Jak po cichu tracimy ludzi w Kościele? Czasem wystarczy jedna rozmowa
zdj. poglądowe / fot. depositphotos.com
Mówi się, że dzisiaj głównymi przyczynami odejścia ludzi od Kościoła są skandale i brak wiary. Czasem jednak okazuje się, że wystarczy jedna rozmowa, która w chwilach kryzysu utwierdzi w przekonaniu, że bycie częścią Kościoła nie ma sensu. Niestety wiele z tych rozmów to spotkania z ludźmi deklarującymi wiarę – nami, którzy tworzymy Kościół.
Nie jest tajemnicą, że liczba osób regularnie uczestniczących w życiu Kościoła z roku na rok maleje. Problem ten dotyczy nie tylko osób dorosłych, ale także dzieci i młodzieży. Pandemia dodatkowo sprawiła, że część osób odeszła od regularnego uczestnictwa w niedzielnych Mszach Świętych, a frekwencja w kościołach w wielu miejscach do dziś nie wróciła do pełni sił. Widać to wyraźnie, jeżeli spojrzymy na liczbę ministrantów, którzy z wiekiem odchodzą, a na ich miejsce nie garną się młodsi.
Zaangażowanie w życie Kościoła spada, a my wciąż pozwalamy sobie tracić kolejnych ludzi. Niestety coraz częściej są to ci, którzy wcześniej wydawali się ostoją wiary i z zaangażowaniem budowali wspólnotę. Dlaczego ich zapał z czasem gaśnie albo nawet stają się przeciwnikami Kościoła? Powody oczywiście mogą być różnorakie, ale tym powodem możemy być ty i ja. Ludzie, którzy otwarcie mówią o swojej wierze i uczestniczą w praktykach religijnych, lecz w spotkaniu z drugim człowiekiem zamiast świadectwa wiary pozostawiają go z przekonaniem: „to nie ma sensu, to wszystko obłuda”. Nieraz wystarczy jedno takie spotkanie w niewłaściwym momencie, a okazuje się, że jego konsekwencje mogą ciągnąć się latami.
Kolejne puste miejsce w ławce
Takich historii można przytaczać setki, a są to przypadki zarówno bardzo bolesne, jak i nieco bardziej przyziemne. Niedawno słyszałem o sytuacji, która miała miejsce w jednej z niewielkich parafii. Ludzie mówią, że kiedyś tętniła życiem, zaangażowaniem dzieci, młodzieży i dorosłych, a przede wszystkim wiarą. Z czasem, wraz z gasnącym zapałem proboszcza, słabł również zapał całej parafii. Wierni zaczęli decydować się na wyjazdy do okolicznych parafii, z których wychodzili z przekonaniem, że właśnie takiego Kościoła pragną.
W tej malutkiej wiejskiej parafii podczas niedzielnych Mszy Świętych frekwencja była coraz gorsza. Ale pewnym stałym punktem, oprócz księdza, który – jak wiadomo – jest zawsze, był jeden nastoletni ministrant z garstki ostatnich, którzy pozostali. Kiedy był potrzebny, zawsze był obecny. W parafii wszyscy znali tego chłopaka z zaangażowania w służbę przy ołtarzu. Niedawno jednak przestał być przy nim widywany, co wzbudziło pewne zaskoczenie. Okazało się, że po jednej z rozmów z księdzem proboszczem postanowił odwiesić komżę i więcej nie służyć.
Nie wiemy, czego dotyczyła różnica zdań ani kto miał rację. Nie o rozstrzygnięcie sporu tutaj chodzi. Faktem jest jednak, że parafia straciła kolejną osobę, która tak długo chciała być częścią tej wspólnoty i z entuzjazmem angażowała się w jej życie. A na utratę takich ludzi Kościoła po prostu nie stać. Zwłaszcza w małych lokalnych wspólnotach. Ponadto odejście człowieka to nie tylko kolejne puste miejsce w ławce, ale czasem także rana, po której ktoś przez lata nie będzie chciał wrócić.
Kiedy piękne słowa zderzają się z rzeczywistością
Mówi się dużo o braku zaangażowania wiernych w życie Kościoła. Niejedna narracja opiera się na uproszczonej tezie, że dzisiejszy świat promuje brak wartości i życie bez Boga. Natomiast zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie, czy przypadkiem to nie my, ludzie wierzący, sami przekonujemy innych, że te wartości to tylko deklaracja bez przełożenia na słowa i postępowanie.
Nie potrzeba przy tym wielkich sporów i doznanych krzywd, aby ktoś z żalem zamknął za sobą drzwi kościoła i powiedział: „Nie tak powinno to wyglądać”. Taka właśnie historia dotyczy narzeczonych, którzy udali się do kancelarii parafialnej, aby ustalić datę ślubu. Jako że wszystko inne udało im się już załatwić, a do ślubu pozostał niespełna rok, zdecydowali, że to dobry czas, żeby poprosić księdza o rezerwację terminu przyjęcia sakramentu. Szli z radością, bo przecież tak piękne chwile wspomina się do końca życia. Niestety zamiast radości, że młodzi ludzie decydują się na to, o czym papież Leon XIV mówił niedawno do młodych w Madrycie: „Nie bójcie się małżeństwa i założenia rodziny!”, usłyszeli pretensje wypowiedziane podniesionym głosem, że kalendarz jeszcze nie został otwarty.
Można powiedzieć, że nic wielkiego się nie stało. Ksiądz ma prawo ustalać swoje zasady i ich bronić, a narzeczeni mogą przyjść później. Tylko czy chcemy takiego Kościoła, w którym procedura jest ponad człowiekiem? Z jednej strony mamy zatem słowa Ojca Świętego, który z ojcowską troską zachęca młodych ludzi, by nie bali się zakładać rodziny. Z drugiej ci sami młodzi ludzie, którzy niedawno uśmiechnęli się na te słowa, wiedząc, że niedługo będą małżeństwem, odeszli zmieszani, bo nie wpuszczono ich nawet za próg plebanii.
Żeby przyszli kolejny raz
Przytoczone wyżej przypadki oczywiście nie są prawidłowością w Kościele. Sam znam wielu wspaniałych kapłanów, którzy na wieść o planowanym ślubie wykrzykują głośne „Alleluja!” i cieszą się bardziej niż sami narzeczeni. A w wielu parafiach wciąż garną się ministranci, których inspiruje postawa kapłana opiekującego się grupą.
Zatem czy niemiłe, bolesne spotkania z ludźmi Kościoła powinny mieć przełożenie na wiarę? Wiary nie opieramy przecież na człowieku, ale na Bogu. Jest to jednak idealna wizja, w której każdy potrafi odróżnić pojedynczego człowieka, który zawinił, od całego Kościoła i wiary. Z drugiej strony cała misja ewangelizacyjna opiera się w dużej mierze na osobistym przykładzie. To właśnie on często przemawia do nas jako pierwszy i zachęca do zastanowienia się, z czego wynika taka postawa.
Możemy rozmyślać i analizować, skąd biorą się różne kryzysy w Kościele, dlaczego w życie parafii angażuje się coraz mniej ludzi, organizować rekolekcje i inne akcje ewangelizacyjne. Ale być może najpierw warto zadać sobie najprostsze pytanie: czy tych, którzy już przyszli i są w Kościele, potrafimy traktować tak, żeby przyszli kolejny raz?
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł