Dajcie już spokój z narzekaniem na pierwszą komunię i rodziców-materialistów

Fot. Canva AI

Jest maj, więc temat pierwszej komunii hula mocno w mediach wszelakich: wyliczenia, ile do koperty, narzekanie na rodziców, którzy dzieciom kupują quady, robią przyjęcia za miliony monet i co tam jeszcze jest na liście komunijnych brejking newsów. I powiem szczerze: mam dość słuchania tych narzekań, oburzenia, dissowania rodziców i dzieci. I całej reszty tego napuszonego lamentu.

Mam dość tych nadaktywnych w mediach społecznościowych księży, którzy co roku wytykają rodzicom wystawność i materializm i tych, którzy zmuszają swoich parafian do organizowania uroczystości kościelnej na zasadzie liturgicznego "zastaw się, a postaw się", też. Mam dość mediów, które co roku nakręcają sensacyjki w stylu „teraz na komunię to małpkę, dwa tysiaki do koperty i lot balonem z chrzestnymi, bo inaczej się nie liczy”, a do tego publikują całe mnóstwo oburzonych komentarzy o kasie, kasie i jeszcze raz pieniądzach i jakie to jest złe, że się w kontekście komunii w ogóle o nich myśli, skoro to ma być przeżycie religijne i duchowe.

Gdyż, jak wiadomo, przeżycia duchowe sprawiają, że człowiek nie musi się ubrać, jeść, pić i nic, co po ludzku potrzebne do świętowania, nie powinno być ważne. I wybija nam ten cholerny manicheizm co roku: materializm jest fuj, a duchowość taka ważna. Śmiać mi się chce, gdy o duchowych zasadach przeżywania komunii zaczynają mnie pouczać najdalsze od Kościoła media. Oczywiście w każdą stronę można przesadzić. I zawsze będą tacy, co przesadzą i dostarczą paliwa algorytmom działającym na emocjach. Ale to raczej wyjątki na skali. I brakuje mi w tych wszystkich pikantnych historyjkach trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość.

A rzeczywistość jest taka: jeśli mieszkasz na 48 metrach, nie masz salonu, a Twoja najbliższa rodzina liczy powyżej dwudziestu osób, nie masz wyjścia: masz komunię, musisz zrobić przyjęcie w knajpie. To oczywiście jest mocno wykorzystywane przez restauracje: terminu komunii nie można wybrać, więc alternatywa jest taka: albo płacisz, ile powiedzą, albo przyjęcia nie ma. A jak już jest i człowiek musi wywalić co najmniej pół pensji albo nawet całą na wszystkie konieczne wydatki i całą organizację, to niech to przynajmniej jakoś wygląda. Bo wbrew pozorom to też jest ważne: świętowanie. I w tym manichejskim zapędzie tak wiele osób o tym zapomina: że pierwsza komunia to moment, w którym zjadasz Boga, który stał się ciałem, czymś materialnym, dotykalnym, czymś, co w kościele trzeba najpierw... kupić za gotówkę, żeby rozdać wiernym.

Byłam ostatnio na komunii "w Barankach". Piękna, zwykła, pełna Ducha msza; krótka, bez setek podziękowań, piosenek i pomysłów pozaliturgicznych. To, co najważniejsze, w centrum. Jezus spotykający dzieciaki po raz pierwszy w postaci Chleba – w samym środku wszystkiego. Ale Baranki to wyjątek. Norma jest wypadkową tak zwanych tradycji lokalnych w kościele parafialnym, gdzie rodzice nie mają zazwyczaj wiele do powiedzenia albo kończy się to kłótnią, oraz oczekiwań świata poza kościołem, głównie rodziny - i do tego realiów życia, w którym nie można pominąć aktualnych cen usług i towarów.

