Ech, dawniej to były prymicje…
Koniec maja, czerwiec i początek lipca to czas święceń kapłańskich i prymicji. Kiedyś pierwsza msza odprawiana samodzielnie w rodzinnej parafii była świętem całej lokalnej społeczności. Cała impreza zwykle kosztowała życie jednej świnki oraz była sporą mobilizacją dla rodziny i całej parafii. Dziś wiele w tym względzie się zmieniło, a kto wie, może jeszcze doczekamy czasów, gdy uroczystość prymicyjna w całej jej oprawie będzie odgrywana wyłącznie przez zespoły folklorystyczne, jak to jest w przypadku wesela, oczepin i błogosławienia młodej pary. Trochę szkoda. Ech! Kiedyś to były prymicje!
Jednym z ulubionych zajęć Polaków jest rzewne wspominanie dawnych czasów. Kiedyś to było lepiej: za króla Piasta, za Sanacji, nawet za PRL-u. A dziś? Szkoda gadać…
Uroczystości kościelne, jakich już nie ma
Kto z was jeszcze pamięta, czym były „suche dni”? W ilu parafiach odprawia się jeszcze msze „o urodzaje”? Czy codziennie w oktawie Bożego Ciała (taka oktawa zachowana jest tylko w polskim Kościele) w waszych parafiach chodzi się jeszcze z procesją dookoła kościoła? Czy na św. Szczepana ludzie w kościele rzucają w siebie poświęconym owsem? A czy na drugi dzień Zielonych Świątek dekorujecie domy zielonymi gałązkami? A może w ogóle nie wiecie, co to są „Zielone Świątki”? A pamiętacie, że gdy kiedyś wynoszono trumnę z domu, to trzy razy stukano nią w każdy próg? Wszystko to jest wyłącznie fragmentem bogatej w symbole rzeczywistości, która powoli, choć nieuchronnie odchodzi do historii. Podobnie rzecz ma się z kultem kapłaństwa, jeszcze niedawno umiejętnie podsycanym i celebrowanym, a dziś dość niewygodnym, a miejscami nawet wstydliwym, odkąd „zdemaskowano go” i zaczęto brzydko nazywać „klerykalizmem”. Osobiście nigdy tego nie lubiłem, choć nie mogę się wyprzeć, że właśnie w takim duchu zostałem wychowany.
Decyzja o pójściu do seminarium – to było coś!
Od kiedy na świecie zaczął panować Jan Paweł II - pieszczotliwie i z dumą nazywany „naszym papieżem” - w Polsce rozpoczął się niekwestionowany boom powołaniowy. Zarówno seminaria diecezjalne, jak i zakonne, dosłownie pękały w szwach, zaczęto je więc naprędce rozbudowywać. Nie dbano przy tym szczególnie o formację (w znacznej mierze ograniczając ją do zewnętrznej dyscypliny), bo też – mówiąc brutalnie – było z czego wybierać: przy takiej ilości chętnych do życia duchownego utrata kilku więcej nie robiła specjalnej różnicy. Zresztą i tak, można powiedzieć, z seminariów występowało za mało i po święceniach był problem, co z tymi księżmi robić. Stąd w pewnym okresie „polski ksiądz”, obok polskiego hydraulika i sprzątaczki, stał się poszukiwanym materiałem eksportowym.
W rzeczywistości jednak na brak powołań nie narzekaliśmy nawet przed pontyfikatem Jana Pawła, zwłaszcza dopóki funkcjonowały tzw. małe seminaria, do których rodzice oddawali swych 15-letnich synów, ale też prawdą jest, że z grupy tej nikły procent dochodził do święceń. Rodzice często traktowali te wątpliwej jakości instytucje jako darmowe szkoły z internatem albo posyłali tam dzieci, gdy nie było ich stać na ich utrzymanie i wykształcenie. W tych prawdziwych, czyli wyższych seminariach, utrzymało się znacznie więcej kandydatów. Zresztą wtedy motywem mocno deprymującym i „umacniającym” powołanie było „co ludzie powiedzą”, a ci, którzy rezygnowali z drogi do święceń, często byli w lokalnej społeczności piętnowani. Wielu więc – nawet wbrew sobie – wytrwało, a wszyscy dokoła traktowali ich jak bohaterów.
Święcenia, czyli moment, w którym wszystko się zmienia
Wyśrubowane teologicznie pojęcie „kapłaństwa” wręcz wymuszało szczególne traktowanie wyświęconych także przez samo środowisko kościelne. Oto w jednym momencie ktoś, kto był prawie nikim (świeckim, a próbę ubranym w sutannę!), stawał się kimś – a co najważniejsze, konsekwencją święceń było to, że od teraz znacznie trudniej się go było pozbyć. Kapłaństwa przecież nie da się wymazać, trzeba go więc akceptować takim, jakie jest. Nic więc dziwnego, że święcenia – które dawały pewne „narzędzie”, czyli możliwość udzielania sakramentów – w wielu sytuacjach traktowano jako cel. Stąd konsekwentnie moment ten uroczyście celebrowano.
