometr. Ale ta rozmowa zatrzymała mnie na refleksji, że to naprawdę jest zadziwiające, że mimo ewidentnych dowodów, iż sobie z tym nadmiarem jako ludzkość nie potrafimy poradzić, to wciąż ochoczo dajemy się uwieść syreniemu śpiewowi piewców logiki spod znaku "Więcej Wydajności i Optymalizacji". Świat z różnych stron - czy to ustami znajomych techno-fanów, czy to polityków, czy to ekspertów ze smartfonowego okienka - krzyczy mi nieustannie, że te wszystkie "ejaje", "apki" i "smarty" to tylko ułatwienie mojego życia. A mnie to zaczyna przypominać coś zupełnie innego.
Im więcej narzędzi, tym mniej oddechu
Zmiany technologiczne nieustannie przyspieszają i prezentowane ludzkości niemal co miesiąc nowe narzędzia mają nas odciążać, automatyzować, usprawniać. I rzeczywiście - wiele z nich działa imponująco dobrze. Problem w tym, że wraz z ich pojawieniem się wcale nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki istotne dla "zwykłego" człowieka problemy (wyzwania relacyjne, zdrowotne czy bytowe), ani nie zmniejsza się liczba zadań, które dorosły człowiek - chce czy nie chce - musi dziś "ogarniać". Systematycznie zwiększają się za to wymagania, oczekiwania i... frustracje.
Bo skoro można szybciej przeczytać raport, to można ich przecież przeczytać więcej. Skoro można wygenerować scenariusz lekcji w kilka minut, to każda lekcja może być (powinna!) angażująca, świeża i zaskakująca. Skoro analiza danych trwa krócej niż klik, to po co pięć stanowisk pracy? Wystarczy jedno, zoptymalizowane i obudowane AI agentami. Człowiek przestaje być wykonawcą pracy, a zaczyna pełnić rolę koordynatora procesów, których często sam do końca nie rozumie. W teorii zyskujemy czas. W praktyce tracimy poczucie sensu i sprawczości.
Nauczyciel, który nie ma kiedy pomyśleć
Szczególnie boleśnie widać to w zawodach, które jeszcze niedawno opierały się na relacji, doświadczeniu i spokojnym dojrzewaniu myśli. Weźmy szkołę. Nauczyciel nie tylko ma uczyć. Ma inspirować. Zaskakiwać. Tworzyć angażujące materiały, najlepiej interaktywne, multimedialne, przygotowane przy użyciu najnowszych narzędzi. W międzyczasie powinien śledzić trendy, obserwować ekspertów, aktualizować metody pracy. Nie dlatego, że ktoś go do tego formalnie zmusza. Dlatego, że taka stała się norma i społeczne oczekiwanie. I oto człowiek, który miał prowadzić młodych w świat wiedzy i uczyć myślenia, spędza wieczory na przeglądaniu instrukcji, jak w trzy minuty stworzyć coś, co kiedyś rodziło się w ciszy, wysiłku i osobistym zaangażowaniu. Trudno się dziwić, że po takich sesjach przed ekranem, często brakuje mu sił na to, co najważniejsze: na obecność.
Przebodźcowanie, które odbiera myślenie
Nasze mózgi nie zostały przecież stworzone do przetwarzania takiej ilości informacji, z jakimi na co dzień obcujemy. To zdanie brzmi jak truizm, ale jego konsekwencje przestają być banalne. Od dłuższego czasu uwagę społeczeństwa udaje się skupić nośnym hasłem "wprowadzimy zakaz social mediów dla dzieci". Całym sercem jestem za, z tym, że cała ta dyskusja trąci hipokryzją, jeśli rodzice, czy szerzej, my, dorośli, nie zaczniemy zauważać, co wszędobylskie ekrany i rakietowo rozpędzone zmiany technologiczne robią z nami na takim czysto ludzkim poziomie.
Coraz trudniej utrzymać nam przecież uwagę. Coraz szybciej tracimy cierpliwość wobec drugiego człowieka. Coraz częściej łapiemy się na tym, że czytamy, ale nie rozumiemy. Słuchamy, ale nie słyszymy. Czujemy dogłębnie cały wachlarz emocji, ale nie jesteśmy w stanie zainicjować realnych działań, by odpowiedzieć na nie. Zdolność do głębokiego myślenia - tej powolnej, wymagającej pracy, w której rodzi się coś naprawdę wyjątkowego - zaczyna być luksusem. A może nawet czymś niechcianym, bo przecież "maszynowo" można szybciej. Tyle że ludzkie myślenie nie jest procesem, który da się bezkarnie przyspieszyć. Ono potrzebuje czasu, ciszy, często także zwykłej …nudy. Bez tego staje się płytkie, reaktywne, zależne od gotowych schematów. Oddając je różnorodnie nazywanym ejajom, nie tylko oszczędzamy wysiłek. Rezygnujemy z części siebie.
Nowy Egipt
Jest w tym wszystkim coś niepokojąco znajomego. Egipt znany nam z biblijnej historii nie był przecież miejscem jawnego terroru od pierwszego dnia. Był przestrzenią, która dawała bezpieczeństwo, przewidywalność, dostęp do zasobów. Dopiero z czasem okazało się, że ceną jest wolność. Dziś nikt nie stoi nad nami z batem. Nie ma faraona, który wydaje rozkazy. A jednak coraz trudniej wyobrazić sobie życie poza systemem technologicznym, który nas nieustannie karmi i jednocześnie uzależnia. Wspomniany na początku pan szczerze się zdziwił, gdy zapytałam go, czy wie, ile kosztują "tokeny" w chatGPT i czy naprawdę uważa, że BigTechy będą w nieskończoność "dokładać" do ejajowego biznesu, umożliwiając jednostkom "darmowe" korzystanie z tej zdobyczy technologicznej? Kroczek po kroczku przyzwyczajamy się przecież do tego, że nie musimy pamiętać, bo ktoś pamięta za nas. Nie musimy analizować, bo ktoś analizuje szybciej. Nie musimy tworzyć, bo wystarczy dobrze sformułować prompt i siup, już pojawi się odpowiedź na wszystkie nasze potrzeby. To nie jest spektakularne zniewolenie, to proces niemal niezauważalny i tym bardziej skuteczny. Ale prędzej niż później przyjdzie nam za niego zapłacić.