Więc tak: dla rodziców i dzieci pierwsza komunia to duchowe przeżycie - ale przykryte tysiącem spraw do załatwienia. Setką oczekiwań. Często bardzo sprzecznych – żeby naraz uniknąć „materializmu”, ale jednocześnie ubrać dziecko w drogi komunijny strój i dobrze nakarmić gości. Te oczekiwania dotyczące oddzielenia tego, co duchowe i tego, co materialne padają na najbardziej podatny grunt, bo często to właśnie obecni rodzice dzieci pierwszokomunijnych byli uczeni, że duchowość oznacza oderwanie od cielesności, od tego, co materialne, a już na pewno od „pieniążków”, i dążenie do bycia jakąś kulawą wersję ziemskiego anioła, co to nie je, nie pije ani pieniędzy nie wydaje.

Problem w tym, że to odłączenie ciała od ducha to herezja. Biblia jest pełna przykładów tego, jak Bóg się materialnie troszczy o ludzi. I jak świętowanie jest dla Niego ważne. Moment radości, zatrzymania w biegu, spotkanie przy stole, przy dobrym jedzeniu, a nawet, o zgrozo, przy winie, chwila wdzięczności za to, co mamy przecież z Jego woli: duchowo i materialnie.

Jeszcze nigdy nie słyszałam na żadnym kazaniu o tym, jak świętować pierwszą komunię nie na sposób aniołów bez ciała, ale na sposób ludzi stworzonych do bycia cielesnymi tak bardzo, jak się to da. Skoro Bóg taki ma nas pomysł, dlaczego nie potrafimy tego wreszcie oswoić, zaakceptować, uznać, że piękne przyjęcie komunijne, pyszny obiad i taki, wiadomo, nie za słodki tort są równie potrzebne, jak piękne pieśni, staranna liturgia, mądre wprowadzenie dzieci w spotkanie z żywym Bogiem?

Prawda jest taka, że jedno i drugie pozostawia wiele do życzenia. W bardzo wielu parafiach przygotowanie dzieci do pierwszej komunii sprowadza się do wiedzy: zaliczenia modlitw wykutych na pamięć, umiejętności uczestniczenia we wszystkich tradycyjnych nabożeństwach, rozliczania z listy zadań. Nie wiem, gdzie jest miejsce na budowanie bliskości z Bogiem, relacji z Nim: jeśli nie wydarzy się to w rodzinie, to chyba w obecnym systemie nie ma szans, a wierzący rodzice modlą się gorliwie przez rok, by uczestnictwo w przygotowaniach do komunii nie zniechęciło ich dziecka do wiary i do kościoła. A reszta, pozaliturgiczna reszta, jest duchowo i katechetycznie pozostawiona odłogiem. Czasem potępiana. Czasem wykpiwana, jak marzenia dzieci, że na komunię dostaną kasę i kupią sobie wymarzony prezent.

Dlaczego potrafimy z przytupem świętować Boże Narodzenie i zasypywać dzieci prezentami z okazji urodzin Jezusa, a trudno nam zaakceptować fakt, że zasypujemy je prezentami także z okazji jeszcze bliższego, bo fizycznego z Nim spotkania? Gdzie w tym wiara, że Bóg sam zadba o to, by dziecku Jego bliskości nie przysłonił laptop czy quad? I przede wszystkim: jaki wierzący i mający głęboką relację z Bogiem człowiek jest w ogóle w stanie pomyśleć, że zabawka naprawdę może przykryć doświadczenie spotkania z Jezusem? Przecież to jest dopiero oznaka braku wiary w Bożą moc i łaskę!

A dzieci? Otóż dzieci mieszczą w sobie o wiele więcej, niż nam się wydaje. Potrafią wierzyć prosto, bawić się dobrze i godzić w sobie jedno i drugie; to my, dorośli, pogubieni w naszym doświadczaniu wiary, już tego nie umiemy. I może dlatego rodzice dzieci pierwszokomunijnych są stałym chłopcem do bicia w maju: bo niezależnie od stanu swojej wiary starają się, jak potrafią najlepiej i bardziej chcą ten rok i to wydarzenie przetrwać i sprostać wszystkim oczekiwaniom, niż kłócić się z tymi, którzy im dopisują złe intencje i hipokryzję.

