Dlaczego jeszcze nie odeszłam z Kościoła. Wielkanocny tekst dla tracących nadzieję

Bycie w Kościele dla wielu osób robi się coraz trudniejsze. Powodów jest sto – chciałoby się rzec, ale nie, wcale nie, zazwyczaj jest ich tylko kilka rodzajów. Tyle, że są jak kolejne krople wpadające do beczki na wodę albo jak kolejne kamienie wkładane do plecaka.

Im dłużej jestem w Kościele, tym łatwiej mi zrozumieć, dlaczego tak wiele osób nie chce już w nim być. Dlaczego przestrzeń Kościoła jest przez niektórych ludzi widziana jako trudna do zniesienia, przytłaczająca, odpychająca, biorąca zbyt wiele i niewiele dająca w zamian. Bo taka po ludzku bywa. I to zbyt często.

Większość z nas znosi to długo. Kolejne łyżki wody wlewane do naczynia naszego życia jeszcze się mieszczą, aż w końcu niespodziewanie jedna łyżka – tylko jedna, obiektywnie mała łyżka wody kończy nasze możliwości pomieszczania. Kolejne kamyki pakowane do plecaka doświadczeń na początku są jak najbardziej do uniesienia, ale w końcu ktoś dokłada jeden kamyk za dużo i plecak staje się zbyt ciężki, żeby go nieść.

I wtedy nie wiadomo, co robić. Czy udawać, że nic się nie stało, zagryźć zęby i z goryczą nie do osłodzenia trwać w miejscu, do którego się przywykło. Czy walczyć o zmiany, by już nikt nikomu nie wlewał ani nie wrzucał, i rozbijać się co trochę o fakt, że te zmiany są niemożliwe albo możliwe zbyt mało. Czy się poddać; powiedzieć sobie, że to wszystko dotąd było tylko udawaniem, a Bóg, jeśli istnieje, ma na nas wyrąbane wbrew temu, co się słyszy na płomiennych kazaniach o tym, że Jezus cię kocha, a ty musisz się tylko modlić. Czy wypomnieć ludziom, którzy zawiedli, te wszystkie łyżki wody i kamienie, którymi uraczyli nas zamiast wsparcia, współczucia, życzliwości, współpracy, rujnując naszą wiarę w miłość bliźniego. Czy ratować siebie, gdy to nie były łyżki wody, ale cały potop, gdy to nie były pojedyncze kamyki, ale wielki głaz roztrzaskujący nasze życie. Czy odejść z Kościoła? Przecież inni tak robią – zmęczeni, wkurzeni, zobojętniali, połamani, szukający sensu gdzie indziej – i jakoś żyją.

Rozumiem to. Widzę. Widzę tych, co odchodzą – czasem administracyjnie, czasem mentalnie, czasem moralnie. Ale sama nie mogłabym porzucić Kościoła, bo zbyt wiele razy doświadczyłam z mocą, że Bóg tu jest. I mimo wszystkich ludzkich hardkorów wyraźnie czuję Jego obecność. Jest wszędzie tam, gdzie się Go spodziewam i w stu miejscach, w których nie spodziewam się Go w ogóle: mówi do mnie jednym celnym zdaniem z beznadziejnego kazania, drobnym gestem życzliwości w dniu pełnym cudzej niechęci, słowem podrzuconym przez kogoś, kogo nie lubię i podnoszącym na duchu, przestrzenią, którą nagle robi mi ktoś, kto na ogół zabiera jej za dużo dla siebie, czułością wspólnoty, po której nijak się tego nie spodziewam. Żadne z miejsc nie zraniło mnie tak jak Kościół i w żadnym z miejsc nikt mnie tak nie uzdrowił jak żyjący w nim Bóg.

To Bóg jest dla mnie tym, który osusza wodę goryczy wlewaną mi do serca przez ludzi i okoliczności. Tym, który siada obok i mówi: daj no to twoje serce, Ja sobie z tym poradzę - jeśli Mi tylko pozwolisz. Bóg jest dla mnie tym, który mnie podtrzymuje, gdy ten cholerny plecak, co miał być zabezpieczeniem, a stał się zbyt wielkim ciężarem, zaczyna przeważać moje życie i jestem o krok od ciężkiego zderzenia z ziemią. On wtedy siada koło mnie na szlaku, ostrożnie wyjmuje z plecaka kolejne kamienie i mówi: ależ to musiało być ciężkie. Nie musisz już tego dłużej nieść, córeczko.