Celebracja ta miała dwa kluczowe elementy: błogosławieństwo udzielane przez neoprezbiterów (z szacunkiem przed nowo wyświęconym klękali inni księża) oraz msza prymicyjna, a po niej, na podkreślenie wagi tego wydarzenia… przyjęcie!
Ech, działo się, działo…
Zacząć trzeba od tego, że ten ostatni rok w seminarium wymagał szczególnej ostrożności i uwagi, żeby nie okazało się, że niejako na ostatniej prostej święcenia zostaną wstrzymane. Wtedy dopiero był wstyd: proboszcz zmobilizował już całą parafię, świnka już kwiczała w chlewiku, babcia chwaliła się dokoła, że Bóg jej modlitw wysłuchał i ma wnuczka-księdza, a rodziców już rozpierała duma, że są „rodzicami kapłana” – a tu stop! Trzeba jeszcze poczekać. Takie odłożone prymicje to już nie to samo. Presja ta działała też i w drugą stronę – „prawie ksiądz” nie mógł sobie pozwolić na zmierzenie się z wątpliwościami, jakie czasami go dopadały, a już na pewno trudno było podjąć decyzję, żeby dać sobie więcej czasu, aby się z nimi uporać. Trzeba się było dać wyświęcić…
Prymicje tradycyjnie zaczynały się już w domu prymicjanta – od matczynego błogosławieństwa (ojciec, jak św. Józef, zwykle schodził na dalszy plan). Duma mieszała się ze łzami. Było wzruszająco i uroczyście. Niektórzy, zwłaszcza w miastach, to błogosławieństwo odbierali na plebanii albo nawet w kościele. Niby było tak samo, ale w rzeczywistości znacznie obniżało rangę, ponieważ pozbawiało bardzo ważnego elementu celebracji, jakim była procesja z prymicjantem do kościoła. A w procesji niesiono chorągwie, feretrony, były uroczyste śpiewy, no i obowiązkowy zielony wieniec, niesiony przez dorodne panny. W wieńcu szedł też dorodny jak panna, wystrojony w komżę i stułę, rumiany z emocji ksiądz prymicjant. Tradycją było też to, że podczas mszy obok prymicjanta stał ubrany w kapę proboszcz, który czuwał, żeby młody niczego nie pomylił. Kazanie zwykle mówił jeden z przyjaciół, a na koniec były wzruszające podziękowania, niekończące się błogosławieństwo, no i pamiątkowe obrazki. A potem uczta.
Bywało, że prymicje niewiele różniły się od wystawnych wesel: z życzeniami na początek, prezentami, kopertami. Bywało, że już wtedy prymicjant dostawał samochód, choć w pewnym okresie musiał to być „samochód siostry”, bo auto na własność ksiądz mógł nabyć dopiero po pięciu latach pracy. Nierzadko na prymicjach koledzy prymicjanta tak dokazywali, że przez długi czas wieś miała o czym opowiadać, a w personalnych aktach niejednego młodego księdza zachowała się miesięczna suspensa, czyli karny zakaz pracy duszpasterskiej. Cóż, alkohol lany dla niepoznaki do butelek po oranżadzie robił swoje… A wiadomo, że alkohol to dopiero początek…
Co było potem?
Wiadomo, że wszystkie polskie imprezy mają dość prosty scenariusz, który symbolicznie można zamknąć w hasłach: muzyka, żarcie, tańce i swawole. Tak też było na tych najbardziej hucznych prymicjach (nie wyłączając elementu swawoli). Jeśli ktoś organizował skromniejsze prymicje, patrzono na niego ze współczuciem: rodziny nie było stać… Biedacy…
Trudno się doszukiwać w tym wszystkim jakiejś reguły, jednak patrząc na najbardziej „wypasione” prymicje organizowane w czasach święceń moich roczników, ze smutkiem muszę powiedzieć, że większości tych „godnie uczczonych” prymicjantów… już nie ma. Dziś już rodzą się im pierwsze wnuki…
Co ciekawe, cały ten przepych prymicyjnych uroczystości odbywał się trochę poza kontrolą: zarówno władze seminaryjne, jak i sami proboszczowie udawali trochę, że tego wszystkiego nie widzą. Nie pochwalali, ale jednocześnie przymykali oko, tłumaczą sobie, że uroczyste prymicje to nie tylko element radości, do jakiego raz w życiu ma się prawo, ale także akcja powołaniowa, zgodna z logiką: może ktoś inny zapragnie przeżyć to samo? A ostatecznie, gdyby nawet doszło do jakiegoś nadużycia albo gdyby pojawiły się zgorszone opinie, to proboszcz zawsze mógł to wytłumaczyć faktem, że Pan Jezus był obecny i dobrze się bawił na weselu w Kanie Galilejskiej…
Dziś nie ma już takich prymicji jak dawniej. Wszystko się zmieniło. Niektórzy mówią, że szkoda… A mnie się wydaje, że nie ma czego żałować!
Skomentuj artykuł