DEON.PL POLECA

DEON.PL POLECA

 

 

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Dajcie już spokój z narzekaniem na pierwszą komunię i rodziców-materialistów
Komentarze (11)
AX
~Aniela XXX
10 maja 2026, 17:09
"A rzeczywistość jest taka: jeśli mieszkasz na 48 metrach, nie masz salonu, a Twoja najbliższa rodzina liczy powyżej dwudziestu osób, nie masz wyjścia: masz komunię, musisz zrobić przyjęcie w knajpie." - a za moich czasów "komunijnych tak to właśnie wyglądało - 53 metry, brak salonu i 20 osób. I było wspaniale. Bo liczy się obecność, a nie żarcie.
KG
~Kiełbasa Grillowa
10 maja 2026, 14:20
"...musisz zrobić przyjęcie w knajpie." Nie muszę! Ja zrobiłem grilla na działce :) Goście byli bardzo zadowoleni!
NK
~Nie Katolik
10 maja 2026, 10:02
Na Boże Narodzenie to chyba Jezus powinien dostawać prezenty? W ttm sęk, że tutaj wszystko stoi na głowie. To wszystko już dawno straciło związek ze swoją pierwotną ideą. Stało się tradycją dla tradycji.
C.
~Chrzestna .
9 maja 2026, 23:09
Trudno jest w tym zachować dojrzałość, gdy serce wcale się nie rwie do ofiarowania darów, których - można sobie wyobrazić - oczekuje Dziecko Pierwszokomunijne, jego (ogółem chyba nie bardzo "materialistyczni") Rodzice i środowisko. Radosnego dawcę miłuje Bóg. Doświadczyć można dysonansu poznawczego - dlaczego ja biorę pod uwagę sprezentowanie kwoty, którą bardzo chętnie przeznaczyłabym na inny cel, zwłaszcza np. w kontekście bieżącej awarii auta, etc.?Czy z miłości dla Dziecka? Czy z miłości do Boga?Czy z poczucia obowiązku, tkwienia w konwenansach, chęci sprostania oczekiwaniom otoczenia, sprawienia, by Dziecko uniknęło dyskomfortu związanego z tym, że dostało znacząco mniej niż inni, chęci uniknięcia wręcz (wyobrażonej) urazy ze strony Rodziny Dziecka Chrzestnego? Z domieszką żalu, resentymentu, strachu przed konsekwencjami niespełnienia oczekiwań? Czy jest w tym wolność? Szacunek do samej siebie i innych? Jak zadbać o to, by one były?:) Jak zadbać o miłość i spójność oraz uczciwość?
RI
~Regel Izc
9 maja 2026, 16:07
Parodiowanie I Komunii Św i zniechęcanie do niej rodziców i dzieci to już taka polska majowa tradycja na równi z wyśmiewaniem kapłaństwa w Wielki Czwartek i ośmieszaniem praktyki postu w Środę Popielcową. Zło nie jest twórcze, pisała kiedyś Hanna Arendt. Diabeł umie tylko parodiować, szydzić i udawać. I ludzie którzy mu służą i nim się fascynują w jego działaniu odnajdują swoją zabawę.
KK
~karol karol
12 maja 2026, 14:44
Masz rację, dlatego nawróć się, bo składając ręce do modlitwy parodiujesz świecki obrzęd nadawania inwestytury. Zło tylko potrafi szydzić i udawać.
LH
~Leon Hedwig
13 maja 2026, 23:20
Ciekawe karol karol że cię to poruszyło. Widać twój Master zachęca cię do silniejszego walenia w katolików. Szkoda cię.
JG
~Jefte Gileadczyk
9 maja 2026, 14:58