A potem robi coś, co zdumiewa mnie za każdym razem: zużywa i wodę, i kamienie, by ogród mojego życia stał się bardziej kwitnący, bardziej umocniony. Gdy próbuję to zrobić sama, zalane rośliny gniją, a z kamieni układam tylko żałobne kopce po stratach. Gdy na tę imprezę przygnębienia wbija Jego łaska – ze zgliszczy i ran wyrasta polana fiołków albo kwitnąca dzika śliwka, albo drzewo morelowe pełne owoców. A łaska wbija najczęściej przez sakramenty: najprostsze miejsca spotkania z czułym, bliskim Bogiem.

Dlatego dalej jestem w Kościele. Bo doświadczam Go nie tylko w moim ukochanym Namiocie Spotkania, gdzie tylko ja i On (i jakby tak super było zawsze…), ale tam, gdzie ludzie mnie wkurzają, nie pasują mi, myślą dramatycznie inaczej i skąd najchętniej bym uciekła albo zaorała do gołej ziemi.

Jestem, bo nie skreślam całej wspólnoty, gdy jedna osoba okazuje się manipulatorem niegodnym zaufania. Nie odeszłam z parafii, gdy proboszcz-alkoholik zachowywał się jak przemocowy ojciec. Nie zerwałam kontaktu ze wszystkimi księżmi po tym, gdy jeden z moich duchownych szefów molestował dziewczynę, inny ksiądz, z którym współpracowałam, dostał zarzuty o gwałt lub gdy jeszcze inny uznał za normalną psychiczną przemoc wobec podległych mu osób. Nie skreślam wszystkich katolików dlatego, że niektórzy wybierają rolę moich wrogów i posuwają się o wiele, wiele za daleko.

W kryzysowych sytuacjach ratuje mnie to, że w tym samym Kościele, w którym ktoś mnie rani - zawsze (jeśli tylko na to pozwolę) znajdzie się drugi człowiek, który wysłucha tam, gdzie inny odrzucił, pocieszy tam, gdzie inny poranił, pobędzie, gdy inny porzucił, zrozumie, gdy inny widzi tylko swoją rację. Mój Kościół jest pełen ludzi dobrych i złych; bywa, że niektórzy są dobrzy i źli w tym samym czasie, w różnych kontekstach, dla różnych osób.

Jestem w Kościele, bo widzę, ile mnie samej brakuje do doskonałości. Ile razy to ja jestem znoszona; ile razy to ja jestem wkurzająca; ile razy to ja stawiam za wysoko poprzeczkę; ile razy to ja mówię coś zbyt wprost; ile razy to ja nie mam cierpliwości. I że z tym wszystkim jestem – czasem - przyjęta. W rewanżu też staram się przyjmować tych wszystkich, z którymi mamy przecież tak samo: po ludzku słabo, marnie i źle.

Jestem, bo wybaczam. Bo odpuszczam. Bo w złych momentach zatrzymuję się na chwilę i pozwalam sobie na to, by wypłakać łzy rozczarowania, wypuścić z głowy obłoki żalu, rozluźnić rozzłoszczone pięści, by znaleźć przynajmniej trzy wytłumaczenia dla kogoś, kogo mam ochotę gołymi rękami udusić albo po prostu bez miłosierdzia powiedzieć mu, co myślę i dlaczego. Jestem, bo nie pozwalam złemu wtykać pazurów w moje rany, jątrzyć ich, pogłębiać pod pozorem dbania o siebie. Jestem, bo ze zranieniami przychodzę tylko tam, gdzie wiem, że mogę naprawdę być wyleczona, uzdrowiona: przed Jego czułe oblicze, w Jego pełną mocy obecność, która zbiera mnie z ziemi za każdym razem, gdy ktoś z mojego Kościoła rozjechał mnie czołgiem, połamał serce, odebrał radość z życia.

Jestem, bo mam zaufanie, że Jemu nic się nie wymyka, że prowadzi sprawy poza moim wyobrażeniem, (nie)możliwie najlepiej. Jestem, bo tyle razy doświadczyłam, że Bóg jest dla mnie tym, który osusza wodę goryczy i opróżnia plecak z ciężkich kamieni, że nie mogę Mu nie wierzyć, jeśli On wciąż wierzy w Kościół.
Jeśli On wciąż tu jest.
A jest.

DEON.PL POLECA

 

 

DEON.PL POLECA


Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Dlaczego jeszcze nie odeszłam z Kościoła. Wielkanocny tekst dla tracących nadzieję
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.