Człowiek jako dodatek
Najbardziej uderza mnie to, jak łatwo zgadzamy się na przesunięcie naszej roli. Z twórców stajemy się wyrobnikami. Z autorów - skrybami (o tyle nowocześniejszymi, że nic nie musimy już przepisywać, magia ctrl+C i ctrl+v wciąż działa). Oczywiście, w wielu dziedzinach ejaje to ogromna pomoc. Trudno to kwestionować. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta pomoc przestaje być narzędziem, a staje się naszym środowiskiem, dominującą obecnością. Bo jeśli człowiek coraz rzadziej doświadcza tego, że coś naprawdę od niego zależy, że jego wysiłek ma sens, że jego myśl prowadzi do odkrycia - to co zostaje? Wydajność nie wystarczy, żeby zbudować poczucie sensu.
Cisza, która staje się niemożliwa
Jest jeszcze jeden koszt, o którym zaczyna się na szczęście coraz częściej mówić: utrata ciszy. Nie tej zewnętrznej, choć ona też jest coraz trudniejsza do znalezienia. Chodzi o ciszę wewnętrzną - przestrzeń, w której człowiek może spotkać samego siebie i Boga. Świat pełen bodźców skutecznie nas od niej odcina. Zawsze jest coś do sprawdzenia, coś do przeczytania, coś do obejrzenia. Nawet modlitwa musi konkurować z powiadomieniami i mózgiem w stanie strzelającego popcornu. A przecież bez ciszy nie ma rozeznania. Nie ma pogłębionej refleksji. Nie ma relacji, która nie byłaby powierzchowna. Człowiek, który nie potrafi się zatrzymać, bardzo szybko przestaje wiedzieć, dokąd właściwie zmierza.
Co na to Kościół? Ano ma odpowiedź!
Można odnieść wrażenie, że jesteśmy wobec tego procesu bezradni. Że skoro świat przyspieszył, to jedyne, co nam pozostaje, to próbować nadążyć. A jednak chrześcijaństwo od początku proponuje coś zupełnie innego i w tym kontekście warto może... częściej sięgać do nauczania Kościoła i próbować o nim rozmaitymi sposobami trąbić do współczesnego człowieka? Bo ono, bazując na namyśle nad Słowem Bożym, przynosi odpowiedzi na bolączki i wyzwania codzienności.
Dla przykładu: przywraca sens pracy i niestrudzenie walczy o godność każdej jednostki. Praca nie jest tylko produkcją ani realizacją celów. Jest przestrzenią, w której człowiek współtworzy rzeczywistość. Jeśli zostaje sprowadzona do nadzorowania procesów i optymalizacji wyników, traci swój najgłębszy wymiar. Kościół przypomina, że wartość człowieka nie wynika z jego wydajności.
Albo inne: chrześcijaństwo broni ciszy. Nie jako luksusu dla wybranych, ale jako warunku zdrowego życia duchowego. Cisza nie jest stratą czasu, a przestrzenią, w której wraca właściwa perspektywa. W świecie, który nieustannie mówi, że "trzeba więcej", cisza pozwala usłyszeć, że nie wszystko jest konieczne.
Jeszcze inny przykład w punkt na dziś: chrześcijaństwo uczy wolności. Nie tej rozumianej jako nieograniczony wybór, ale jako zdolność do świadomego decydowania o sobie. To bardzo konkretna rzecz: mogę nie sprawdzić. Mogę nie kliknąć. Mogę spróbować pomyśleć samodzielnie, nawet jeśli zajmie mi to więcej czasu. To są małe gesty. Ale właśnie od nich zaczyna się wyjście z każdego Egiptu.
Wyjście, które nie jest spektakularne
Nie sądzę, żebyśmy nagle odłożyli wszystkie narzędzia i wrócili do świata sprzed kilku dekad. To ani możliwe, ani dobre. Ale coraz mocniej czuję, że potrzebujemy odzyskać coś znacznie ważniejszego niż kontrolę nad technologią - potrzebujemy odzyskać siebie i tu widzę ogromne pole do popisu dla nas, wierzących. Może to oznacza, że czasem napiszemy coś wolniej i nie będziemy się tego wstydzić. Że przeczytamy mniej, ale uważniej, bez kompleksu. Że nie każda lekcja będzie "interaktywna", a nie każdy problem rozwiązany w trzy minuty - i nie opuści nas przekonanie, że to ok. Może to oznacza zgodę na to, że człowiek nie jest maszyną. I że to wcale nie jest jego słabość. Bo jeśli naprawdę istnieje dziś jakiś Egipt, to nie jest nim technologia sama w sobie. Jest nim to ciche przekonanie, że bez niej nie potrafimy już żyć, myśleć i wybierać. A z takiego Egiptu nie wychodzi się spektakularnie. Wychodzi się krok po kroku. Odzyskując wolność tam, gdzie jeszcze jest możliwa.
Skomentuj artykuł