Tekst przesadza w inną stronę. Za czasów naszych ojców wcale nie uczono, że cielesność jest zła. Dzieci uczą się na pamięć modlitw, bo jak inaczej mają poznać Boga, jeśli nawet nie nauczą się na pamięć modlitwy Pańskiej ani wyznaczania dla Niego przestrzeni, miejsca, czasu? Jak mam rozwijać zdolności matematyczne, jeśli najpierw "nie wykuje" tabliczki mnożenia? Rodzice i kapłani przekazują wiarę, ale to przecież od dziecka zależy czy zechce rozwijać bliskość z Bogiem. Kapłani zwracają uwagę, że często istota jakiegoś wydarzenia jest przyćmiona rzeczami mniej istotnymi i trudno nie przyznać im w tym racji. Nie spotkałem się jeszcze, by któryś kapłan mówił, że ucztowanie jest złe, niepotrzebne lub zbyteczne. Raczej wskazują, że bogactwo bliskości z Bogiem nie zależy od stanu posiadania. Tekst przypomina trochę walkę z obrazami, które w ramach jakiś nieprzepracowanych uprzedzeń pojawiały się w głowie autorki na kazaniu, a które niekoniecznie miały miejsce w rzeczywistości :)
ES
~Ewa Słota
9 maja 2026, 11:19
Video i zdjęcia na czasie - trzeba dobrze wypaść w każdym czasie. Knajpa - cóż, tak zawsze bywa, że Rodzinę do Knajpy się porywa? Urodziny, Imieniny- Komunia i rodzinne spotkania - do knajpy od zarania. No tak nie ma różnicy - wieś, miasto - do Knajpy chodzimy. Nakarmić Gości trzeba, chyba- że w Parafii- Wspólnoty jest potrzeba i Wszystkich Gości na poczęstunek; ciasto i kawę - do parafialnej salki Wspólnota: Rodziców i Dzieci - ugości.
BS
~Basia S.
11 maja 2026, 10:59
Jaka knajpa? Knajpa to coś brzydkiego, obskurne miejsce, takie były kiedyś. Teraz są piękne domy weselne, wszystko czyściutkie i ładnie podane. Byłam u wnuczka, było sześć komunii. Wszystko było bardzo pięknie naszykowane, spokojnie, było nas 30 osób najbliższych, rodzice, chrzestni, dziadkowie, bracia siostry z obu stron. Wszyscy zadowoleni, na pierwszym miejscu było dziecko, siedział po parę chwil z każdym przy stole, zdjęcia pamiątkowe z każdym, nie ma co narzekać, jeszcze każdy dostał coś do domu słodkiego. Wszystko zależy jak kogo stać, Kiedyś , na mojej Komunii, byli rodzice i mój chrzestny, i tez było dobrze. A my dzieci mieliśmy śniadanie po Mszy św. komunijnej w kaplicy i było tez pięknie.
HZ
~Hanys z Namysłowa
11 maja 2026, 18:55
Szanowna Pani Basiu, proszę wybaczyć Pani Ewie,ja ciągnie do knajp, człowiek ma takie skłonności, dziś to czasy się zmieniły, chociaż u nas w Niemczech pojęcia knajpy istnieje, każdy kiedyś miał swoją ulubioną knajpę, śpiewał o tym nawet Peter Aleksander,Die kleine Kneipe to kiedyś było takie miejsce,gdzie życie było jeszcze życiem, nikt nie pytał,kim jesteś, skąd pochodzisz.W knajpie można było się wszystko dowiedzieć ,co się dzieje, można było i dostać pomoc, była jakaś solidarność,knajpy poznikały,bo ludzie są coraz biedniejsi, restauracje są dla tych z wyższej półki.Pani Ewa nie zna czasów gdy w każdej wsi była knajpa,gospodarze którzy po sumie zamiast jechać do domu weseli szli do knajpy po tygodniu ciężkiej pracy,tam wymieniali się doświadczeniami.